Archive for Marzec, 2019


Świerki (560) – znaki czerwone – Góra Włodzicka (757) – znaki zielone – Pardelówka (690) – znaki niebieskie – Ludwikowice Kłodzkie PKP (480) – znaki zielone – rozdroże pod Gruntową (620) – znaki czarne – Gontowa (660) – znaki zielone – Świerki Dolne (520) – znaki żółte – Świerki. Długość: 16 km. Suma podejść: 550 metrów

Początek trasy opisano we wcześniejszym wpisie zimowym. Samochód można zostawić na placyku przy sklepie, skąd przed mostek lekko pod górę dochodzimy po ok. 150 metrów do szlaku czerwonego i żółtego, którymi w lewo wychodzimy na rozległe łąki pod Górą Włodzicką.

Łąka nad Świerkami / Barokowy kościół w Świerkach

Wznosimy się za znakami czerwonymi łagodnie ku granicy lasu – w tyle otwierają się coraz szersze widoki na graniczny grzbiet Gór Kamiennych ze Słoneczną i Leszczyńcem, masyw Jeleńca i Rogowca, pobliską Świerkową oraz najwyższe partie Gór Sowich.

Kamieniołom nad Świerkami / Świerkowa i Góry Sowie

Skrajem lasu szlak wyprowadza na rozległy płaskowyż Wzgórz Włodzickich i skręca w lewo, wychodząc w lesie na grzbiet, gdzie napotykamy znaki zielone ze Świerków Dolnych, który idziemy w prawo, krótko, choć mozolnie, pod górę, na bliski już wierzchołek Góry Włodzickiej.

Widok na masyw Jeleńca w Górach Suchych / Widok na Małą Sowę, Sokół i Wielką Sowę

Z wieży roztaczają się niestety dość ograniczone widoki na Góry Kamienne, Borową i masyw Wielkiej Sowy. Jeśli staniemy w dobrym miejscu dojrzymy także Karkonosze ze Śnieżką.

Wieża na G. Włodzickiej / Panorama z wieży: Waligóra w G. Suchych

Widok na Góry Kamienne: Waligóra i grzbiet Jeleńca / Masyw Włodarza w G. Sowich

Widok na Góry Kamienne i masyw Włodarza / Widok na Małą Sowę, Wielką Sowę i Grabinę

Zbliżenie na Góry Sowie

Widok na Wzgórza Wyrębińskie / Widok na Karkonosze ze Śnieżką

Od wieży widokowej na szczycie obniżamy się krótko na krawędź zarośniętego kamieniołomu z krzyżem i drewnianą ławeczką, skąd również mamy ładny widok na pasmo Gór Sowich – jeszcze szerszy niż z wieży, bo obejmujący także masyw Kalenicy za Przełęczą Jugowską.

Panorama z tarasu nad kamieniołomem

Szlaki obniżają się nad kolejny taras z miejscem odpoczynku, po czym schodzą krótko, dość stromo lasem, ponownie na skraj rozległych łąk na grzbiecie Wzgórz Włodzickich.

Wielka Sowa znad kamieniołomu / Skraj lasu pod Górą Włodzicką, w tle pasmo graniczne G. Kamiennych

Teraz należy uważać na szlak, bo brak na kolejnym odcinku oznakowania – kierujemy się wydeptaną dróżką w lewo, przez środek łąk w stronę widocznego wcięcia w grzbiecie przy cyplu lasu. Dalej droga lekko podchodzi na garb Pisztyka (710) ze zniszczonym krzyżem przydrożnym pod samotnym drzewem.

Na Pisztyku

Wędrujemy dalej rozległym płaskowyżem z widokami – w tyle oddala się lesista kopa Góry Włodzickiej. Po lewej odsłaniają się znów Góry Sowie – od Sokoła przez Małą i Wielką Sowę, Grabinę po Kalenicę.

Na grzbiecie Wzgórz Włodzickich

Mijamy ścieżkę prowadzącą do pobliskich źródeł Włodzicy i znów krótko wznosimy się stokami Pardelówki (720) do drogowskazu przy drodze odchodzącej w prawo na przełęcz nad Krajanowem. Na lewo między drzewami widać wiadukt w Ludwikowicach Kłodzkich.

Widoki z rejonu rozdroża pod Pardelówką

Wzdłuż lasu trawersujemy łąki pod Pardelówką, dochodząc do kolejnego rozdroża nad jej wschodnim stokiem, skąd widać rejon Góry św. Anny oraz grzbiet Gór Sowich aż po masyw Malinowej. Tu należy skręcić w drogę w lewo, którą prowadzi szlak niebieski (uwaga! na krzyżówce brak „rogacza” i oznaczenia skrętu).

