Category: Legendy sudeckie


Źródło św. Świerada

Niewielkie źródełko bijące powyżej Sulistrowiczek na zboczach Raduni, od lat przyciąga tłumy wrocławian uważających, na przekór okresowym chemicznym analizom, miejscową wodę za posiadającą dobroczynne właściwości. Studzienka otrzymała patronat pustelnika Świerada – jednego z pierwszego polskich świętych. Śladów Świerada na Śląsku doszukuje się we wczesnym, bo potwierdzonym w dokumentach z XIII wieku kulcie tego świętego na obszarze Śląska. Bulla papieża Innocentego III wystawiona 12 sierpnia roku 1201 w chorwackiej Sensji dla premonstratensów z Ołbina wymienia jako należący do tego zakonu kościółek w Oławie pod wezwaniem „sanctorum Blasji et Sperati” to jest świętych Błażeja i Świerada.

Istnienie kościoła św. Świerada w Oławie wymienia także dokument z roku 1206 dotyczący transakcji zamiany jaką przeprowadził z norbertanami od św. Wincentego książę wrocławski Henryk, uzyskując Oławę w zamian za położone blisko Ołbina Psie Pole. Kolejnym tropem jest dokument biskupa wrocławskiego Rudolfa z Rudesheimu z dnia 20 października 1468 roku odnoszący się do zniszczenia w roku 1429 przez husytów wyżej wymienionego kościoła. Pismo owo dotyczy zgody biskupa na przeniesienie ołtarza św. Świerada do oławskiego kościoła parafialnego i zatwierdzenia altarysty. To właśnie Rudolf wskazuje wprost, iż Świerad przez jakiś czas prowadził życie pustelnika w pobliżu Oławy. Istnienie kościółka św.  św. Błażeja i Świerada w Oławie sięga przypuszczalnie 2 połowy XII wieku tj. czasów, gdy w Ołbinie gospodarzyli jeszcze benedyktyni, sprowadzeni przez Piotra Włosta. Można stawiać hipotezę, iż kult św. Świerada na Śląsku mógł być związany z jego powiązaniem z braćmi św. Benedykta, a nie obecnością Świerada na Śląsku. Jednakże Rudolf, żyjący w tym samym wieku co Jan Długosz, mógł opierać się o nieznane nam dokumenty, a przede wszystkim – miejscową tradycję przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Ponadto, wybór miejsca kultu w średniowieczu zwykle był nieprzypadkowy. Uwagę zwraca również połączenie patronów oławskiego kościoła – Świerad, podobnie jak Błażej, w przekazach hagiograficznych występuje jako lekarz.

Żywociarze średniowieczni pobytu Świerada na Śląsku nie wymieniają, opisując jego dzieje w ziemi Wiślan i na Węgrzech. Hagiografowie średniowieczni twierdzili, że Świerad pochodził z rejonu Krakowa. Jako miejsce na pustelnicze życie wybrał Tropie nad Dunajcem. Wzmianka w Kronikach Długosza odnosząca się do roku 998 wskazuje, że Świerad żył w pustelni pod skałą nad rzeką Dunajec, niedaleko Czchowa, „w której przez wiele lat trudził się dla Chrystusa”. Pustelnia owa zachowała się do czasów Długoszowych, zaś w XVIII wieku wzniesiono na jego miejscu kaplicę. Na skale powyżej ufundowano już w XI wieku, istniejący do dziś – z zachowanymi fragmentami murów prezbiterium z okresu budowy, jeden z najstarszych w Małopolsce, kościółek, który poświęcono właśnie św. Świeradowi i jego uczniowi św. Benedyktowi. Według lokalnej tradycji Świerad był również nauczycielem innego eremity – Justa.

Nie wiemy dokładnie kiedy Świerad opuścił erem nad Dunajcem i udał się do benedyktyńskiego opactwa św. Hipolita na górze Zobor koło biskupiej Nitry na Słowacji, którego opatem był Filip. Domniemania badaczy polskich i węgierskich (słowackich) różnią się tu – polskie opracowania wymieniają zazwyczaj daty około roku 1018. W opactwie na Zoborze, w nawiązaniu do świętego apostoła, patrona Węgier, Świerad przyjął imię zakonne Andrzej. Jak podaje jego krótki żywot spisany około roku 1064 przez świętego Maura, biskupa Pecsu (Pięciu Kościołów), Świerad przybył z Małopolski do Nitry wraz ze swym uczniem – Benedyktem. Maurus był do roku 1036 opatem benedyktyńskim z opactwa św. Marcina na górze Panonhalma w pn. Węgrzech, a jeszcze wcześniej – nowicjuszem na Zoborze, posiadał zatem informacje z pierwszej ręki, w tym od opata Filipa, co sam wskazuje w swoim dziele. Świerad czuł się w klasztorze benedyktyńskim zbyt komfortowo i wkrótce wraz z Benedyktem opuścił jego mury, zamieszkując w skalnej pustelni, gdzie oddawał się modlitwie, ascezie i ciężkiej pracy. Nosił mosiężny łańcuch, który wrósł w ciało co, wedle relacji opata Filipa, stało się przyczyną jego śmierci. Jej datę przyjmuje się na okres między rokiem 1030 a 1034.

Świerad umarł w opinii świętości, a jego ciało, pochowane najpierw w klasztorze św. Hipolita, a około roku 1064 przeniesiono do katedry w Nitrze. Kult Świerada zatwierdził wkrótce papież Grzegorz VII. Został ogłoszony na synodzie w roku 1083 przez arcybiskupa Ostrzyhomia. Świerad został patronem diecezji w Nitrze, jest także patronem diecezji tarnowskiej. Jego uczeń Benedykt pozostał w eremie po śmierci duchowego mistrza. Przypuszczalnie w roku 1037 poniósł śmierć męczeńską z rąk pogan w rejonie Skałki koło Trenczyna. Zbójcy ciało świętego wrzucili w nurt rzeki Wag. Według przekazów cudownie odnalezione ciało pochowano koło Świerada w klasztorze św. Hipolita, a potem przeniesiono do katedry w Nitrze. Benedykt został uznany świętym wraz ze Świeradem oraz królem Węgier Stefanem i jego synem Emerykiem, w roku 1083.

Link do części I

Jan Kapistran we Wrocławiu

Do Wrocławia Kapistran przybył w połowie lutego roku 1453. Czasy były niepewne – trwała wtedy ostateczna kampania sułtana Mehmeda II przeciwko Konstantynopolowi. Turcy od lata roku 1452 systematycznie odcinali miasto od wsparcia z lądu i morza. Osamotnione Bizancjum zgodziło się na zatwierdzenie w Konstantynopolu postanowień unii florenckiej – uczynił to w grudniu 1452 r. za przyzwoleniem cesarskim w bazylice Hagia Sofia były prawosławny metropolita kijowski, zwolennik unii z Rzymem Izydor. Krok ten nie miał jednak wpływu na nadchodzące wypadki i podczas pobytu Kapistrana we Wrocławiu, pod koniec maja 1453 roku Carogród padł. Wrocławskie kazania 67-letniego Kapistrana porywały ludzi, mimo iż trzeba je było tłumaczyć z łaciny na języki niemiecki i czeski. Początek jego pobytu w mieście zbiegł się z początkiem okresu Wielkiego Postu. Pierwsze kazanie Kapistran wygłosił w Środę Popielcową 14 lutego (zob. np. O. Gecser: Itinerant preaching in late medieval central Europe: St. John Capistran in Wrocław, Medieval Sermon Studies, 2003, vol. 47, p. 5 i nast.), a potem głosił nauki codziennie. Zgodnie ze swym zwyczajem wywody teologiczne, przeplatał zrozumiałymi dla ludu przykładami (tzw. exempla).  Dnia 22 lutego, po kazaniach o sensie postu i Sądzie Ostatecznym na placu Solnym mieszczanie znieśli na stos przedmioty zbytku – maski karnawałowe, lustra, kości, karty do gry, itp., a następnie je spalili. Nie był to pierwszy taki przypadek jeśli chodzi o Kapistrana – w muzeum w Bambergu znajdziemy malowidło przedstawiające analogiczną scenę z rynku w Norymberdze. W jednym z wrocławskich kazań Kapistran nauczał o szkodliwości potwarzy, wskazując że w sensie duchowym oszczerca podejmuje czyn rangi zabójstwa wobec trzech dusz – ofiary, własnej i chętnie słuchającego rozmówcy (zob. O. Gecser: Preaching and Publicness: St. John of Capistrano and the Making of his Charisma North of the Alps, p. 153).

Owocem działalności Kapistrana we Wrocławiu było również założenie klasztoru franciszkanów obserwantów – zwanych w Polsce bernardynami. Przypuszczalnie sprawa klasztoru była jednym z głównych powodów wizyty Kapistrana we Wrocławiu, przed jego przybyciem władze miejskie oraz biskup nie byli zbyt przychylni powstaniu kolejnego franciszkańskiego klasztoru (przy kościele św. Jakuba – dziś św. Wincentego istniał bowiem klasztor franciszkanów konwentualnych) – por. O. Gecser: Itinerant preaching…, p. 8).  Mimo to dwa miesiące pobytu Jana we Wrocławiu sprawiły zmianę nastawienia jego mieszkańców i 18 kwietnia wmurowano kamień węgielny pod przyszły klasztor.  Wzniesiono najpierw drewniany kościół, a w roku 1462 rozpoczęto budowę okazałego gotyckiego założenia (obecny budynek Muzeum Architektury we Wrocławiu), ukończonego w roku 1505. Klasztor ten przetrwał zaledwie do roku 1522, kiedy to rada miejska, opowiedziawszy się w większości za Lutrem, wyrzuciła zakonników. W drugiej połowie kwietnia 1453 r. Kapistran brał także udział w synodzie diecezji wrocławskiej (O. Gecser: Itinerant preaching…, p. 6 i cytowane tamże źródła).

