IMPERIUM

wjechał geniusz mój w bramę na oślicy, wraz z wieńcem
i podźwignął pośladki poddanych w przestworze,
pod naciskiem wojsk włóczni rozluźniły pięść ręce
i poczęły falować w wierno-chwalczej pokorze

oni radzi by byli widzieć mnie – także z wieńcem
milczącego w ostatniej paradzie na ziemi,
aby moje spojrzenie nie dręczyło ich więcej
sami by się rzucili i źrenice zamknęli

lecz tymczasem ma władzę śmiercionośną wzrok pana,
oni ścielą jęzory, ja podepczę – kęs rzucę,
na posadzce mej ściska im reumatyzm kolana,
umartwiają się wzajem czy się aby nie smucę

coś z nich miałem, lecz uwiąd wyleczyłem prostacki,
prawem tron mój podcieram, bardzo miękkie – nie powiem,
i korzystam bezwzględnie z całej mocy mej łaski,
znając każdy gest, grymas, każdy szept w każdej głowie

a gdy pęknie labirynt przemyślnych szlabanów,
gdy polecę jak gwiazda za horyzont wszechświata,
skażę wolność olśnionych przekleństwem tyranów,
wytłoczyłem im piętno – pozostanie na lata

wejdę z błotem w historię bardziej znany niż święci
jako numer w dynastii, krwią ubita jej droga,
zawsze znajdzie się dziedzic, co go laur mój znęci,
zawsze znajdą się tacy, co mnie wezmą za —-

wjechał geniusz mój w bramę na oślicy, wraz z wieńcem
i podźwignął półdupki poddanych w przestworze,
pod naciskiem wojsk włóczni rozluźniły pięść ręce
i poczęły falować w wierno-chwalczej pokorze
1997

KLEPSYDRA

gdybym był Bogiem, który przekłada
z szali na szalę ziarnka kosmosów,
uznałbym pierwszy dzień listopada
za święto Czasu, jego etosu

ludzie uparli się by rozstania
sztucznie przeciągać w dłużyznę godzin,
wpadli w pułapkę bez rozwiązania,
dają się złudzie za rękę wodzić

bo to jest zgrabnie poukładane:
czasem się rodzi, czasem umiera,
tak namacalne i wyświechtane –
– wystarczy spojrzeć jak tyka zegar

cisza w minutę upchnięta, znicze,
kołnierzyk dziadka ciśnie w refleksję,
ten pożył tyle – pora wyliczeń,
bo kiedyś zrobią Nam wiwisekcję

ile przeciekło, ile zostało
zgrzytów cierpliwych kółka o kółko,
by się przekonać – czy tylko ciało,
gdy śmierć popuka człowieka w czółko

powiesz: nie w porę myśli twe – rażą,
łatwo jest robić z bólu kabaret,
ale uważaj, gdy ci znów każą
by czas przeskoczył twój brat – zegarek
11.1999

DE PROFUNDIS (PSALM NR 151)

nie mam bogów oprócz Ciebie,
bo Ty jeden mi zostałeś,
władcy ziemi mknąc po niebie,
nie przesłonią mi Twej chwały

nie wymawiam, bo milczeniem
trwam na przekór nowomowie,
święcić pragnę dzień spełnieniem,
że test zdałem jako człowiek

matkę, ojca na zakręcie
gdzieś zamknęli w starców domu,
przyszłość, postęp ma dziś wzięcie,
nie oddają czci nikomu

zabijają w sobie siebie,
z blichtrem świata cudzołożą,
kradną serca i umysły,
kanon prawdy sami tworzą

cudze żony pożądają,
nie pożądasz? toś zboczeniec,
rzeczy bliźnich – tych nie mają,
szczerość, dobroć nie jest w cenie

lecz ja jednak pozostanę,
środkiem traktu, idąc w kucki,
nie mam innych oprócz Ciebie,
bo Ty jeszcze jesteś ludzki
2000