Widok na wiadukt w Ludwikowicach Kł. / Skręt szlaku niebieskiego do Ludwikowic Kł.

Dość stromo schodzimy przekraczając pasemko lasu na kolejną rozległą przestrzeń łąk, nad domkami osiedla Borek, z rozległą panoramą Gór Sowich.

Widoki na Góry Sowie znad osiedla Borek

Przecinając wspomniane łąki, coraz łagodniej szlak niebieski obniża się do poprzecznej drogi asfaltowej wiodącej do Ludwikowic Kłodzkich.

Szlak w rejonie osiedla Borek

Osiedle Borek, w tle Wzgórza Wyrębińskie / Widok na Borową i Wołowiec z osiedla Borek

Znaki niebieskie skręcają we wspomnianą drogę w prawo i kontynuują zejście do widocznych już Ludwikowic Kł.

Krzyż przydrożny w osiedlu Borek / Wyjście na drogę do Ludwikowic Kł., w tle masyw Kalenicy

Droga do Ludwikowic: Widok na Kalenicę i rejon Przeł. Woliborskiej / Gruntowa i masyw Kalenicy

Droga zawija w lewo i osiąga dolinę Włodzicy w Ludwikowicach Kłodzkich, tuż obok kościoła św. Michała Archanioła.

Przydrożny krzyż nad Ludwikowicami / Wiadukt w Ludwikowicach i barokowy hełm kościoła

Bocznymi uliczkami szlak doprowadza do szosy kłodzkiej, przekracza ją i przed ceglanym wiaduktem na drodze do Grzymkowa skręca w prawo, dochodząc do ukrytej nad wsią stacji kolejowej.

Kościół św. Michała Archanioła, w tle Góry Sowie / Nepomuk nad Włodzicą

Tu należy uważać na znaki, gdyż za zamkniętym budynkiem stacji szlak niebieski skręca w lewo, w przejście podziemne pod peronami i wychodzi na drugą stronę torów tuż obok okazałego wiaduktu w Ludwikowicach. Biegnie tędy szlak zielony, którym wędrujemy w lewo. Po chwili opuszcza on ulicę i opłotkami wychodzi na skraj lasu pod Gruntową.

Widok na Pardelówkę ze szlaku zielonego / Masyw Kalenicy nad domami osiedla Drzazgi

Szlak wznosi się stopniowo pasem drzew między łąkami. Ze skraju łąk oglądamy najpierw (w tyle) Wzgórza Włodzickie, potem – ponad domami osiedla Drzazgi – okazały masyw Kalenicy.

Widoki ze szlaku zielonego na Grabinę i Kalenicę

Zanim znaki zielone zagłębią się ostatecznie w las możemy w dole jeszcze dojrzeć tzw. Muchołapkę i inne eksponaty z epoki III Rzeszy.

Widoki ze szlaku zielonego

W lesie szlak stopniowo obniża się na siodło pod Gruntową, gdzie na rozdrożu wychodzimy na znakowaną na czarno trasę i maszerujemy nią w lewo, po kilkuset metrach dochodząc na skraj osiedla Sowina z widokami na Sokół, Przeł. Sokolą i Grabinę.

Sowina – widok na rejon Przeł. Sokolej / Schronisko Orzeł nad Przeł. Sokolą

Znaki czarne wychodzą na szosę z Ludwikowic Kł. do Sokolca, prowadzą nią kawałek w lewo i obok zwierzyńca Harenda za przystankiem autobusowym, skręcają w prawo podchodząc drogą a potem ścieżką leśną pod Gontową. Na skraju lasu dołącza do nas szlak zielony, którym będziemy teraz kierować się na Świerki Dolne.

Zwierzyniec w Sowinie / Wejście do kompleksu Gontowa

Przy zabezpieczonym wejściu do dawnego kompleksu Riese na Gontowej szlak zielony skręca w lewo, prowadzi kilkaset metrów wygodnym duktem, po czym odbija w prawo i rozpoczyna krótkie acz mozolne podejście na kopę Gontowej (723). Krótki wysiłek wynagradza nam ograniczona panorama Gór Sowich z Grabiną i Kalenicą z leśnej przecinki.