Kapistran zajęty był zarówno nauczaniem, kwestią wrocławskiego klasztoru,  jak i rozważaniem zaproszeń skierowanych do niego z Polski, ziem Zakonu Krzyżackiego i z Węgier. Z Polski otrzymał najpierw, jeszcze w morawskim Ołomuńcu, zaproszenie kardynała Zbigniewa Oleśnickiego listem z sierpnia 1451 roku, a potem, we wrześniu tegoż roku, zaproszenie ze strony samego króla Kazimierza. W marcu 1453 roku Zbigniew ponowił zaproszenie. Wreszcie, nie na ostatku, Kapistran musiał się zająć kwestią doniesień z Italii, gdzie przedstawiciel franciszkanów konwentualnych Jakub Mozzanica wystąpił przeciwko obserwantom, m.in.  oskarżając Kapistrana o fałszerstwo bulli Eugeniusza IV „Ut sacra ordinis”. W maju 1453 Kapistran korespondował w tej kwestii z kardynałem Dominikiem Capranicą – opiekunem zakonu oraz braćmi obserwantami we Włoszech. Część korespondencji z czerwca 1453 r. z królem Węgier Władysławem oraz wielkim mistrzem krzyżackim wskazuje również na problemy Kapistrana ze zdrowiem, świeżo zakończone. Wiemy, że np. w Wielkim Tygodniu Kapistran zachorował i nie mógł głosić kazań (np. O. Gecser: Itinerant preaching…, p. 6).  Pod koniec kwietnia Kapistran opuścił Wrocław i na początku maja 1453 r. przebywał w Nysie – księstwie biskupów wrocławskich.

14 czerwca 1453 r. biskup Piotr Nowak wysłał z Nysy list do Jana, w którym przepraszał go za opóźnienia w korespondencji, pisze o petrurbacjach jakie zaszły i prosił Kapistrana o pomoc w zbadaniu przez kapitułę wrocławską sprawy profanacji Najświętszego Sakramentu oraz podjęciu stosownych działań (por. zestawienie korespondencji Jana Kapistrana w „Franciscan Studies” 1990, nr 50 – za: http://www.sbu.edu, treści listu: L. Wadding: Annales minorum, t. VI, s. 74). Jak pisze L. Wadding (op. cit.) list biskupa zastał Kapistrana przed wyjazdem z Wrocławia do Polski. I tutaj właśnie dochodzimy do sprawy, która stała się punktem wyjścia naszych rozważań.

Proces wrocławski

Jan Kapistran to postać, którą historycy żydowscy malują w mrocznych barwach. H. Graetz w swojej pracy „History of Jews” poświęca mu sporo miejsca, wskazując na przyczynienie się do ograniczenia praw żydowskich w Italii. W eseju „Pope Eugenius IV and Jewish Money-Lending in Florence: The Case of Salomone di Bonaventura during the Chancellorship of Leonardo Bruni” (Renaissance Quarterly Vol. 47, 1994, p. 282-329) A. Gow i G. Griffiths opisują m.in. działania Kapistrana jeszcze w Italii skierowane przeciwko lichwiarskiej działalności, którą parali się żydzi. W roku 1419 papież Marcin V promulgował tolerancyjną bullę „Sicut Judeis”, która pozwalała m.in. na udzielanie przez żydów pożyczek chrześcijanom.  Sam Rzym korzystał z pożyczek żydowskich, np. w roku 1429 pożyczył 700 florenów od Salomona di Ventura. Salomon w roku 1427 interweniował w sprawie ograniczenia przywilejów żydowskich w Królestwie Neapolu pod wpływem Bernardyna ze Sieny i Jana Kapistrana (za L. Poliakov: Jewish bankers and the Holy See, Routledge 2012, p. 75). W roku 1428 zebrani we Florencji przedstawiciele żydowskich gmin uradzili wzmożenie wysiłków i gotowości do poświęceń w związku z „plugawymi kazaniami mnichów” – powyższe przyniosło chyba skutek, gdyż bulla Marcina V z lutego 1429 potwierdzała wcześniejsze żydowskie przywileje (op. cit., s. 75). Powyższe zasady zmienił papież Eugeniusz IV w roku 1442 bullą Super gregem Dominicum, wprowadzając szereg regulacji dotyczących relacji chrześcijan i żydów, zakazując w szczególności tym ostatnim czerpania korzyści z lichwy oraz nakazując im wydania korzyści uzyskanych z „lichwiarskiej nieprawości”. Wydanie powyższego dokumentu przypisuje się działalności Bernardyna ze Sieny oraz Jana z Kapistranu właśnie. Papież Eugeniusz IV uznał że wcześniejsze przywileje żydowskie były zbyt szerokie (np. Ch. Ocker w: „The friars and Jews in the Middle Ages and Renaissance” – red. S. E. Myers, S. J. MacMichael, p. 129). W roku 1443  odwołał bullę „Sicut Judeis” Marcina V.  Franco Mormando („The Preacher’s Demons: Bernardino of Siena and the Social Underworld of Early Renaissance Italy” – University of Chicago Press 1999) wskazuje, że kazania Bernardyna ze Sieny skupiały się na grzechach, które uważał za najbardziej szkodliwe: bałwochwalstwu, sodomii i lichwie. Na marginesie można wskazać, że grzechy te, już w o ponad 100 lat wcześniejszej „Boskiej Komedii” Dantego, jako grzechy przeciw Bogu i naturze, były przypisane tzw. dnu piekieł i do tego samego, siódmego kręgu piekła. F. Mormando wymienia poszczególne zagadnienia nauk Bernardyna ze Sieny: przeciw paktowi z szatanem czyli czarostwu, przeciwko sodomii, przechodząc wreszcie do nauk przeciwko lichwie, którą reformatorzy franciszkańscy występkowi przeciw przykazaniu miłości bliźniego. I właśnie na tym polu nauki Bernardyna ze Sieny czy Jana z Kapistranu dotykały kwestii żydowskiej. Jak pisze historyk zakonu bernardynów w Polsce O. Czesław Bogdalski („Bernardyni w Polsce 1453-1530. Tom I„, s. 22) o działalności Kapistrana w Italii w kwestii lichwy: „musiał się teraz uganiać zwłaszcza ze żydami, którzy pod te czasy z niepojętą zuchwałością zaciążyli nad społeczeństwem chrześcijańskim i przez swą lichwę, wydzierstwa, a nawet świętokradztwa stali się istną plagą dla wszystkich.”

Kwestia żydowska pojawiła się jedynie niejako na marginesie pobytu Jana Kapistrana we Wrocławiu, a szerzej podczas jego późniejszego pobytu w Polsce, o czym poniżej. Jak pisze O. Gecser (Itinerant preaching…, p. 7) w zachowanych kazaniach Kapistrana we Wrocławiu brak jakichkolwiek nauk przeciwko żydom. Co do samych wypadków wrocławskich to przekazywane są różne wersje wydarzeń. Jak pisze Miri Rubin w książce „Gentile Tales: The Narrative Assault on Late Medieval Jews” (p. 120 i nast., choć pozycję tę trzeba traktować z ostrożnością, bo  można tam znaleźć też takie „kwiatki” jak to że „Wrocław został wzniesiony nad Odrą w roku 1241 jako punkt obronny przeciw Mongołom i stał się kwitnącą stolicą biskupią”, błędne są również daty pobytu Kapistrana we Wrocławiu) źródłami dotyczącymi sprawy wrocławskiej są przede wszystkim relacje z procesu przywołane w zapiskach „De expulsione iudaeorum” (Monumenta Poloniae Historica t. III, s. 785-789), zapiskach dyplomaty króla Władysława – Oswalda Reicholfa oraz relacji zwanej „De persecutione iudaeorum vratislavensium a. 1453” (Monumenta Poloniae Historica, t. IV, s. 1-5), które zasadniczo różnią się między sobą.

Jedna z wersji wydarzeń wrocławskich przywoływana przez „De expulsione de iudaeorum” twierdzi, że zdarzenia rozpoczęły się od procesji w środę w oktawie Bożego Ciała (a zatem 6 czerwca 1453), po której  grupę wrocławskich żydów oskarżono o kradzież i profanacje konsekrowanych hostii z kościołów. Inna wersja podaje, że zdarzenie miało miejsce wcześniej, bo do zatrzymania żydów doszło 2 maja 1453, gdy Kapistran był Nysie na zaproszenie biskupa Nowaka, zaś kilka dni później sporządzono spis mienia żydowskiego we Wrocławiu. 22 maja król Władysław Pogrobowiec sporządził list, w którym wyraził zaskoczenie wypadkami oraz wyznaczył w celu ich zbadania emisariuszy Sigmunda Polembrunnera i Oswalda Reicholfa posiadających stosowne pełnomocnictwa. Król zezwolił na przepadek mienia żydów, w tym zwłaszcza zastawionych przedmiotów dłużników i weksli. Jak pisze M. Rubin (op. cit., p. 121-122) śledztwo rozpoczęło się w czerwcu, a zeznania żydów wskazywały na istnienie grupy współdziałającej z innymi gminami żydowskimi na Śląsku, do których miały trafić pozyskane hostie. Podczas zeznań konwertytka, żona jednego z wrocławskich mieszczan wskazała, że w wieku 6 lat była świadkiem jak jej ojciec 16 lat wcześniej brał udział w zbliżonym rytuale profanacji w Lembergu (Lwówku Śląskim). Miała ona mieć miejsce w piwnicy budynku, a podczas niej doszło do zabójstwa starej żydówki i dziecka. Na podstawie zeznań trybunał wysłał delegację do domu opisywanego przez świadka, gdzie zarządzono ekshumację i znaleziono kości niewiasty i dziecka. Dokument „De persecutione Iudaeorum Vratislaviensium a 1452” zamieszczony przez W. Kętrzyńskiego w tomie IV zbioru Monumenta Poloniae Historica (s. 1-5) zawiera zeznania żyda Jakuba, syna Salomona z 22 czerwca 1453 r. o pozyskaniu hostii od Meira, czy też Meyera (kościelnego od św. Macieja) i profanacji ich w synagodze,  następnie przekazaniu części hostii żydom z innych śląskich miast.