ŚWIT

autostradą nicości,
niebytu bulwarem
szedł Bóg w płaszczu ciemności
pomrukując wciąż z żalem:
„ idę nie wiem sam ile
taki zmęczony i stary”-
– rzekł tworząc czas i chwilę
potem trzy świata wymiary
„ idę, a grunt niepewny
pod kulasami mam swemi”-
– Bóg przebił nicość spojrzeniem
i wydarł z niej kontur ziemi
„ idę, a drogi nie widać
i mogę głową w coś prasnąć,
to niebezpieczne w tym wieku”-
– rzekł, no i stała się jasność
gdy brzask pierwszego poranka
rozświetlił pustkę na wschodzie,
Bóg schylił się i ujrzał,
że stoi po łydki w wodzie
„ zmoczyłem sobie skarpety,
jakże tak w drogę wyruszyć?”-
– rzekł i utworzył ląd stały
by nogi czcigodne wysuszyć
i susząc kończyny zgłodniał,
do ust mu naciekło śliny,
rzekł: „ na brzoskwinie mam chętkę”
i tak powstały rośliny
zjadł, otarł usta rękawem,
wylizał pestkę do końca,
podrzucił w niebo cytrynę,
zabłysła żółtością słońca
i w słońcu ujrzał, że pusta
jest świata przestrzeń wielka
więc stworzył żyjątek rzeszę –
– od słonia do pantofelka
a potem wzrok wpatrzył w zegarek,
zamyślił się, chwilę odczekał:
„ parę eonów lat przeszło,
pora utworzyć człowieka
choć na nic mi się nie przyda,
a nawet zaszkodzić może,
stworzę go… tak po prostu,
ot taki kaprys, mój Boże!”
i stworzył, i poszedł się zdrzemnąć
po niewątpliwym tym trudzie,
no a tymczasem na świecie
zaczęli panoszyć się ludzie
zaczęli potwarzać świat depcząc
naturę i innych ludzi
więc nie daj Boże, że kiedyś
Bóg ze snu się wreszcie obudzi
Powstanie i zwinie ten kramik,
ziewając i sapiąc ze złości,
a potem znów w drogę wyruszy
po autostradzie nicości
1995

ORZEŁ

nagłym porywem serca z klatki wypuszczony
wzlotem w przestwór otworzył szeroki widnokrąg,
mógł żeglować we wszystkie, cztery świata strony
rozpostarł swe skrzydła lecz nie wiedział dokąd

i tak darły go w strzępy setki możliwości
topiąc miękki wosk marzeń w ikaryjskim morzu
wicher psotnik z ust zdmuchnął nawet smak wolności
bo choć wzbiło się serce został w klatce rozum
1997

AKADEMIA UMIEJĘTNOŚCI

sączyć przez sito goryczy radość,
wycisnąć uśmiech z życia cytryny,
wysilić siłę, osłabić słabość,
nie dać się zranić brudnym kłem kpiny

ochronić myśli przed rdzą niewiary,
w spokój się wtulić – zgłuszyć wrzask świata,
znaleźć fundament i wznieść filary,
stoperem szczęścia odmierzać lata

wytrącić miłość z wszystkojedności,
dostrzec błysk prawdy wśród atrap stosów
i wykorzystać swój dar płodności,
wydrzeć swą podróż zakusom losu

to jest prawdziwa inteligencja,
choć jej nie czują dumni geniusze,
wciąż postępuje ich impotencja,
umysł zbyt ścisły dusi ich dusze

niech nie umyka mądrość prawdziwa,
co idzie naprzód i braw nie czeka,
w końcu – nagroda będzie godziwa,
w gimnazjum życia stopień człowieka
1997

SPLOT SŁONECZNY

jesteśmy gwiazdami z innej galaktyki,
co błyszczą serdecznie Panu Bogu w okno,
owiane mgławicą bezwiednej mistyki,
w deszczu meteorów brodzą lecz nie mokną

galaktyka nasza leży tuż za rogiem,
za kłębami cierni dzikich żywopłotów,
nie dla nich jest niebo, jęczą tuż przed progiem,
poświatują zazdrością jak tęczówki kotów

my – gwiazdy przywilej mamy niewątpliwy,
do nas łasi się ziemia w tanecznych obrotach,
jak w pierwszy dzień świata czas stoi szczęśliwy,
a pamięć nie błądzi po cierniach i kotach
1998