Przecinka na Gontowej

Z Gontowej czeka nas przyjemny spacer leśnymi dróżkami a potem doliną potoku (w której dołącza z prawej szlak żółty z Sierpnicy) do Świerków Dolnych, które osiągamy przy pierwszych zabudowaniach, pod stromymi stokami znajomej Góry Włodzickiej.

Rudzik pod Gontową / Góra Włodzicka – widok z zejścia do Świerków Dolnych

Szlaki żółty i zielony biegną teraz w prawo wzdłuż szosy kłodzkiej aż na wiadukt nad Świerkami – odcinek ten można ściąć, przechodząc z zachowaniem ostrożności tory tuż przed stacją Świerki, a potem ulicą po drugiej stronie, wracając na szlaki wychodzące na stok Góry Włodzickiej. Maszerujemy z nimi w lewo, zaś na rozwidleniu nad Świerkami Dolnymi – za znakami żółtymi w prawo, lekko wznosząc się nad wieś Świerki, gdzie osiągamy szlak czerwony, którym rozpoczynaliśmy wędrówkę. Stąd jeszcze ok. 0,5 km w prawo do punktu wyjścia w centrum wsi.

Krzyż przydrożny w Świerkach Dolnych / Na szlaku żółtym nad Świerkami Dolnymi, w tle Wzgórza Wyrębińskie

MAPA TRASY

Reklamy

Stare Bogaczowice (370) – znaki czerwone – Trójgarb (778) – znaki czarne – Stare Bogaczowice. Długość: 13,5 km. Suma podejść: 450 metrów.

Samochód parkujemy przy boisku w Starych Bogaczowicach powyżej kościoła. Prowadzi stąd prosto na Trójgarb szlak czerwony, któremu z początku towarzyszą znaki żółte. Mijamy przydrożny krzyż i łąkami z widokiem na cel naszej wycieczki, rozpoznawalny dzięki niedawno wybudowanej wieży widokowej dochodzimy do zagospodarowywanego zalewu.

Przydrożny krzyż z XIX w. / Widok na Trójgarb

Widok na kościół w Starych Bogaczowicach / Trójgarb i Jagodnik

Przy zalewie szlak skręca w lewo, przekracza potok i wychodzi na dukt leśny przecinający skaliste zbocza Mrowicy (465), którym dochodzimy do mostku, za którym szlaki rozwidlają się. My kierujemy się prosto, łagodnie pod górę.

Formy skalne pod Mrowicą

Rejon rozdroża za Mrowicą / Skałki pod Leśnicą

Na kolejnym rozdrożu znaki czerwone kierują się w lewo i wznoszą na siodełko pod Czernicą (ok. 450 m n.p.m.), mijając następne ładne formy skalne, tworzące na długości ok. 200 metrów okazałe żebra i mury.

Podejście pod Czernicę

Na rozdrożu na przełączce szlak skręca w prawo i kontynuuje podejście mieszanym lasem.

Formy skalne pod Czernicą

Dukt wije się jednostajnie, choć nie męcząco wznosząc zboczem doliny. Po lewej stronie ponownie pojawiają się pojedyncze skałki.

Szlak czerwony nad Czernicą

Wreszcie dochodzimy do potoku w ładnej skalnej kotlince, tworzące pierścień powyżej.

Skalna kotlinka pod Jagodnikiem

Warto odbić ok. 100 metrów w lewo od szlaku, gdzie strumień opada z niewielkiego progu skalnego, tworząc kaskadę.

Kaskada pod Jagodnikiem

Szlak przekracza potok i zakosami łagodnie wznosi się na przełęcz pod Jagodnikiem (580 m n.p.m.), gdzie napotykamy znaki żółte z Nowych Bogaczowic oraz trasę rowerową.

Skalny mur przy kaskadzie / Karkonosze ze zboczy Jagodnika – rejon Przeł. Karkonoskiej i Wlk. Szyszak

Jak już opisywałem przy poprzedniej trasie na Trójgarb – można tu odbić w prawo od szlaku, nieznakowaną ścieżką, ok. 400 m na znaczony skałkami szczyt.

Na Jagodniku

Wracamy na szlak, który szerokim gościńcem trawersuje jedno z ramion Trójgarbu, a na kolejnym rozwidleniu dróg krótko, choć mozolnie wznosi się grzbietem, obniżając na Rozdroże Siedmiu Dróg, znad którego widać już bliski cel naszej wyprawy.