Jak wspomnieliśmy, brak jest śladów by Jan Kapistran uczestniczył od początku w sprawie profanacji i środkach podjętych przeciw jej domniemanym sprawcom. O pomoc w tej sprawie poprosił go listem wysłanym w przeddzień święta św. Wita z Nysy (14 czerwca 1453 r.) biskup Nowak (treść listu za np. L. Wadding: op. cit., s. 74). Data sporządzenia listu biskupa wskazuje na nieścisłość relacji historyka żydowskiego H. Graetza w „History of Jews”: „Kapistran zasiadł na sądy i ferował wyrok na winowajców. Na Rynku Solnym, przy którym mieszkał, spalono 40 Żydów, uznając za winnych (2 VI 1453 r.)” Jak wskazuje Ch. Ocker („The friars and Jews…” , p. 130) za biografią pisaną przez Johanna Hofera wiadomo, że Jan  Kapistran był w składzie trybunału, który zajmował się profanacją hostii 9 lipca roku 1453, tj. już po części skazaniu osób i pierwszych egzekucjach 4 lipca (taka data pojawia się u M. Rubin, p. 124, a jego rola nie wynika w sposób jednoznaczny z zachowanych dokumentów. Udział Kapistrana w posiedzeniu z 9 lipca 1453 potwierdza relacja dokumentu zamieszczonego w Monumenta Poloniae Historica t. III, s. 788, który umieszcza opis zeznań żyda Swemana z tego dnia w obecności Kapistrana. Opis zawiera zastrzeżenie, że zeznanie zostało złożone dobrowolnie, bez użycia tortur i opowiada jak Jakub, syn Salomona przekazywał hostie żydowi ze Świdnicy, a także jak doszło do profanacji z synagodze. Relacja kończy się wskazaniem, że część żydów skazanych na śmierć a wyrok wykonano, zaś pozostali zostali wygnani z miasta, co potwierdzała decyzja króla Władysława. Warto zaznaczyć, że celem pobytu Jana z Kapistranu we Wrocławiu nie było zwalczanie miejscowej gminy żydowskiej, brak jest również wzmianek by jego kazania w mieście dotyczyły tej kwestii. Warto nadmienić, poza wypadkami wrocławskimi, brak w biografii Jana Kapistrana analogicznych wydarzeń w postaci egzekucji na żydach w innych krajach, także tam, gdzie rzeczywiście kazał przeciw żydom i lichwie (np. w Italii).

Jak wskazano wersje dotyczące wypadków wrocławskich, w tym także ilości straconych osób, dat poszczególnych zdarzeń, są rozbieżne. Wynika z nich, że do egzekucji na tle procesu dotyczącego profanacji konsekrowanych hostii i usunięcia żydów z miasta doszło. Profanację konsekrowanej hostii, z uwagi na wiarę w rzeczywistą obecność w niej Jezusa Chrystusa, według ówczesnego prawa karano śmiercią. Ponadto, złożone w procesie zeznania, niezależnie od dzisiejszej oceny ich wiarygodności lub nie, wskazywały także na inne przestępstwa (zabójstwo w Lwówku Ślląskim). Co ciekawe, same prawo żydowskie także przewidywało karę śmierci za naruszenie reguł religijnych np. za publiczne bluźnierstwo, zwłaszcza w sytuacjach nagłych. Kara śmierci obowiązywała m.in. wobec donosicieli, którzy ujawniali informacje o żydowskich wspólnotach. Jak pisze Izrael Abrahams (Jewish life in the Middle Ages, London 1919, p. 49-50): „donoszenie było zarazą w średniowiecznej wspólnocie żydowskiej, zaś pogrom i wygnanie często następowały po kłamliwych zeznaniach przeciwko żydom składanych przez bezwzględnych delatorów. Dlatego nie było miejsca na wahanie, zaś stara dobra dewiza z Talmudu „jeśli widzisz człowieka, który zamierza się by się zabić i nie ma innej alternatywy, możesz go powstrzymać, nawet kosztem jego życia” była wprowadzana w życie jako czysty środek samoobrony” (zob. także np. N. Roth: Medieval Jewish Civilisation: an Encyclopedia, p. 134). Jak pisze D. Biale w: Power & Powerlessness in Jewish History (p. 51-52), wobec braku możliwości po zniszczeniu świątyni zebrania sanhedrynu, rabini posługiwali się pojęciem sytuacji uzasadnionej „nagłą koniecznością”. Biale podaje przykład z Babilońskiego Talmudu o człowieku, który został ukamienowany za naruszenie sabatu, nie dlatego, że zasługiwał na karę zgodnie z prawem, lecz z powodu stanu „nagłej konieczności” (hora’at sha’ah). Jak dalej wskazuje, „tworząc kategorię prawa nadzwyczajnego, średniowieczni rabini w śmiały sposób rozszerzyli zarówno granice prawa talmudycznego, jak i środki jego egzekwowania” (op. cit., p. 53). Z uwagi na to, że jedynie w części Europy (np. Kastylii do XV wieku oraz w niektórych państwach muzułmańskich), sądy rabiniczne posiadały uznaną przez władcę kompetencję do skazywania żydów na śmierć (ich wyroki wykonywało świeckie ramię), możemy opierać się wyłącznie na danych pochodzących z tych krajów. W pozostałych krajach takie wyroki egzekwowane przez władzę świecką nie były możliwe.

c.d.

IMG_2940

Chór dawnego kościoła bernardynów we Wrocławiu (XV w.)

Legendy sudeckie (14)

O górach jelenich, łysych i mglistych oraz roztropnym rzeczy potomności przedstawianiu

I.

Długie krople deszczu jak włócznie ciskane przez niewidzialnych jeźdźców waliły o gościniec. Zimny wicher zaginał ich kierunek ku południowi. Uważnemu obserwatorowi mogło wydawać się, że ukryci w chmurach wojownicy nie wyrzucają swych pocisków na oślep, lecz, że kierują je ku gromadce wędrowców, którzy, nie odwracając się nawet na moment, wiedli swe wierzchowce ku czeskiej granicy. Jechali, jakby za nimi nic nie było oprócz deszczu, który smagał ich grzbiety nieubłaganie. Nic, co by ich zatrzymywało, bądź było warte uwagi. Ale nie była to prawda. Zbigniew, pierwotny syn Władysława Hermana, pozbawiony przez młodszego brata należnego mu dominium, mimo paru kolejnych porażek nie zamierzał rezygnować z wojny. Wygnanie uważał za stan przejściowy na drodze ku władzy. Wygnani byli i Mieszko Lambert, i jego syn Kazimierz, a jednak powrócili i zdołali odmienić zły los. Tego ostatniego nazwali nawet Odnowicielem. Przypadku króla Bolesława, drugiego tego imienia, Zbigniew wolał nie wspominać. Zwłaszcza, że jedynie dzięki temu przypadkowi mógł teraz sobie roić marzenia o powrocie do władzy.

Zostawili z tyłu osadę Jawr, nazwaną tak od tego rodzaju drzew występujących licznie w okalających ją puszczach, i wjechali w pocięty wąwozami teren sudeckiego przedgórza. Trakt ścinał spore zakole Nysy Szalonej, która wiła się gdzieś w oddali wśród borów. Przekroczyli pasmo wzgórz i zaczęli się ponownie obniżać się w dolinę, gdy po lewej, na stromym pagórku wyrósł przed nimi cień kasztelu Swyn, strzegącego przejścia ze Śląska do Czech. Zbigniew postanowił, że zatrzymają się w nim na noc, niezależnie od tego czy pilnujący bez wątpienia jego szlaku i podążający za orszakiem Bolkowi ludzie, zgłoszą do tego jakieś zastrzeżenia. Wygnanie czy nie, nie będzie w polu na wietrze nocował. A może do kasztelu jeszcze wieści z głębi kraju nie dotarły i bez przeszkód w warowni odpoczną?

Komes Swyn na szczęście albo nieszczęście pamiętał Zbigniewa jeszcze z czasów, gdy wrocławski Magnus chronił go przed ojcem, a właściwie wszechmocnym wtedy Sieciechem, i później, kiedy Zbigniew, ramię w ramię z Bolesławem, występowali przeciwko samowoli palatyna. Jak to było niedawno i dawno zarazem. Sieciech już ślepy i niegroźny, za to Bolesław… Komes przyjął słowa Zbigniewa, że do Czech wraz z przybocznymi się udaje. Nie żądał żadnych dodatkowych wyjaśnień, na koniec wskazał gościowi izbę, gdzie podano mu skromną wieczerzę. Przyniósł mu ją o dziwo postawny rycerz, co wzbudziło w Zbigniewie podejrzenia czy jakaś zdrada mu nie grozi, posłał więc jednego z przybocznych do pachołka, który został na dziedzińcu, pilnując czy nikt nowy do kasztelu nie przybył. Uspokoiła go jednak przyniesiona z powrotem wiadomość, że byli ostatnimi, którzy tego wieczora do Swyn dotarli. Po wieczerzy, gdy Zbigniewa nieco po przydługiej podróży przypiliło, wskazano mu zwyczajowe miejsce, gdzie mógł swojemu brzemieniu ulżyć. Przyboczni przepatrzyli je, nim wpuścili doń Władysławowica, potem stanęli przed odrzwiami na straży. Mimo to Zbigniew, kucając w blasku pochodni, miał wrażenie, że śledzi go z półmroku jakieś złośliwe spojrzenie i nie były to bynajmniej końskie ślepia. Podciągając spodnie, poczuł obcą dłoń na swoim ramieniu. Pozostawiona na drewnianej podporze pochodnia zgasła. Zanim Zbigniew zdążył krzyknąć, niewidoczny obcy przemówił:

– Wygnanyś. I ciesz się, że się na tym skończyło. Jedź sobie, z kim tam chcesz, choćby z Bogiem, lecz nie próbuj wracać do Polski. Bo gdy się wrócić ośmielisz, na zawsze tego pożałujesz.

Ręka cofnęła się, a Zbigniew pochylony wypadł z pomieszczenia:

– Łapcie go, tam w ciemności, zabójca! – wydusił do oniemiałych pachołków. Ci wtargnęli do środka z pochodniami i rozbiegli się, poszukując intruza, który zakłócił ich księciu ewakuację. Nie znaleźli jednak niczego oprócz świeżego stolca, w który, klnąc szpetnie, wdepnął jeden ze sług.

– Pusto!