WYPOMINKI

w sobotę jeszcze jadł tu obiad,
w sobotę jeszcze piwo pił,
w sobotę chodził w białych spodniach,
strzepywał z kolan ulic pył

szedł alejami pogwizdując,
twardo na ziemi stawiał nogi,
omijał błoto przeskakując –
– tak jak prasowe nekrologi

nas to nie bardzo obchodziło –
– niech mknie przez życie mokra głowa!
( nigdy nie patrzył na nas miło
i prawdę mówiąc – irytował )

a dzisiaj płaczesz przy obiedzie
i nie ma kto ci podać soli,
i nie masz komu dziś powiedzieć
tak prosto z mostu, że aż boli

dzisiaj żałośni – wielka strata,
palimy świeczki za pokutę,
po czym wracamy znów do świata
z wysoko uniesionym butem
11.2001

DO PANI BEZ KAPELUSZA

twój rejestr życia pełen na tyle,
że skreślasz ludzi,
że skreślasz chwile
lekką ręką?
i tyle szans
ci los serwuje,
że nie korzystasz,
że nie żałujesz,
gdy już miną
i czasu tyle
masz w nadmiarze,
że czekasz aż ci
przyślą w darze
wielkie szczęście
lecz, gdy rachunek
wniesie kelner
to wzbudzi twe
zdziwienie pełne,
że już zjadłaś
1999

POZA ROK 2000

a gdy nie będzie już wierszy,
bo wszystkie słowa powiedzą,
zużyją, wyrzucą na śmietnik
by gniły ich sterty przejrzałe,
opadłe z drzewa poznania

i gdy nie będzie poetów
co mlecz i babkę wąchają,
a piszą o woni ogrodów,
bo winem ze zgniłków się spiją
co świetnie markuje natchnienie

i kiedy wąż chytry nie będzie
mieć żadnych atutów w kuszeniu,
ni chętnych na handel duszami,
bo owi wczorajsi poeci
w świt pójdą zamiatać ulice

niektórym będzie brakować,
otwarte wrota emocji
wstydliwe wciąż dla nich tak będą,
że zechcą się chwycić za słowo
lecz Logopeda pomyśli:

nie warto – znowu przekręcą

a wtedy tchnę w ciebie nieśpiewnie,
że dla mnie się nic nie zmieniło,
nic ludzie i nic anioły,
kiedyś bym rzekł, że to miłość
1999

NASZA ZIMA

popatrz, ile dusz jest czystych,
biało dookoła,odziałaś i swoją
w puch skrzydeł anioła

otuliłaś twarz ciepłą
szubą dobrych myśli
milion gwiazd wnet spadnie
każdy sen twój ziści

płatki na śniadanie,
pyłek co wywabia
uśmiech, gdy na lodzie
los twe zamki stawia,

mróz ogień rozpala,
wyrasta w policzkach
jak nosy bałwanów
w białych rękawiczkach

popatrz, ile chmur dziś szyje
pled zaspanym drzewom,
czy to jeszcze śnieżny pejzaż
czy to już jest niebo?
2002

MUZEUM czyli RZECZYWISTOŚĆ STAROWIRTUALNA

całkiem nieczuła na estetyczne
bogactwo bodźców śpi tutaj cisza,
bezwstydnie leżąc w przestronnych niszach
bezcenne mąci sny artystyczne

chodzę po różnych sztuki odnogach,
z ujścia do Źródła dotrzeć próbuję,
choć to w swym tworze zręcznie tuszuje
każdy artysta – plagiator boga

czasem się uda – i krzyczą: dzieło!
To mistrz, to geniusz! w świat idzie fama,
że taka sama choć nie ta sama –
– tak rzeczywistość ego wygięło

gdy pędzla wonią durzy się głowa,
nagle kołacze prawda okrutna,
że kiedyś pewnie zabraknie płótna,
zwycięży hipersztuka cyfrowa

wtedy w przyłbicy, podobny bogu
światy krzemowe będziesz kreować
i odrealniać, i alienować
w mikrowięzieniu z pęt światłowodów
1999