Trójgarb znad rozdroża / Widok na wieżę widokową

Stąd na Trójgarb można dostać się albo za znakami żółtymi i czarnymi (w prawo), dość stromo do góry, wyrypaną niestety dróżką (zmieniono przebieg szlaków, które dość sympatycznie wznosiły się zakosami wąską ścieżką) – tym wariantem lepiej jednak podchodzić, albo dłuższym, łagodniejszym znacznie szlakiem czerwonym, który trawersem wychodzi na grzbiet po drugiej stronie szczytu i wraca na bliski już wierzchołek.

Ostatni śnieg na Trójgarbie (szlak czerwony) / Wierzchołek Trójgarbu

Wieża jest niczego sobie, dzięki wielu tarasom, mieści sporą liczbę turystów, choć nawet przy lekkim wietrze się chybocze (co utrudnia robienie zdjęć na dużym przybliżeniu). Oczywiście, po jej budowie frekwencja na cichym dotąd Trójgarbie drastycznie wzrosła. Oprócz tłumów wędzących się w dymie pieczonych kiełbasek u niezagospodarowanego podnóża nie sprzyjała nam widzialność, choć teoretyczna panorama jest bardzo atrakcyjna. Poniżej to co udało się wycisnąć z aparatu.

Witków, Sędzisław i Karkonosze / Zbliżenie na Śnieżkę

Gostków, rejon Przeł. Pojednania, Połom, Skopiec i Miłek / Wołowiec, Borowa i Chełmiec

Chełmiec i Góry Suche / Stare Bogaczowice i Wzgórza Strzegomskie

Krąglak i Góry Kaczawskie / Karkonosze i Rudawy Janowickie

Karkonosze od Śnieżki po Śląskie Kamienie / Zbliżenie na G. Kaczawskie

Z Trójgarbu jeśli weszliśmy szlakiem czerwonym, schodzimy czarnym bądź – vice versa. Na wyrypanym odcinku na tym drugim oglądamy otoczenie doliny Polskiej Wody, którą będziemy wracać do Starych Bogaczowic.

Pod wieżą na Trójgarbie / Zejście szlakiem czarnym

Znaki czarne od znajomego rozdroża kierują się w lewo, lekko w dół, na pobliskie skrzyżowanie Siedmiu Dróg z krzyżem św. Huberta ustawionym przez koło łowieckie Szarak. Stąd będziemy schodzić w prawo, duktem, zakosami do doliny Polskiej Wody.

Skrzyżowanie Siedmiu Dróg / W dolinie Polskiej Wody

W dolinie napotykamy znaki żółte schodzące z Jagodnika, które będą nam towarzyszyć jakiś czas w przyjemnym spacerze pod okazałymi skałkami.

W dolinie Polskiej Wody

Rejon odejścia szlaku żółtego do Starych Bogaczowic

Jak już wspominano na tym blogu, warto tu przybyć wczesną wiosną, zimą bądź jesienią, bo wtedy widać zarośnięte lasem potężne ściany.

W dolinie Polskiej Wody

Dochodzimy do stanicy myśliwskiej Jakubówka i najbardziej skalisty odcinek zostawiamy za sobą.

W dolinie Polskiej Wody

Dolina zakręca w prawo i wśród podmokłych terenów jakie tworzy potok napotykamy kępy śnieżyc wiosennych.

W dolinie Polskiej Wody

Pojawiają się też inne zwiastuny wiosny: przebiśniegi, zawilce i złoć żółta.

W dolinie Polskiej Wody

Na kolejnym, płaskim już odcinku wzdłuż potoku znów nam towarzyszą skałki.

Dolna część doliny Polskiej Wody

Nad potokiem występuje też czosnek niedźwiedzi. Dochodzimy do skraju łąk, z których widać grzbiet Mrowicy – znak że zbliżamy się do końca naszej wędrówki. Po prawej wkrótce też pojawi się znów – na pożegnanie Trójgarb.

Czosnek niedźwiedzi w potoku Polska Woda / Łąki nad Starymi Bogaczowicami

Jeszcze czeka nas jedna poważna przeszkoda – pokonanie potoku w wiosennym przybraniu wody, nim wkroczymy do górnej części Starych Bogaczowic nieco powyżej krzyżówki ulic i boiska, gdzie rozpoczynaliśmy wycieczkę.