– Pusto? – zdumiał się wygnaniec. – Niemożliwe. Komesa powiadomcie. Powiedzcie, że pod dach nas przyjął, a bezpieczeństwa zapewnić nie zamierza.

– Pod dach was przyjąłem nie tylko przez pamięć o dawnych, sieciechowych czasach – oświadczył komes, który pojawił się na żądanie Zbigniewa – ale również z tej przyczyny, że Bolko nie kazał wam przeszkód w wyjeździe poza granice księstwa czynić. Przeciwnie – dopilnować byście jak najszybciej się poza nimi znaleźli. I gościny dotrzymam. W Swyn nikt bez mojej wiedzy pojawić się nie może, więc może was duch jaki raczej napadł, zwłaszcza że jak mi doniesiono, wasi ludzie dokładnie przed waszą wizytą pomieszczenie sprawdzili.

– Tajemne przejścia być mogą! – wydusił Zbigniew, ale komes spokojnie wziął z dłoni jego pachołka pochodnię i wszedł z grodowymi do wnętrza, pokazując po kolei Władysławicowi wszystkie zakamarki. Przejścia nie było. „W końcu jest tajemne” – pomyślał Zbigniew zrezygnowany.

II.

Rycerz, który podawał ostatniego wieczora do stołu Zbigniewowi, stał teraz na cyplu zbocza opadającego ku Szalonej Nysie. Nad nim wznosiły się wały kasztelu Swyn. Obok rycerza czerniał postawny człowiek starszy wiekiem, którego ubiór zwiastował niepośrednie pochodzenie. I rzeczywiście był to Niemoj ze znanego czeskiego rodu Ursynów, zwanego w ichniej mowie Wrszowcami. Rodu możnego, choć powiadało się, że ciąży na nim klątwa z powodu rzezi, jakiej dokonali na krewnych samego Adalberta, uznanego za świętego, tego samego, do którego grobu pielgrzymował w roku tysięcznym od narodzenia Pana cesarz rzymski. Ale Boruta był zwykł inaczej liczyć ułamki ziemskiego czasu, zaś rzekoma klątwa osobiście mu nie przeszkadzała . Wskazał Czechowi na oddalający się ku granicy oddziałek Zbigniewa.

– Przybywa ku wam, ale bacz, że nie zwycięstwa wam przyniesie, lecz klęski. Światopełk bardziej śmiały, niż roztropny może próbować wygnańca wykorzystać. Wnioski sami wyciągnijcie, lecz wiedz, że za spiskowanie przeciw sobie, Bolesław nigdy nie wybacza. A i wasz Borzywoj u nas siedzi, swojej szansy z kolei szukając. Będą bruździli Światopełk ze Zbigniewem, Bolko z Borzywojem do Pragi rychle pospieszą. Wtedy zaś wszystko być może.

– Światopełk cesarza słucha. Jak cesarz rozkaże, Światopełk Zbigniewa wesprze. Ale teraz Henryk do wyprawy na węgierskie królestwo się szykuje. Krzywdy krzyżowców chce pomścić, których podczas krucjaty od Kolomana doznali.

– Nie cesarz to po pierwsze, bo póki co, nie koronowany. A Kolomana nie po to zwą uczonym, by się w niemieckiej intrydze nie rozeznał. Nie chodzi Henrykowi o tę zbieraninę, która nieźle w drodze przez Węgry rozrabiała, nim ją Koloman nie poskromił. Raczej o to by Węgier nadmiernie nie wyrósł, kosztem Światopełka, którego jako lennika traktuje. A wy co myślicie?

– Z moim bratankiem Mutiną się naradzę. On lepiej zna Światopełka i jego plany. Lecz, jak wspomniałem, nie sądzę, by Zbigniewa chciał wspierać, gdy mu się sprawa z Kolomanem szykuje. Powiedzcie z kolei wy czy Bolko się ruszy, gdy na Węgry Światopełk pociągnie?

– A kto go powstrzyma? Chyba, że twój bratanek.

III.

Mutina patrzył na swoje oddziały chłodnym okiem. Nie łudził się, że tę parę setek, które Światopełk pozostawił, ciągnąc na Kolomana, powstrzyma zbliżające się hufce Bolesława. Bolesław nagłym szturmem wziął Kladsko, z którego Mutina zdołał wyprowadzić część żołnierzy, wiodąc ich naprzeciw nadchodzącej pod Wackiem odsieczy. Nie miał przekonania do tej walki, również dlatego, że stryj Niemoj, który umknął do Polski, odradzał mu wsadzanie palców między wierzeje w obliczu nadchodzącej wichury. Wacko patrzył na Mutinę spojrzeniem pełnym podejrzeń. Uważał, że jest w zmowie z Borzywojem, którego z pewnością Bolesław ze sobą wiedzie i że pozorował jeno przed Polakami obronę. Wobec tej niewątpliwej zdrady niewiele nadziei przykładał do boju z Bolesławem, a mając obok siebie tak dorodnego ofiarnego kozła, również niewiele obawy. Bolesław uderzył, jak zwykle niespodzianie, nie obawiając się starcia w gęstej puszczy i wkrótce zmusił Czechów do ucieczki ku południowi. Potem, pod osadą Bystrzice, w cieniu wyniosłego masywu, górującego nad płaską tu stosunkowo kotliną, rozłożył się obozem, wysyłając pojazdy na Medzilesi i jeszcze dalej, za niski tu grzbiet sudecki.

Boruta wrócił właśnie z jednego z nich i skierował się prosto książęcego namiotu, by zdać relację, Bolesław jednak wstrzymał go i dał znak, że chce mówić:

– Wiem. Paliłeś i grabiłeś. – Boruta kurtuazyjnie się ukłonił, a książę ciągnął dalej. – Tymczasem tutaj ,ważne doszły nas ważne wieści. Borzywoj doniósł, że zgłosił się do niego pewien rycerz, uciekinier z czeskiego obozu. Twierdzi n, że Światopełk wrócił z Węgier i ku nam idzie.

– To dziwne, bo żeśmy po drodze nikogo nie napotykali. A jeśli nawet to albo taki ziemię gryzie, albo w naszych łykach. Ten rycerz zniknąd, z dobroci serca pewnie zresztą nam donosi… Wiadomo chociaż kto on?

– Borzywoj rzecze, że Mutiny jakiś znajomek.

– Obaczym.

– Ale sprawa jest jeszcze poważniejsza, bo Pomorzanie ponoć znów się buntują. Wracać nam trzeba.

– Skoro tak, wasza miłość wie najlepiej co czynić. Zanim ruszymy, ja jednak z tym rycerzem, za waszym przyzwoleniem się zapoznam.

Bolko skinął z akceptacją.

– Znajdziesz go w czeskiej części obozu. Kazałem go śledzić, ale dyskretnie.

Boruta bez problemu odnalazł namiot, w którym znajdował się przybysz. Znalazł go po dwóch rosłych wojach, którzy dość ostentacyjnie opierali się o drewniane żerdzie naprzeciwko namiotu, którego kazano im pilnować, wlepiając oczy w jego otwór. Poznali Borutę i nawet mu się ukłonili w pozdrowieniu. Ten zaś, nie zatrzymując się nawet na krok, rozchylił zasłonę namiotu i znalazł się w jego wnętrzu. Przed nim na posłaniu rozłożył się tłusty konus, dość przyzwoicie, jak na zbiega ubrany, i zajadał, nie, wcale, nie knedle, tylko zwykłe kurze udko.

– Honza! – powiedział Boruta, a zabrzmiało to jak stwierdzenie oczywistego faktu. Bo rzeczywiście był to Honza Omnimór, jeden z głównych czertów Bohemii. Mimo dobrotliwego wyglądu, jaki przyjmował do codziennych kontaktów z ludźmi, całkiem groźny i podstępny.

– A…a…a…hoj! – wykrztusił Honza, bo udko w ustach wyraźnie utrudniało mu mówienie. Całość dopełniało jąkanie, którym Honza zyskiwał w rozmowach czas do namysłu.

– Daruj sobie. Zbieraj ogon w troki i zjeżdżaj, bo ci prowokacja nie wyszła. Szczęście w nieszczęściu masz, że Polacy do siebie odchodzą Ale nie ciesz zbytnio, bo ja zostaję. Powiem więcej, potowarzyszę ci trochę, aby czeskiej granicy popilnować. I nie próbuj oponować, bo jest tu w obozie paru księży, którzy na wieść o twoim pochodzeniu, chętnie by cię przeżegnali.

– Ciecieciebie ttteż…

– A jak myślisz, komu uwierzą? – uśmiechnął się Boruta. – Powiem więcej, zaprzysiężesz zaraz na piękne oblicze upadłego, że jako kompanowi nie będziesz mi bruździł.

– Aaaa… ty?

– Nie martw się, będę się przyzwoicie zachowywał. Żadnej nadzwyczajnej ingerencji.

IV.

Świtało. Mutina wjeżdżał wraz z Wackiem w obręb drewniano-ziemnych umocnień zamku Vraclav, gdzie czekał ich już powracający z Węgier Światopełk, by rozliczyć z tego, jak przeciw Bolesławowi stawali. Mutinę odprowadzały zdziwione spojrzenia pospólstwa, które nie wierzyło, że nie wykorzystał szansy i nie uciekł do Polski. Nie tylko życzliwi doradzali mu, by zniknął, bo książę czeski właśnie na nim wyładuje swój gniew i jeżeli nie życie, to oczy straci. Mówili, że Wacko tylko czeka, by całą winę na niego zrzucić i przed władcą pogrążyć. „Kiedyś trzeba umrzeć – odpowiadał im lekko. – A nie jest rycerzem, ten kto boi się śmierci”. Jednak ciężko mu było na sercu. Gdzieś w głębi duszy miał jednak nadzieję, że Światopełk nie pozbędzie się go, doświadczonego żołnierza, zwłaszcza gdy w oddali jawiło się widmo kolejnego konfliktu.