DŻDŻOWNICE

są dni słoneczne inaczej
kiedy na deszczu stoję
i wszystkie krople są nasze
i wszystkie chmury są twoje i moje

i niebo się kąpie w strumieniach
płynących pod prąd łososi
jak lekkie, beztroskie marzenia
co ważki problemów nurt znosi

i coraz większe są cieki,
którymi od źródła liść płynie,
rozchodzą w dwie strony się brzegi –
– ocean, gdzie mały wnet zginie

lecz może znajdzie wysepkę,
na której siedzimy pod deszczem
i przyjmą go drzewa tu krzepkie
i będzie zielenił się jeszcze
2000

MONOLOG O RANNEJ GODZINIE

Jeśli
jestem potomkiem rodziców,którzy bogów przyjmują dowolnie,
wygodniejszy zwycięża
i silniejszy zwycięża,
śląc żołnierzy – wyznawców na wojnę

Jeśli
progi przekraczam świątyni
i przyciąga architektura
Bóg nie bywa w tym miejscu,
Bóg jest wszędzie i nigdzie,
a strzelistość donikąd – ponura

Jeśli
taki bylekto-poeta
samozwańczy watażka wyrazu,
się nie boi piekła
i kary,
Porządkowi nie szczędzi wciąż razów

Jeśli
stworzy świat z myśli i marzeń
doskonalszy niż ten z mchu i gliny,
poda palce dwa
Najwyższemu,
podpływając przez ducha wyżyny

Jeśli
człowiek wracając do prochu
z życia bramy do nieba szuka,
a tu nie ma ni chórów,
ni bramy,
nieba nie ma – jest pustka głucha

Jeśli
pójdzie za cmentarz do budki
i rozmawiać z Nim chce w cztery ściany,
a tu resztka umysłu
z metaliczną ironią
zachichocze: abonent nieznany

Jeśli
wątpię to chyba nie wierzę,
żyć bez łaski – to dziś nie przestrasza,
może kiedyś – gdzieś dotknę,
przyszły patron kościołów,
znając casus świętego Tomasza
1998

PONCJUSZ

zasiadam na litostrotos
wśród spojrzeń łatwej krwi żądnych
w powadze przymusem tkanej
ja, prokurator podsądny

czy czują? nie zwykły to proces
gdy oskarżyciel tak zwleka
jak sławny mędrzec z Synopy
w głów tłumie szukam człowieka

a oto on – ciernie prawdy
niemile mu lica oplotły
coś chłoszcze klasyczną logikę
we wnętrzu; podejdź mój dobry!

tak wiele dla ciebie bym zrobił
to więcej niż czuję że mogę
spójrz: ręce mam piękne, czyste
dam jeszcze ci krzyż na drogę

ten krzyż zostanie na górze
na przekór szydzącej głów fali
na przekór prokuratorom –
– co przyznać do siebie się bali

ten drugi – kolący jak drzazga
wyrośnie ze wzgórza mej czaszki
nieustające wspomnienie
ból włócznią przebitej jaźni
2001

WIELKA NOC

Ten grób jest pusty,
nie dotykiem modlitw,
ktore pełnie jego
przez wieki wymiotły,
nie stróżów bajaniem,
co wytrwać nie mogli,
kiedy pnącza życia
śmierci głaz oplotły.

Dla porządku świata
lepiej chyba było
byś w tym pustym grobie
już Panie pozostał.
By nam tło wieczności
oczu nie męczyło,
by nie pytał rozum:
jak to – zmartwychpowstał?

Byś się Panie wtłoczyć
dał w karty kroniki
tak jak wielu innych
przed Tobą, za Tobą.
By się zakończyło
chustą Weroniki
i krzyżem rozpiętą
niewinną osobą.

Byś zwyczajnie odszedł
w zaszczutych cierpieniu,
co spulchniają ziemię –
– ziarenka wszechświata.
W zwątpieniu na ustach,
w głowy zwisłej cieniu,
Piękna ludzka rzeźba,
zbutwiała przez lata.