Jeszcze jeden widok na Trójgarb / Wiosna w Starych Bogaczowicach

MAPA TRASY

Jeszcze o Rubenzahlu

Opisywany w poprzednim odcinku XVI-wieczny renesans zabobonu w krajach niemieckich nie ominął Sudetów nie tylko w aspekcie procesu grabarzy z Frankensteinu. To w 2 połowie XVI wieku zgodnie na mapie Martina Helwiga z północnej strony gór i Simona Huettela z południowej pojawia się w masywie Karkonoszy przedziwny stwór Ruebenczal vel Ruebenzagel przypominający stylizowanego kozła czy też jelenia opierającego się o drąg (Z. Michniewicz w: Rocznik Jeleniogórski 1963 przedstawił dość interesującą tezę, że owo swoiste godło Karkonoszy jest heraldycznym połączeniem elementów herbowych lokalnych rodów śląskich – Schaffgotschów <gryf>  i Bibersteinów <róg jeleni / koźli>). Wprawdzie Riebenzahl pojawia się w jednej z ksiąg walońskich, datowanych na XV wiek, jednak zachowała się ona w późniejszym odpisie, więc wzmianka może być interpolacją z okresu pierwszego apogeum popularności owego indywiduum, spopularyzowanego przez Johannesa Praetoriusa. Ów literat z Lipska w 2 połowie XVII wieku, uczynił z ducha gór swoistego węża z Odry, seryjnie płodząc setki kolejnych coraz bardziej nieprawdopodobnych opowiastek o swym ulubionym bohaterze, rzekomo pochodzących od najstarszych karkonoskich górali.

W każdym razie rozpoznawalność Rubenzahla pojawiła się w XVI stuleciu, kiedy to Śnieżkę, pod wpływem błędnych pomiarów Krzysztofa Schillinga, zaczęto uznawać za jedną z najwyższych gór Europy. Filip Pareus w 1 połowie XVII w. tak opisywał wyprawę swego ojca – Dawida na szczyt w jego szkolnych latach (tj. 2-giej połowie XVI w., cyt. za: Ogród Ducha Gór 2009, nr 1): „Wskutek tak wielu i tak silnych wiatrów i zmian pogody nie ma tamta góra w zwyczaju być ujarzmiona. Lud przypisuje to złemu duchowi, który włóczy się w poniżej leżącej dolinie i często zaczepia wędrowców. Mieszkańcy nazywają go Liczyrzepą: kilku towarzyszy wtedy z zaciekawieniem nasłuchiwało ryczenia wołu z doliny, jakby to była odpowiedź ducha.” Postać ta pojawiła się również w dziełku Primitiae Silesiacae przypisywanym Franzowi Faberowi jako zakapturzona zjawa Rupicina w górach. Wspomniany już kronikarz trutnowski Huettel przypisywał Ruebenzaglowi powódź rzeki Upy w roku 1576. W roku 1597 podejrzewany o krypto-kalwinizm drukarz z luterańskiego Lipska Henning Grosse wydał w Eisleben łaciński traktat Magica, który wkrótce przetłumaczono na język niemiecki. W dziele znalazła się m.in. wzmianka o Górach Czeskich, w których pojawiał się złośliwy duch pod postacią mnicha, który wedle anonimowego autora był szatanem. Bez wątpienia skojarzenie ducha – demona z mnichem doskonale pasowało do protestanckiej wizji tradycji monastycznej znienawidzonych papistów. W końcu sam Luter odrzucił habit augustiańskiego mnicha, wziął sobie za żonę mniszkę, zaś znaczną część życia poświęcił na odwodzenie mnichów (także np. Krzyżaków) od życia zakonnego. W Lipsku kilka lat później wydano kolejne dzieło opisujące „Riesenzala” – katalog roślin i minerałów Śląska autorstwa Kaspara Schwenckfeldta z Jeleniej Góry (nie mylić z założycielem sekty spod Ostrzycy). Ten sam autor, zwany „śląskim Pliniuszem”, sporządzając wydane potem opisanie zdroju w Cieplicach, ponownie wspomniał o Riebenzalu – duchu gór, który szkodził tym, którzy go lekceważyli, przeciwstawiając go innej zjawie z Karkonoszy, która potrafiła zabijać gwarków. W roku 1612 w Krakowie luteranin Walenty Roździeński wydał poemat geologiczno-industrialny  pt. Officina ferraria abo huta i warstat z kuźniami szlachetnego dzieła żelaznego. Znalazły się w nim m.in. peany na temat bogactw ziemi śląskiej, pełnej złota z Kaczawy (rzeki w rejonie Bobru), rubinów z Izery, pereł z Kwisy, ametystów z potoków okolic Ryzenbergu (Śnieżki – Karkonoszy), miedzi z Gór Ryfejskich (Rudaw Janowickich). Poeta sławił ich wykorzystanie, pisząc: gdy pod Ryzenberkiem górą potrafili  / wielkość rudy zaraz tam kuźnice stawili / w nizinach u miasteczka Szmidberku [Kowary] starego / Tym przezwiskiem tak z dawna z kuźnic nazwanego/ / Miedziani zaś kuźnicy między ryfejskimi / budowali też swoje kuźnice górami / (…) Te kuźnice w pobliżu miasteczka starego / Kuperbergu – u brzegu były Bobrowego.” Osobne miejsce autor poświęcił opisowi zjaw czyli demonów górskich wśród których: „z tych duchów jeden trefny duch się ukazował / około Ryzenberku a z ludźmi kuglował. / Wszakoż, acz więc w straszliwej postawie przychodził / Do ludzi, przecię nigdy żadnemu nie szkodził. / Aż gdy mu kto pośmiech a złość jaką, / Tedy mu tym sposobem oddał krzywdę taką: / Zaćmił mu wzrok a zawiódł go kędy do błota, / z którego niźli wylazł, miał dosyć kłopota; / Abo go w wodzie zmaczał a po bagniech wodził / tak iż więc i cały dzień – nie wiedząc gdzie – chodził. / A czasem też w jasny dzień ciemnymi obłoki / Zaćmił drogę a zbudzieł deszcz i z gromem wielki.” Jak widać opis swój Roździeński oparł na Schwenkfeldzie.