W paradnej izbie grodu Vraclav stali już przedstawiciele możnych rodów czeskich, wśród których Mutina rozpoznał paru krewniaków, w tym dwóch własnych synów. Patrzyli na niego ponuro bez słowa, podobnie jak reszta sali. Ciężkie milczenie przerwał Światopełk, który wpadł jak burza do sali, siadł na jej środku i omiótł wzrokiem a zatrzymując spojrzenie na Mutinie, zaczął, nie kryjąc nienawiści:

– Wrszowcy! Psie syny, coście dla jaj wytrzebili mego przodka Jaromira, coście zdradą pozbyli się mego brata Brzetysława. A i na nieszczęsnego Borzywoja, żeście mnie szczuli, szczuli i do grzechu przywodzili, aż go wygnałem, przez co gorę i gorzeć będę na wieki!

Tu zapłakał, i to całkiem szczerze, co dowodziło, że trzeźwym na radę nie przyszedł.

– Potępionym, diabeł widły na zad mój szykuje, ale po stokroć potępieni wy, Wrszowcy! A ty, Mutina z nich najgorszy sukinsyn wszeteczny, któremu ja ufałem i któremu zostawiłem, idąc na Węgry, nad braćmi Czechami przewodnictwo. Ty zaś, dobrego męża przede mną grając, tajemnie poszedłeś w nocy do Polski do Swyn, by naradzić się z tym łajdakiem Niemojem, jak mnie się pozbyć. A później, jak Borzywoj z Polakami do Kladska wtargnęli, wolałeś miast grodu bronić, sromotnie dać nogę!

Tu groźny pomruk poszedł po sali, a Światopełk skinął dłonią, wstał i wyszedł z izby. Był to znak dany umówionemu oprawcy, który wyciągnął miecz i ciął trzykrotnie zdumionego mimo wszystko Mutinę, za trzecim razem odrąbując wreszcie głowę od tułowia. W sali wszczął się tumult i stronnicy księcia pochwycili mimo oporu obu synów Mutiny, a także Unisława i Domasza Wrszowców. Ktoś wypadł z izby, ale zaraz krzyknęli, by go chwytać, bo to kompan i polecznik Mutiny. Dopadli go już za grodem, oczu i worka, pozbawiając. Potem Światopełk kazał wszystkich rodowców Mutiny zgładzić, nie tylko tych, co ich na zamku schwytano. Dzieci Mutiny, dość nadobne pacholęta, zarżnięto nożem, zaś Wacuła, Herman i Krasa skoczyli na koń. Dopadli w Libicach Bożeja z synem, których bezbronnych zadźgali mieczem, a nagie ciała wrzucili do rowu.

V.

Tttak ttto wwwłaśnie z Wwwrszowcami sssię ssskończyło – podsumował Honza i roześmiał się głośno, przepijając kuflem piwa do Boruty.

– Głupiś, ty, Honza – odrzekł mu Boruta – i nie wiem, z czego się cieszysz. Domyślam, że to ty na Mutinę Wacka poduściłeś. I wiele z tego przyszło? Że Światopełk okrucieństwo pokazał? Abo to coś szczytnego lub wyjątkowego? Że Wrszowców wygubił? Się może jedno widmo gnieźnieńskiego świętego ucieszy. I nie koniec to tylko początek. Część do Polski uszła, z Bożywojem powróci. Nieszczęście tylko na Czechy spadnie.

– Aaa ccco ttty ttttak sssię ooo Czeczeczechy tttroszczysz? Bbbardziej nnniż jja ssam. – zdziwił się Honza.

– Bo głupio mi jak Czesi Niemcom dają się tak rozgrywać.

– I ccco zzzamierzasz?

– Na razie na Śląsk wracam. Bo słyszałem, że w odpowiedzi na Bolkowe Borzywoja wsparcie, Światopełk postanowił Zbigniewa ze zbrojnymi na ziemie Bolkowe wypuścić, o czym mi, swojemu zaprzysiężonemu kompanowi, zapomniałeś wspomnieć. Nieładnie. Nie patrz się tak i, składając sylaby, nie myśl, że mi przeszkodzisz. Rutynowy raport do centrali wysłałem. Oczywiście musiałem wspomnieć, że wsparłeś rzeź zabójców Adalberta. A taką niemoralnie dwuznaczną sytuację będą musieli sprawdzić i ocenić.

– Wwweryfikacja? – wysapał Honza i zamilkł jak ścięty nożem.

VI.

Dwa lata mijały od tego spotkania, a mimo że wiele podczas nich się wydarzyło, Boruta nie spotkał swojego czeskiego odpowiednika. Musiał mnie diabelnie unikać – pomyślał, kołysząc się w siodle wśród gęstniejącego oparu. Wydarzyło się wiele. Najpierw Henryk zgromadził siły w Erfurcie i mimo, że jeszcze nie cesarz, cesarskie pretensje dawcy koron do Bolesława wysunął. Oczekiwał trybutu i przyznania Zbigniewowi części polskiego lenna. Potem, wiedząc, że Bolesław marudzi na Pomorzu, runął z wojskiem w dolinę Odry. Czesi ze Świętopełkiem na czele poszli od południa w jego ślady. Było lato. I ciepło. Nie to co tutaj na górze.

VII.

Sierpniowy upał dokuczał mocno, a żaden podmuch nie mącił rżanych kłosów stojących na baczność na rozległym karczunku. W dali, ponad rozgrzane łany wyrastał lesisty stożek Ślęży. Nagle, mimo, iż wiatr nadal swojej obecności nie zdradzał, rzędy zbóż zaczęły rytmicznie falować, jakby gładzone niedającą się dostrzec dłonią. Południca szła przez pole, wiercąc świetlistymi jak słońce oczami otoczenie w poszukiwaniu ofiary – niebacznego kmiecia, który, wbrew ostrzeżeniom starszych i od niego mądrzejszych, uciął sobie drzemkę podczas żniw. Nagle jej bladą jak mączny pył twarz rozjaśnił upiorny uśmiech, dostrzegła bowiem skuloną na skraju pola postać opartą o niewielkie drzewko, które rzucało nikły cień dokładnie w przeciwną stronę. Postać miała na głowie plecione, opadające na lico nakrycie, a jej pierś unosiła się rytmicznie w takt posuwistych kroków południcy, która sunęła teraz wprost na śpiącego. Obok leżącego spoczywał pęk świeżo zebranego łubinu. Południca była tuż, tuż, gdy postać przeciągnęła się nagle leniwie, odsłoniła twarz, a potem, przytykając dłoń do ust, ziewnęła głośno i beztrosko.

– Witaj! – powiedział nieznajomy, wstając i podając południcy pęk łubinów. Mimo, iż słońce znajdowało się dokładnie za południcą, rzucał na nią sporych rozmiarów cień, znacznie przerastający jego posturę. Południca zaszczękała zębami, które, wbrew krążącym wśród gminu opowieściom, wcale nie były z żelaza, i skuliła się.

– Udar cieplny? – zdziwił się obcy. – Ach, nie. Raczej pospolity pietr. Myślałem dotąd, że to uczucie jest wyłącznie ludzkie, ale będę musiał skorygować swoje przekonanie. Bez obaw! Nie krzywdzę zazwyczaj. No chyba, że mnie przymuszą. – roześmiał się całkiem szczerze. – Mam dla ciebie zadanie. Pójdziesz. Nie, nie na południe… W stronę zachodzącego słońca, skąd nadciągnie wkrótce armia. Przypilnujesz, by upał odczuli. Aha, żebyś pamiętała o zadaniu, poślę za tobą cień. Nie lękaj się – cień w sensie metaforycznym. Krewniaka w pewnej mierze. Były zmór to jest dusiołek, a obecnie mój czeladnik do zawodu wciąż się przyuczający. Sprawisz się dobrze, dam spokój, zawiedziesz, przypilnuję, byś słońca już nie ujrzała. Może być?

VIII.

Boruta odgonił natrętne wspomnienia i dalej bujał w obłokach, które przesuwały się z południa na północ, odsłaniając co jakiś przez swoje strzępy czas kółko jaśniejsze od bieli, świadczące że tam w górze świeci nadal słońce i istnieje błękitne niebo. Potem jednak znowu biała zasłona się nasunęła, a wraz z nią wróciły widma przeszłości. Henryk podszedł wtedy aż pod Głogów, mylony czasem przez ignorantów z dziedziny nie tylko geografii z Cedynia, i tu stanął, wymyślając ten iście szatański plan z zakładnikami. Planem tym Bolesław jednak się nie przejął, oświadczając, że skończy na palu każdy kto się podda. Grodzianie mieli widać zaufanie do słów swego księcia, bo odmówili Niemcowi kapitulacji. Niemiec się zirytował na tyle, że popełnił nie tyle zbrodnię, co błąd, jak uznał bez wahania Boruta, dając wspaniałe pole do popisu polskiej propagandzie. Przed frontem wojsk Henryka popchano ku wałom grodu drewniane płaszcze chroniące nacierających przed ostrzałem. Do płaszczów tych, zwanych z łaciny plutei, przymocowano z przodu do osłony, coś, co po bliższym oglądzie okazało się niewielkimi figurkami głogowskich dzieci zakładników.

