Słońce jeszcze nie w pełni rozgrzane po kilkudniowych deszczach, to hamowane przez obłoki, naświetla taflę stawów nietypowym śródziemnomorskim światłem, budzącym w niej lazur, gdzieniegdzie wpadający w żółtozieleń. Rześki wiatr niczym nadmorska bryza rozprasza białe i mniej białe odbicia, kładąc długie szyje czapli niemal płasko na wodzie.

Czaple białe, znów liczne, zwiastują upalną porę lata, choć stawy nabrzmiałe są wciąż jeszcze minionymi potokami z nieba. Nad wodami wciąż kwitną gdzieniegdzie sadźce, krwawniki, powoje, wabiąc na wąską i niestety pełną samochodów groblę stawieńską motyle.

Za motylami prześwituje gdzieniegdzie ów lazur, wywabiony z marszczeń wiatru długą ogniskową obiektywu, spokojny, rozmyty.

Motyle, które dawniej uznawano za wyraz piękna chwili czy też symbol jej ulotności, nieco ponad pół wieku temu trafiły, chcąc nie chcąc, do teorii chaosu, która, zastosowana praktycznie w matematycznych modelach prognoz pogody, wskazała, iż pogodę można wprawdzie przepowiadać, lecz w trafność tych przepowiedni nadto ufać się nie zaleca.

Z drugiej strony grobli, to jest od strony coraz śmielej poczynającego sobie w południowej porze słońca, tafla stawów przybiera pozór odmienny – monotonnego srebra przeciętego kreskami i zygzakami fal.

Jest też toń ciemna, tam gdzie jasność promieni, za przyczyną otaczających oczka wodne starych drzew ledwo dochodzi, przytłumiona gęstą firanką liści.

Barwa wody, zieleń i błękit nad nią oraz pstrokata choć przelotna impresja powstała z chwilowego przyssania się motyla do kwiatu nie są jedynymi kolorami lipca nad stawami. Na mniejszych zbiornikach wodę osaczoną wyrastającą na pięć metrów nawet palisadą trzcin, zajmują bowiem rośliny wodne.

W Rudzie Sułowskiej tworzy to miejscami maź, w której brodzą zgodnie kaczki, łyski, perkozy i łabędzie, używając jej czasem jako punkt zaczepienia dla gniazda, które unosi się na przybierającej wodzie i opada razem z nią.

Tu i ówdzie, w owej zawiesinie miesza się wszystko łabędzie z perkozami, małe kaczki z dużymi gęsiami, młode, czerwonogłowe łyski z niestrudzenie przewożącymi swe małe perkozami.

Ów nieporządek i bezład, krzątanina i panika bierze się paradoksalnie z nadmiernej czujności. Większe ptaki, jak gęgawy, stadnie zajmujące płytsze zbiorniki, mogą sobie pozwolić na dłuższy moment wytężonego, napiętego bezwładu. Odlecieć, odpłynąć a może zostać, bo po co się trudzić, gdy wiatr ucichł a popołudniowe powietrze drży jeszcze bardziej od wody?

Reklamy