Mapa Helwiga – fragment

Gdyby pisał swój poemat rok później mógłby rozszerzyć swoje informacje o nowe kompendium wiedzy o Śląsku jakie ukazało się w roku 1613 we Frankfurcie nad Odrą. Napisał je syn pastora, prawnik Mikołaj Henel a nosiło tytuł Silesiographia. Wymieniony w nim Ribenzal pojawiał się pod postacią mnicha albo starca ale potrafił też przyjąć zwierzęce kształty, w tym koguta, sowy, kruka czy największej ropuchy. W roku 1618, roku wybuchu wojny trzydziestoletniej, temat „Rubicala” podjął kalwiński kaznodzieja Gaweł Zelanski w traktacie „O złych aniołach i diabłach”, pisząc że po czeskiej stronie Karkonoszy często ukazuje się mnich Rubical, który przyłącza się do wędrowców, wiedzie ich na manowce i następnie się naśmiewa głośno aż w całym lesie słychać. W roku 1619 prawnik i kartograf Mateusz Burgklechner z Tyrolu, autor „Tyrolskiego Orła” połączył „Ruebzagela” z podaniami górników z gór Harzu o równie złośliwym duchu, skąd ów miał przewędrować w Karkonosze. Rubenzalem (Riebenzahlem) zajął się także pastor Zygmunt Scherertz w wydanym w roku 1621, w Wittenberdze dziele o demonicznych zjawach oraz Georg Katzler (przydomek artystyczny Aelurius) z Kłodzka, autor wydanej w roku 1625, w Lipsku Glaciografii. W tym samym roku radca cesarski Jakub Schuckfuss wydał uzupełnienie XVI-wiecznej Kroniki śląskiej Cureusa, w której przedstawiał obszerne nowiny na temat „Riebenzahla”, określając go jako potępionego starego francuskiego szlachcica, pojawiającego się pod postacią mnicha, starca albo skrzata. Wojna trzydziestoletnia trwała gdy, w roku 1630 świeżo upieczony członek Zakonu Palmowego vel Towarzystwa Owocodajnego Martin Opitz z Brzegu opublikował pisaną prozą łamaną przez wiersz (na wzór Don Kiszota) idyllę o nimfie Hercynii, stanowiącą w istocie panegiryk na cześć Hansa Ulryka von Schaffgotscha i jego przodków, od Gotsche Schoffa począwszy. Opitz ubrał ową pochwałę w pisaną w pierwszej osobie, rzekomą relację ze spotkania  grupy towarzyszy, którzy odziani w pasterskie stroje przemierzają domenę leśnej nimfy – Karkonosze. W jednej ze scen przydługiego i nudnawego utworu wędrowcy natrafiają na wycięty w drzewie wiersz – modły do czczonego tam „boga gór” (berggott). Prowadzą wówczas dyskurs na temat natury Ruebezahla, szukając podobieństw do tej postaci w wierzeniach innych ludów (m.in. Getów) a potem napotykają czarownicę sprawującą magiczny rytuał. Wkrótce wraz z upadkiem Wallensteina w roku 1634 nastąpił upadek patrona Opitza, straconego w Ratyzbonie, a ów znalazł się poza granicami Śląska – w Rzeczypospolitej.