– Zakładników wam cesarz odsyła – darli się napastnicy spod grodu, co było barbarzyńsko głupie, nawet dla przeciętnego adepta sztuki zwodzenia. Nawet skośnoocy z dalekiego Wschodu lepiej rozumieją wojnę – pomyślał wtedy Boruta. A potem gród przemówił – zadzwoniły, choć z drżeniem, cięciwy ojcowskich łuków i lunęła na napastników zmieszana z łzami, lana przez miejscowe niewiasty, smoła. I przyszły coraz dłuższe jesienne noce, podczas których za wodami Baryczy płonęły ognie, obserwowane uważnie, choć z odmiennymi uczuciami, przez obrońców i żołnierzy Henryka. Wkrótce zarówno po wałach, jak i obozie krążyło zgrabne powiedzonko „Bolesław nie śpi”. Pierwsi nie wytrzymali rosnącego napięcia Czesi i odeszli, wlokąc za sobą trupa Światopełka, który, jak twierdził oficjalny komunikat służb Henryka, zginął przypadkowo w zamieszaniu podczas zwijania namiotów, nadziewając się omyłkowo na włócznię pomiędzy łopatki. Po tym wszystkim król Henryk, zwany już i przez Bolesławową propagandę, aby przydać znaczenie wojennemu powodzeniu, cesarzem, postanowił ruszyć na Vratislavię. Bolesław szedł za nim w ślad, szarpiąc maruderów. Sam Boruta upodobał sobie wtedy kuszę, armum diaboli, jak mawiał papież Urban, niezastąpioną by wyłuskiwać co poniektórych z niemieckich szeregów. A gdy pomyślał, że Bolesław krąży nieustannie jak lew ryczący, poczuł się niemal jak u siebie w domu. Wkradał się też niepostrzeżenie w szeregi wroga, siejąc zamęt. Największym jego sukcesem było to, że nawet zdołał co poniektórych nauczyć piosenki. Zaczynała się Bolezlave, Bolezlave, dux gloriosissime…, a później knechci sami zaczęli dodawać do niej wytwory własnej wyobraźni i inwencji twórczej. Co do zaś słynnego passusu w odpowiedzi na Henrykowe żądanie trybutu – Boruta skorzystał ze sprawdzonych wzorców piekła starożytnego, w którym Grecy kładli swe obole na ustach zmarłych zabieranych przez upiornego przewoźnika do bram królestwa strzeżonych przez nie mniej upiornego psa. Czy Henryk spełnił nadzieje pokładane w klasyczne wykształcenie i aluzję zrozumiał? Boruta nigdy się dowiedział. Nie było zresztą czasu, bo wojska wciąż niedoszłego cesarza ugrzęzły pod Vratislavią na rozlewiskach Widawy. Boruta dopadł wtedy jednego grafa, który próbował się wydostać z bagna i ofiarowywał złoty pierścień temu, kto go wydobędzie. – Aurum auro addimus. – odparł wtedy Boruta i cisnął podany mu przez grafa pierścień wprost w złoty łańcuch wiszący na jego piersi. – My Polacy bardziej w żelazie się kochamy – po czym pchnął raz, a dobrze ostrzem włóczni. Wypocząwszy potem cokolwiek po tak wielkim trudzie…

 IX.

Wypocząwszy tedy cokolwiek po tak wielkim trudzie Bolesław runął na Czechy, ale choć pogromił przeciwnika nad rzeką Łabą nie zdołał przywrócić na tron Borzywoja. I dlatego po krótkiej przerwie, i po Zbigniewowej wraz z Czechami odpowiedzi w postaci wypadu na Śląsk, Boruta musiał kolebać się w siodle ponownie w tę i nazad przez te zamglone wysokości, czekając aż wyrąbią przesiekę i zbudują mosty na głębokich bagnach. Dziwiły Borutę owe błota w takich górach niezmiernie, ale skoro góry chmurne wciąż były to i woda się na nich musiała trzymać. W Czechach nie powojował sobie, bo złośliwi mieszkańcy tych ziem zanim bić się dzielnie, cofali się stale przed Polakami, zabierając przy tym ze sobą wszystko co było do zjedzenia i do wypicia prócz wody. Dwukrotnie wydawało się, że porządna bitwa się kroi, ale Czesi raz bez walki, zaś raz po wstępnym boju, czmychnęli twardo a zdecydowanie, pozostawiając na polu zdezorientowanych Polaków. W końcu dalszym heroicznym, dramatycznym czynom przeszkodziła rzecz prozaiczna – brak powszedniego chleba. Po dniach dziesięciu chwalebnej tej wyprawy trzeba było wycofać się za góry, otrąbiając zwycięstwo i wieczną sławę Bolesława. Teren w końcu przestał być płaski i podjął decyzję, żeby opadać. Zjechali w dolinę jakiegoś potoku, potem rzeczułki, potem rzeki, w której zakolu zatarasowanym przez pokaźne żeremie zatrzymał się książę. Za sobą mieli wał górski, który przebyli, wciąż nieprzejednanie tkwiący w chmurach.

– Nie podoba mi się, że chcesz wyjaśniać potomnym mój przydomek – rzekł Bolesław chłodno, acz dobitnie. – W ogóle skąd pomysł, że ktoś nazywa mnie krzywoustym? To chyba wrogowie, którym ucha dawać nie należy. Powiedz mi dobry człowieku, czy ja wyglądam jak krzywousty? – odwrócił się siedzącego przy naprędce skleconym stole starca.

– Nie wiem panie – odrzekł tamten. – Bo z twojej łaski wzroku mnie pozbawiono.

– A… wuj Sieciech. Zapomniałem – powiedział Bolko. – Rycerz Piotr, gdzie jest rycerz Piotr? Rycerzu Piotrze ty jesteś prawości krynicą i tobie tak sroga kara jak dla Sieciecha zdrajcy nie grozi. Zdrajcy, a najgorsi zdrajcy są w rodzinie. Powiedz mi czy wyglądam jak krzywousty?

– Óślepić go, oślepić! – zawołał kilkuletni chłopak z boku stołu.

– Cicho Władysławie, bo przy takim podejściu będę musiał przemyśleć swoją politykę dynastyczną i twoje dziedziczenie. Czy wyglądam jak krzywousty?

– Panie – odezwał się pytany. – Jak mówisz słowo „zdrajcy” lekko drgają ci wargi, ale nazywanie tego krzywoustwem to znaczna przesada.

– Dziękuję ci. Wiesz, że cenię szczerość, ale dyplomatyczną szczerość. A może komuś skłamałem i uważa, że można mnie tak nazywać? Rycerzu Jakso?

– Panie, mam wrażenie że szukasz jelenia, bo Zbigniew…

– Nie wymawiaj jego imienia! Wiesz, że to imię wzburza mnie mocniej niż słowo „zdrajca”. Wiesz, że zastępuję je, wzorem cesarzowej Eufemii, elementami opisowymi, takimi jak przestępczy zaprzaniec, bo jak mam je wymówić to wargi mi tak chodzą, że wąs mi się plącze. Między zębami.

– Przepraszam książę…

– Nie przepraszaj. Wiesz jaka jest zwyczajowa kara za obrazę mojego majestatu?

– Wiem. Mam wejść na najbliższą górę i wbić w koło sto zaostrzonych palików…

– … nie zapominając o otworze bramnym z wieżyczką.

– Ruszam książę.

– Czy ktoś jeszcze ma jakieś uwagi z pogranicza mojej szczęki i żuchwy?

X.

Po całym tym zajściu Boruta wyleciał z hukiem ze stanowiska nadwornego propagandzisty księcia, choć zaoszczędzono mu palików i oślepienia, które spotkało niedługo potem przestępczego zaprzańca. Wysłano go hen za Kraków, w daleko niższe góry, zwane Łysymi, gdzie za swoją pokutę Bolesław polecił poddanym wznosić benedyktyński klasztor. Nie wszystkim to się podobało, nie tylko Borucie, ale i najstarszym miejscowym dziadygom. Byli oni skupieni w dwa stowarzyszenia: Pogański Związek Śwista, Pośwista i Pogody oraz Sojusz dla Ziemi: Łada-Boda-Lela. Każde posiadało sekcję żeńską, która wkrótce wykopała wiecznie kłócących się mężczyzn z kultowego obiektu. Obiekt ten utrzymany był w stylistyce naturalistycznego prymitywizmu – ze względów oszczędnościowo-ekologicznych zdecydowano o poprzestanie na oznaczeniu jego granic kamiennym rumowiskiem. Wewnątrz tego kręgu, który w istocie nie był kręgiem, bo obie zwalczające się wzajemnie grupy wzajemnie sobie podkradały głazy i psuły graniczne usypiska, zbierały się owe połączone w nienawiści czy też zniechęceniu do chłopów baby, wymykając się chyłkiem z chałup i dla niepoznaki zabierając miotłę ze sobą, że niby podwórzec idą sprzątać. O dziwo zdawało to egzamin, bo zwykle chłopu nie chciało się podnieść z legowiska i znad garnca z okowitą by sprawdzić niewieścią prawdomówność. Spotkania odbywały się w soboty, a ich przedmiotem były tak złośliwe i nieprawdopodobne plotki, że dla postronnego słuchacza rzeczywiście jakoweś zamawiania przypominały. A potem pojawili się ludzie księcia, przygotowujący teren pod klasztor, i nie zważając na babie jęki przegnali całe to towarzystwo, co spowodowało, że baby takie narzekania i złorzeczenia zaczęły pod nosem rzucać, że dla postronnego słuchacza straszliwe klątwy przypominały.

– Czy wielmożny pan wie czemu te góre nazywajo Łyso?

Boruta miał nieodparte wrażenie, że stojący przed nim kmieć w łykowych łapciach i słomianym kapeluszu, bezczelnie dość w oczy patrzący, przymawia się o napiwek. Z tego też względu nigdy nie poznał odpowiedzi na powyższe pytanie. Spiął konia i trąciwszy kmiotka, rozpoczął wspinaczkę ku terenowi prac.

XI.

Płomyk świecy pełgał po pulpicie, na którym leżał pergamin przyciśnięty krzepką, trzymającą utytłane pióro ręką. Kopista drzemał w niechętnym oczekiwaniu na słowa, które miały wkrótce spłynąć węglowym pyłem na rozpostartą stronicę. Dumał o tym, co było kiedyś żywym zwierzęciem, a co teraz spoczywało bezwładnie pod jego dłońmi, nim ponownie, pod magicznym dotykiem inkaustu, ożyje na wieczność. „Non omnis moriar” – przemknęła skrybie przez głowę klasyczna kalka, uciekła jednak ścigana przez nieodpartą świadomość, iż owo minione bydlę, które ostatecznie stało się pergaminem, nie rozumiało łaciny ani szlachetnych, twórczych pobudek ludzkości. Wolałoby pewnie zresztą zdechnąć ze starości gdzieś pod płotem i rozłożyć się w nicość. Pióro wisiało nieubłaganie nad kartą, ale spodziewane wyrazy nie nadchodziły. Starszy mnich chodził niespokojnie po izbie, nie zwracając uwagi na siedzącego kopistę. Trapiło go jak podjąć przerwany wątek. Nie było to łatwe. „Qualiter autem rex Boleslaus de Polonia sit eiectus, longum existit enrrare” otwarło przedłużającą się nieznośnie próżnię, z której trzeba było przecież znaleźć jakieś wyjście. Wreszcie zakonnik potarł czoło, zważył wszystkie przeciwstawne myśli i ściszonym głosem zaczął powoli, z namysłem dyktować:

Sed hoc dicere licet, quod non debuit christus in christum peccatum quodlibet corporaliter vinicare. Illud enim multum sibi nocuit, cum peccato peccatum adhibuit, cum pro traditione pontificem truncationi membrorum adhibuit. Neque enim traditorem episcopum excusamus, neque regem vindicantem sic se turpiter commendamus, sed hoc in medio desseramus et ut in Ungaria receptus fuerit disseramus. Tu zrobimy przerwę, bo na mały posiłek nam czas. I tak żeśmy spóźnieni, bo zaraz kompleta wypada.