Lecz ten świat jest pusty
bez Twej obecności –
– grób bezużyteczny,
gdy Ciebie nam trzeba,
więc nadzieję kryje
brak wiary ludzkości,
żeś zmartwychwstał, odszedł,
żeś powstał dla nieba.
2003

24.12.2003
W dal biegłaś drogą przez pole,
spojrzałaś – chyba nie tędy.
Gwiazda tam świeci, tyś w dole.
W godzinie pierwszej kolędy.

Śpiew głośny wstrzymał cię w biegu,
serc wielu w jedno zaklęty
i słone krople na śniegu
w godzinie pierwszej kolędy.

Patrz jak lód zimny rozbiją
soczyście zielone pędy,
tak wielkie moce się kryją
w godzinie pierwszej kolędy.

Staje świat cały zdumiony
jak w miniaturze z legendy,
mróz topią niebios lampiony
w godzinę pierwszej kolędy.

I ciepło wnętrze rozgrzewa,
kołysze ducha odmęty.
W usta żar bije by śpiewać
w godzinę pierwszej kolędy.

Choćbyś wnet w pogoń ruszyła,
pospieszne popełniać błędy.
Gdzieś w tobie zostanie miła
godzina pierwszej kolędy.

I gdy znów zaczną utykać
twe życiem obtarte pięty.
Tam zdążaj, gdzie echo słychać
godziny pierwszej kolędy.
2003

NOCE I DNI

Nie przejmuj się, gdy w noc bezgwiezdną
ciemność zapuka do twych okien
I nie trap się gdy światła zbledną,
a mrok nadejdzie równym krokiem.

Bo noc jest balem myśli skrytych,
latarnią marzeń śpiących we dnie,
ja zaś twym kotem w czerń spowitym,
co w ucho mruczy baśnie przednie.

I gdy powiezie nas o świcie
autobus długą, mglistą drogą,
w szarym asfaltem tkane życie,
wysiądę z niego razem z tobą.
2004

CREDO

nie mogę się wyzbyć podejrzenia
a jeśli…

wiemy na opak
Istota jest nie istotna
Cel nie celny
Światłość nie światła
dusza bez duszna
wola – niewolna
a jeśli tak jest
to nie ma
jak żyć – jak reagować – czym się szczycić
co wielbić – na co liczyć – gdzie iść
na równi pochyłej
dryfując

nicość
niKtość
nie wierzę
1998

PIOSENKA BAŁKAŃSKA
Oryginał: Bajaga & Instruktori – Verujem, ne verujem…
Tłumaczenie – wolne

Głucha jest północ, wszystkich zmogła snem,
Żuję w milczeniu przeraźliwą ciszę,
Chce mi się wołać, lecz nie mogę, wiem
Bo ludzie dzisiaj wolą nic nie słyszeć

Ref.:
Bo to noc, noc, noc, mrok ogarnął świat
Wszystko spowite w głębokiej ciemności
Tylko światła błysk to jedyny ślad,
Nie tkwimy sami w naszej samotności
Ty i ja
Wierzę że…
Nie, nie wierzę…

Czekamy rana, jutrzenki u bram,
Aby ktoś przyszedł i oświetlił drogę,
Ale w ciemności – nic nie widać tam,
Mam dalej czekać? Nie chcę i nie mogę!
(Ref.)

Obudź się, powstań, nie czas any śnić,
Przemknie głos rogu przez ciemności kłęby,
Obmyj się wodą, wstań i zacznij żyć,
Pod murem ludzie śpiewają przez zęby
(Ref.)
2011

PORA SUCHA

jeszcze popłyną wiersze
i te złe i te lepsze
tryśnie źródło trzymane pod głazem
jeszcze odnajdę ciszę
gdzie głos mocny usłyszę
tak daleki i bliski zarazem

a na razie jest cudnie
a na razie południe
grzeje miło, odsuwa ochotę
byle zerwać się w porę
by przed nagłym wieczorem
zdążyć jeszcze odcisnąć swą stopę
22.04.12