Wątpliwości co do natury Ribenzahla nie miał gorliwy protestant Martin Zeiller, który w swoich dziełach geograficznych o Niemczech, Czechach, Morawach i Śląsku, określił go jako nikczemnego diabelskiego upiora. Podawał też jego polską nazwę: Robazael. Być może pobytowi zbiegłego ze Śląska, wspomnianego wyże,j Martina Opitza w Gdańsku od roku 1636 zawdzięczamy fakt że w roku 1645 tamtejszy protestancki teolog Heinrich Nicolai w swoim traktacie o naturze aniołów wymienił wśród diabłów „Ruebenzabela”. W roku 1648 współbrat Opitza z Zakonu Palmowego – Hans Michael Moscherosch wydał Dyskurs historyczno-polityczny opisujący m.in. własne perypetie podczas kończącej się wojny trzydziestoletniej. Moscherosch znalazł się na Śląsku wraz z bratnią armią szwedzką i zanotował pogłoski o olbrzymach w Karkonoszach grających w kręgle z „Riebenzahlem”.

W tym też czasie Riebenzahl zaczyna się także pojawiać w książkach autorów katolickich. Jednym z nich jest autor dziejów Księstwa Świdnickiego i Jaworskiego wydanych w roku 1667 pod tytułem Phoenix redivivus (Feniks odrodzony) – Efraim Ignacy Naso, syn protestanckiego pastora z Bolesławca, który w roku 1629 przeszedł na katolicyzm. W swoim dziele Naso junior przytoczył szereg legend i opowieści z obszaru księstwa, w tym o „leśnym duchu” zwanym Ruebenzahlem czy też Rupertem vom Zahn. Jedna z nich miała stanowić świadectwo jednego z najstarszych mieszkańców Karpacza o tym jak duch ów porwał w powietrze człowieka imieniem Risch i przenosił go po różnych wsiach, sadzając na dachach kościołów, wówczas zajętych przez luteran, wreszcie przedstawił się jako diabeł (za: L. Biały: Duch Gór – Rubezahl: geneza i upowszechnienie legendy).  Kolejnym po Naso był jezuita praski Bogusław Balbin, zwany „czeskim Pliniuszem”, autor opublikowanych w roku 1679 Miscellaneów z historii Czech, który zebrał dotychczasowe opowieści o Ribenzallu (Rybrcoulu), straszącym wędrowców. Balbin twierdził że ów duch nazywany był także przez mieszkańców okolic Panem Janem (Dominus Johannes) oraz że może to nie być zły duch lecz dusza pokutująca, o czym ma świadczyć to że nie czyni ludziom krzywdy. O. Balbin relacjonował też jak podczas ucieczki przed Szwedami jego współbraci przez Karkonosze, spotkali tajemniczego myśliwego, który wyprowadził ich z manowców i jak się okazało doskonale znał teren a potem nagle zniknął tak iż myśleli że to Rybrcoul, o którym krążą opowieści. Balbin przywołał też za Schuckfussem opowieść o tym jak to Ribenzall przestraszył  górników chcących wywoływać złe moce w Obrzim dole. W roku 1677 Litwin stolnik żmudzki Teodor Billewicz, opisując swój pobyt w Cieplicach i wyprawę na Śnieżkę, miano Rywenzal przypisywał samej tej górze wysokiej i „samoskalistej”, wspominając jednakże że tubylcy opowiadali mu iż diabeł o tym samym imieniu tam zamieszkuje. „Myśmy go nie widzieli” – przyznawał – „ale proxime habitantes powiadali, że go immediate przed niedziel kilka widzieli.”