XII.

– No to żeś się nie wysilił – powiedział postawny pachołek, pomijając stosowne w takiej sytuacji pozdrowienie – O tchórzliwych a podstępnych Czechach i ubogich klerykach toś się rozpisał. Ale o tym, co najciekawsze już nie. Nie zarzucam ci, że na pancerzach w ogóle się nie znasz i duby smalone prawisz, że co do wojen rozlicznych, jakie Bolesław prowadził, fakty ci się mieszają, lecz przemilczanie rzeczy najważniejszych nie jest dobrym wyjściem z sytuacji. Czyż nie zostało powiedziane, że prawda was wyzwoli?

– Boruta – westchnął mnich, rozpoznając rozmówcę.

– To nie jest odpowiedź na moje pytanie. Skoro jej unikasz, mniejsza o to. Wygnanie, wygnaniem, ale tuszę, że opiszesz przynajmniej, kto usunął z tego najlepszego ze światów Mieszka Bolesławowica?

– Boruta – powtórzył mnich. – Ten kraj dotknęła tragedia. Klęska, z której  przez pokolenie podnieść się nie może. Obecny dux daje nadzieję na wyjście z tej zapaści. Ale poniesionych ran nie można pogłębiać, stawiając wciąż pewne sprawy na ostrzu noża.

– Rozumiem. Nie chcesz mu kłaść kłód pod nogi, wskazując, jak do władzy doszedł jego ojciec. Lecz wybacz, to co tam z mozołem tworzysz się nie broni, zbrojnej kupy się nie trzyma. Piszesz, a właściwie pisze twój pomocnik, który dał mi po dobroci całość przeczytać, że Bolesław był mężny, zacny, hojny, szczodrobliwy, łaskawy.

– Piszę również lub dyktuję, jeśli wolisz, że miał nadmiar ambicji, próżności, złości i popędliwości.

– No właśnie. I wiem, co mi powiesz. Że Izasław był mąż piękny licem, łagodnego obyczaju, krzywdy nienawidził, miłował prawdę, nie było w nim obłudy, jeno był prosty rozumem, nie oddawał złem za zło. I tego typu dyrdymały utrwali z pewnością dla potomnych twój odpowiednik na Rusi. Że wiele zła wyrządzili mu Kijowianie – wygnali, a dom jego rozgrabili, lecz nie oddał im złem za zło. A ja ci powiem, że Izasław był po prostu głupi i nie zasługiwał na cześć ani szacunek, nie ze strony Bolesława, któremu tylko stolec zawdzięczał. Chciał odprawić szopkę z udziałem Bolesława, chciał, by ten udał, że traktuje go jak równego sobie. Lecz Bolesław był szczery i za to go lubiłem. Podobnie ten wasz bogobojny Władysław węgierski. Gdyby nie Bolesław, toby ze swoim staruszkiem sczezł marnie na wygnaniu, albo by go wcześniej Ondrasz z Niemiaszkami dopadli. A nawet palcem nie kiwnął, gdy przyszła potrzeba. Nie potrafił pomocą za pomoc odpłacić.

– O Władysławie to na razie szkic jest…

– Rozdrapywał jednak nie będziesz. Coś napisał, napisałeś. Czy ty nie widzisz, że w tym wszystkim brak sensu? Króla zowią szczodrym, zacnym, hojnym. Rozdaje trony, wyprawia się na Kijów, Węgry i Morawy. I nagle znika, a ty myślisz, że nikt, kto to przeczyta, nie zapyta czemu? Chyba mnie pozostaje rawdę spisać. Nie bój się – nie dla potomności, do tak zwanych wewnętrznych potrzeb. Powiedzmy, że szkoleniowych.

– A cóż ty byś napisał?

– To co było.

XIII.

…Wszystko zaczęło się po tym jak świątobliwy, jak to mawiają, papież Aleksander dokonał żywota. Aleksander szczególną wagę przykładał do walki z Saracenami, toteż, jak mniemam, podłamała go bardzo klęska cesarstwa wschodniego pod Manzikertem. Klęska ta zwiastowała potężne kleszcze miażdżące chrześcijańskie ziemie z obu stron. Aleksander zmarł zatem, a tłum obwołał jego następcą Hildebranda. Bolesław w tym czasie zaczynał już otwarcie zwracać się przeciwko królowi Henrykowi. Zlekceważył jego mediację, która nakazywała księciu polskiemu ponownie składać hołd ze Śląska i ponownie uderzył na Czechy. Wsparł też bunt Sasów, uniemożliwiając Henrykowi niemal pewne kroki odwetowe. W tym czasie Stanisław ze Szczepanowa, osoba młoda, wykształcona i ambitna,był już biskupem krakowskim. Kraków… po spustoszeniu Gniezna przez Czechów, stąd właśnie książęta polscy władali, co nie wszystkim się podobało. Skoro władca w Krakowie siedział, to i biskupowi krakowskiemu przed innymi pierwszeństwo przypadało. Zwłaszcza, iż za Kazimierza biskup Aron  paliusz arcybiskupi uzyskał. Tymczasem Bolesław uzyskał odnowienie arcybiskupstwa w Gnieźnie i osadził tam miejscowego proboszcza. Wiernego starca z Gniezna, jak o nim mówiono. Gdy nadeszły pamiętne Gody Roku Pańskiego 1076, starzec ten włożył synowi Kazimierzowemu na skronie koronę. I tak Bolesław wzrósł w dumę, przywłaszczył sobie godność i tytuł królewski, a dzielnych Teutonów krew zalała.

XIV.

– Sprawnie piszesz. Zwięźle a treściwie. Byłbyś, oczywiście po odpowiednim kursie, niezłym kronikarzem. Ale twoja troska o Kościół rzymski mnie zadziwia – legat Legionu, noszący dość staroświeckie imię Astaroth, pojawił się jak zwykle niespodziewanie. Siedział w izbie Boruty na równie szpetnym jak właściciel jaszczurze i wachlował się niedbale trzymaną w kościstej dłoni żmiją, która jeszcze się nie otrząsnęła po szoku, jaki doznała. Wygrzewała się swoim zwyczajem na podkrakowskich skałkach, gdy naraz coś gruchnęło, trzasnęło, a żmija, zapomniawszy jadu w gębie, znalazła się w objęciach jakiegoś wyniosłego brzydala i omdlała. Legatowi z ramion zwieszały się starcze skrzydła, którymi wstrząsał raz po raz lekki dreszcz. – Przeciąg – pomyślał mimowolnie Boruta, ale otrząsnął się szybko z wrażenia i postać przed nim utraciła zwyczajowe cechy demonomorficzne, zmieniając się w kościstego wprawdzie, ale poza tym dość zwyczajnego staruszka. Żmija opadła na podłogę, gdy ten rozluźnił uchwyt, by przytknąć rękę do ust i odkaszlnąć.

– Druga strona doniosła?… – zaczął Boruta, ale gość przerwał mu lekkim, lecz stanowczym skinieniem.

– Nie, mój drogi. Przeprowadzam po prostu ordynarną wizytację nowych obszarów wpływu – „nowe” było tu pojęciem względnym i oznaczało pomijalny ułamek wieczności –  Postanowiłem wpaść, zobaczyć jak sobie radzisz. I oto co zastaję i czytam…

To nie tak. Staram się wywrzeć wrażenie obiektywnego narratora…

– By potem łacniej czytelnikowi swoje subiektywne wnioski przemycić i go do nich przekonać? Sposób z powodzeniem od wieków stosowany, zwłaszcza wśród odbiorców w mało rozwiniętych kręgach, ale z wysokim o sobie mniemaniem.

– To oczywiście też – odparł Boruta. – Ale chodzi również o to, że dobro tego królestwa bardzo leży mi na sercu. Może nawet bardziej niż drugiej stronie. Co by bowiem nie mówić, czasy świetności i dobrobytu, sprzyjają złu i zepsuciu.

– Słusznie, choć bywa, że bogaty ze znudzenia ku dobru się obróci. Mamy wiele danych o takich, co kradli, szalbierzyli, a potem coś im wśród klepek strzeliło, wszystko rozdali i świętymi nawet niektórzy ostali. Model to niebezpieczny – prawdę powiedziawszy wolę już takiego świętego słupnika, co to go każdy podziwia, bo wypada, ale w głębi duszy nigdy nie zamierza naśladować, niż bogatego, znanego, szanowanego, który nagle się nawraca. To może wywołać konsternację u innych mu podobnych, czego skutków nie sposób przewidzieć.

– Ale co nakradł w przeszłości, to nakradł…

– Widzisz i tu mamy zajadły spór z drugą stroną co do oceny pewnych sytuacji. Druga strona! Przecież oni nawet odmawiają nam prawo bycia stroną w tym całym wiekuistym sporze… Ale wracając do twojego dzieła, pokaż, co tam jeszcze natworzyłeś…

XV.

…Nazwano go Szczodrym, a nie otrzymał za darmo tego przydomka. Gdy uderzył na Węgry, miecz jego wszelkie bramy odmykał i nie spoczął, póki nie osadził na tronie Władysława, jak wcześniej ojca jego i brata . Nie dbał o złoto, chyba że było świadectwem sławy i chwały jak te skarby oferowane przez Izasława. Bolesław gardził nim, gardził jego chęcią, by za pieniądze honor kupić, czemu dał wyraz przed Kijowianami. Nie pałał również chęcią na tę wyprawę – Ruś po latach wojen bardzo spustoszona była. Ale papież, któremu koronę zawdzięczał, nalegał. Bo to dzięki Hildebrandowi Bolesław urósł i dzięki niemu upadł.

Hildebrand zastał porządek cesarski, drugi Rzym wtóry w budowie. I postanowił działać. Wytyczył sobie jasny plan i zdawało się, że nic na świecie nie jest w stanie go zrazić na drodze do jego realizacji. Nie poddał się ani wtedy, gdy poplecznicy Henrykowi wywlekli go sprzed ołtarza i zamknęli w wieży, aż wierni musieli go odbić, ani gdy Henryk zwołał synod w Worms, by ekskomunikował i złożył papieża z urzędu. Brał w nim udział również biskup Leodium, w którym Stanisław pobierał nauki. Hildebrand jako Grzegorz, odpowiedział zdecydowanie ekskomuniką Henryka. Pomazaniec i papież, obaj wyłączeni ze wspólnoty Kościoła, rzucili swoją wolę na szale. Waga wahała się w oczekiwaniu, czyja szala przeważy. Bolesław wyczuł, że przechyla się na korzyść Grzegorza i włożył koronę. Miesiąc później na wieść o zaproszeniu papieża przez książęta Rzeszy, Henryk skapitulował, włożył na siebie włosiennicę i zapukał do bram zamku w Canossie. Pukał trzy dni i trzy noce, po to by publicznie przyznać się do winy i prosić o przebaczenie. Papież triumfował. Zamierzył teraz objąć wschodni Kościół zwierzchnictwem Rzymu. Wezwał Bolesława, swojego wiernego sojusznika, by ruszył na Ruś i wsparł Izasława, słabego Izasława, który, nie mogąc poradzić sobie u swoich, na zachodzie pomocy szukał. Bolesław czyścił właśnie sytuację na Węgrzech po śmieci Gejzy i nie palił się do dalekiej wyprawy do Kijowa. Nie palili się również jego poddani. Powoli narastał bunt. Ci, którzy na Ruś z królem nie poszli knuli, licząc na śmierć tych, co na wyprawie. Ci co poszli, wołali o powrót, z troski rzekomo o wierność swoich żon. Pretekst to był jedynie. Rycerze przywiązani do ziemi, łacniej do niej wrócić chcieli. Bolesław wypomniał im wprost, iż więcej obchodzi ich sprawa niewiast, niż sprawa władcy. Wreszcie pozostawili swojego króla wśród wrogów, a wracając, wszczęli tumult. Bolesław, zrażony niepotrzebną wyprawą, nieporadnością Izasława, wreszcie jego śmiercią, wrócił do kraju i zaczął wymierzać sprawiedliwość. I wtedy naprzeciw królowi wystąpił biskup Stanisław.

XVI.

Na tle kolejnych biskupów krakowskich Stanisław nie wypadał szczególnie dla nas korzystnie. Lambert – Niemiec osadzony przez czeskiego Wratysława, Czasław, który ledwie trzy lata na urzędzie się utrzymał. Stanisław miał nieszczęście żyć w zbyt trudnych czasach, gdy nie szło okrakiem na miedzy siedzieć, tylko opowiedzieć się za jednym, albo drugim trzeba było. Miał też nieszczęście być ambitnym i nie lubił być ignorowany. Bolesław tymczasem oparł się na starcu z Gniezna, a następnie wyjechał na kolejne podboje. Gdy wrócił i przywracał zdecydowanie porządek, wrzenie sięgnęło zenitu. Nadszedł pamiętny kwiecień 1079 roku. A gdy biskup krakowski, występując jako rzecznik niezadowolonych, zagroził mu zagładą królestwa i ekskomuniką, słusznie uznał go za zdrajcę i dla przykładu na obcięcie członków skazał. A że wyrok bezwzględnie wykonano, cóż – zdarza się. Buntownicy wykorzystali jednak to zdarzenie jako kroplę, która przepełnia czarę, która zwiastuje obłęd króla i zagrożenie z jego strony, który na Bożego sługę, jaki by nie był, się targnął. Zarzucali wprost, że królowi rozum odjęło, bo w rodzie jego babki podobne sytuacje się zdarzały.

Wiedzieć jednak też wypada, że wielu nie uważało króla za świętokradcę, lecz za prawowitego monarchę wskutek zdrady złożonego z tronu, że to w buntownikach leżał początek zdrady i korzeń zła, które powstało. Że nie był biskupem, lecz buntownikiem, ten co przeciw królowi wystąpił. I narzędziem w ręku buntowników, narzędziem, które podsunęli Bolesławowi, a gdy na nim wywarł swój gniew, larum podnieśli na niegodziwość króla i tym łatwiej go do opuszczenia kraju zgłosili. A ich imiona znajdziesz łatwo, pytając cui prodest…

– Władysław, brat króla, ojciec obecnego księcia? – legat, przejętym od ludów semickich zwyczajem, odpowiedział głośno pytaniem na pytanie.

– Władysław? Władysław ręką by nawet nie kiwnął, gdyby mu jej nie rozmachano. Władysław siedziałby w swym Płocku, gdzie osadził go ojciec. Był jednak ktoś inny, ktoś, kto na długo odcisnął się w dziejach księstwa, dopóki nasz Bolesław się go nie pozbył. Rodowi Starżów trudno do Piastów władztwa nawyknąć było, ale póki Piastowie w Gniezdnie i Poznaniu siedzieli, w wiślańskie ziemie mało się wtrącali. Gdy jednak po splądrowaniu Gniezna przez Czechów, wracający do kraju Kazimierz przeniósł się na Wawel – nie w smak im to było. Stary Bogufał Topór był Piastom uległy, ale jego syn od początku samodzielność na dziedzinie chciał odzyskać, co przy Szczodrym Bolesławie nie było możliwe. Pozbywając się Bolesława, wiedział, że Hermanowi Płock i pozory władzy nad resztą wystarczą. Inni postronni też byli tu czynni. Henryk, upokorzony przez mnicha Hildebranda, czekający na sposobność zemsty, Wratysław czeski, zawsze chętny na Śląsku ręce położyć. I położył choć pośrednio, bo Władysławowi swą bezpłodną córkę wyswatał, a w posagu trybut sobie kazał z ziem śląskich płacić. Wratysław uzyskał poparcie Henryka do tronu polskiego, uzyskał także tytuł królewski. Herman musiał zgodzić się na jego nominacje biskupie, na wysyłanie mu posiłków. Zwołany przez Henryka rok później synod w Brixen otworzył nową schizmę, a tracący grunt pod nogami Grzegorz, oblężony wreszcie w zamku świętego Anioła, zmarł na wygnaniu. Bolesław już wtedy nie żył, osamotniony przez swoich, osamotniony przez dawnego protegowanego. Po śmierci Hildebranda i koronacji Wratysława oraz Henryka na cesarza rzymskiego, Herman poczuł się pewnie i zaprosił na chrzciny syna Bolesławowego Mieszka. Nie doceniał jednak sentymentu wśród ludu do wygnanego władcy.

– To tego otruli, wiem, bo sam ci za to zdarzenie decyzję o nagrodzie zatwierdzałem.

– A otruli i po prawdzie, nie moja to zasługa.

– Czy to ważne czyja? Masz pod opieką cały teren to i wszystkie sukcesy idą na twoje konto. Porażki też. I właśnie, wyrażając jako twój zwierzchnik troskę o twoje poletko, przyznam, gdy się temu, co piszesz dokładnie przyjrzałem, że martwi mnie ta cała sprawa. Muszę baczyć, by z tego nic dobrego nie wynikło.

– Dobrego? Ze sprzeciwu biskupa przeciw pomazańcowi, który cały ciąg nieszczęść zapoczątkował, do upadku królestwo doprowadzając?

– Cóż, nasi najlepsi uczeni nie są w stanie rozeznać do końca ścieżek, którymi Duch wieje i którymi jest tworzone dobro. A i samo chrześcijaństwo na nieszczęściu przecież wyrosło. Dlatego, przyznam, instynktownie obawiam się. Widzisz, ludzie mają pamięć wybiórczą i tendencję do upraszczania zawiłych sytuacji. Albowiem, jak powiadał jeden z klasyków, quae volumus, ea credimus libenter, bez względu na rzeczywisty stan rzeczy. Zaś zabity biskup, jak uczy doświadczenie, to murowany kandydat na ołtarze. Zatem lepiej niechby było jak jest, niech sprawa pozostanie wstydliwym sekretem rządzącej obecnie rodziny. Bo, w takich delikatnych kwestiach nieważne co zamierzamy powiedzieć, ważne by się w ogóle nic nie mówiło. Dlatego wszystko, co napiszesz o powyższej sprawie, opatruję klauzulą dum expurgaturi nie licz, że kiedykolwiek uzyskasz zezwolenie na publikację – zakończył legat i na potwierdzenie swych słów oraz władzy, bez przyzwolenia Boruty, odzyskał demoniczną aparycję. Żmija, która podczas całej rozmowy próbowała odpełznąć chyłkiem na stronę, została ponownie chwycona w bezlitosną dłoń przybysza. Poklepał nią Borutę po policzku i raczył zniknąć, rozwiewając się w dymie.

XVII.

Była późna jesień. Stary mnich niósł właśnie przez klasztorny podwórzec pod pachą księgę ze zszytych opasłych pergaminowych stronic, gdy zauważył kryjące się w cieniu rzucanym przez odrzwia stajni łypiące na niego gniewnie oczy. Zakonnik zboczył ze swej wytyczonej, codziennej ścieżki i podszedł do niezadowolonego wyraźnie gościa, pozdrawiając go uprzejmie.

– I co? Napisałeś? – zapytał.

Boruta machnął ręką.

– Wena nie dopisała. A przy okazji, powiedz mi, tak z ciekawości, czy wy nigdy nie miewacie modlitw o skrzywionych intencjach? Żeby kogoś piekło pochłonęło albo żeby jego pracę diabli wzięli? I co się z takimi modlitwami dzieje?

– Nie miewamy – zapewnił go emisariusz drugiej strony. – Co złego, to nie my.

Na dawną Łysą Górę, którą zwano obecnie od kościoła Górą św. Trójcy, zaczęły spadać drobne płatki śniegu, wybielając wszystko, co wydawało się ponure, szare i puste.