W każdym razie utrzymujące się wierzenia w moce nadprzyrodzone ducha gór spowodowały szybkie i zdecydowane działania ze strony Kościoła. 10 sierpnia 1681 roku krzeszowski opat cysterski Bernard Rosa poświęcił wzniesioną na Śnieżce przez hrabiego Schaffgotscha kaplicę pod wezwaniem świętego Wawrzyńca, zaś w październiku 1684 roku biskup hradecki Jan poświęcił źródła Łaby. Przypuszczalnie na działania te miały wpływ teksty jakie wyszły spod pióra człowieka zmarłego na dżumę niecały rok przed zakończeniem budowy kaplicy, który postanowił zaistnieć dzięki duchowi gór i nadał tej postaci z ludowych gadek, poezji i pism demonologicznych wymiar popkulturowy. Hanza Schultze, znanego bardziej pod pseudonimem artystycznym – Johannes Paul Praetorius (czyli Pretor). Praetorius lubił tematy okultystyczne i lubił pisać. W roku 1662 wydał w Lipsku swoją Demonologię śląskiego Rubinzala, która zawierała trzynaście opowieści z nim związanych.  Trafił na podatny rynek i postanowił to wykorzystać. W tym samym roku dopisał kolejne sto trzy opowieści, rzekomo ludowe, wśród nich takie, w których protagonista przemienia się w świecę, a nawet cep, walczy z „leśną kobietą”, liże czyjś zadek, czy też podaje się za… prostytutkę. Na kontynuację czyli trzecią część „Demonologii” czytelnicy Schultzego musieli czekać trzy lata. 89 nowych opowieści oscylowało między sferą bieżącej polityki (Ruebenzahl został doradcą Cromwella, stąd jego dłuższa nieobecność w Karkonoszach, o czym donosił dobrze poinformowany mieszkaniec Lubomierza), szyderstwami z papistowskich („papistische”) klechów i żydów a przemianą w pieniądz żuków gnojników. W roku 1672 Praetorius dołożył dodatek z trzydziestoma siedmioma opowieściami. Ruebenzahl obdarowywał w nich Trzech Króli, wypinał zadek, upijał się bardziej niż najpodlejsza świnia, zapładniał panią pułkownikową i głosił kazania. Naśmiewanie się z klechów, zakonnic, zakonników i ich obrzędów jest częstym motywem. I tak np. Rubezahl udaremnia plany jezuitów otworzenia kaplicy, gdzie mogli by sprzedawać odpusty, występując w roli kaznodziei z masą fałszywych papieskich bulli odpustowych, sprzedaje ciemnym katolikom Pater Noster, kpi jako fałszywy skazaniec z ostatniej spowiedzi. W jednym z licznych akrostychów autorstwa Schultzego, które mają wyjaśnić niby pochodzenie nazwy Rubezahla, pojawia się on jako „husyta”. G. S. Williams, analizując opowiastki Praetoriusa w: Ways of Knowing in Early Modern Germany: Johannes Praetorius as a Witness to his time, pokusił się nawet o stwierdzenie że w tych anegdotach Rubezahl stanowi „wizję ojcowskiego strażnika cnoty i obrońcy świeckiej religijności [protestanckiej] przed siłami katolickiego zła”, obracając w niwecz zwłaszcza jezuickie spiski. Schultze zarzeka się że też w swym dziele, mimo iż niektórzy mądrzy ludzie tak twierdzą, Rubezahl nie jest ani antychrystem ani złym demonem.

Ta swoista XVII-wieczna „moda na sukces” znudziła jednak w końcu czytelników i mało kto wierzył  Schultzemu że korzysta z lokalnych dobrze poinformowanych na temat Rubenzahla źródeł (wśród których wymieniał m.in. godnego zaufania śląskiego duchownego czy szanowanego aptekarza z Hirschbergu), choć np. ten zarzekał się że na Śnieżce zjawiła się Leśna Kobieta (Waldweib) porośnięta mchem by stoczyć z miejscowym duchem potworny pojedynek, którego jednym z najbardziej dramatycznych momentów było werbalne naruszenie przez wyzwanego od kozoludów Rubezahla prawa do emancypacji przeciwniczki i jej odziania w „moskiewski kożuch” (zob.).  Ową scenę rodzajową Schultze zakończył nagle, niczym Monty Python, ulubionym: „ale wystarczy” (doch gnug). Praetorius włożył do swojego tasiemca nawet tak znane motywy germańskich opowieści do poduszki jak szczurołap z Hameln. W opowieściach pojawiał się też ceniony w niemieckiej kulturze motyw skatologiczny, np. o prezentach z łajna, które zmieniło się potem w złoto.

Nie dziwi próba dogodzenia ówczesnemu czytelnikowi, dziwić może natomiast podejmowana później próba analizy wszystkich tych pisanych na kolanie anegdotek. Już w roku 1685 Fryderyk Lucae określał opowieści Praetoriusa jako bajdy, choć jako pobożny ewangelik uznawał że widzenia Rubenzahla mogły być mamieniem diabła.

Mapa Huettela – Śląska Droga i gniazdo Rubenzagela