Elearzy polscy w Sudetach

Wpis ten opiera się na relacji kapelana lisowczyków – Wojciecha Dembołęckiego, późniejszego prowincjała zakonu franciszkanów w Rzeczypospolitej, który opisuje obszernie przewagi lisowczyków pod Kłodzkiem i Bystrzycą Kłodzką na wiosnę 1622. Jest to zatem relacja z pierwszej ręki, pisana oczywiście z optyki świadka wydarzeń, który dość lakonicznie traktuje jesienny powrót kozaków lisowskich przez Śląsk, kiedy to, z powodu braku żołdu, na czas jeźdźcy sobie „poswawolili”. Ślady lisowczyków w Sudetach są do dziś obecne – choćby w nazewnictwie. I tak np. w środkowych Karkonoszach  między Hutniczym Grzbietem znaczonym Bażynowymi Skałami a pokrytą rumowiskiem skalnym Suchą Górą ciągnie się aż pod Karkonoską Przełęcz głęboka i długa dolina, zwana Kozacką (dawniej Kosakenloch). Nazwana tak została  nie od mołojców Nalewajki, Pawluka czy Chmielnickiego, lecz od jazdy typu kozackiego, która swą brawurą i walecznością zadziwiała i przestraszała mieszkańców ziem od Górnych Węgier aż po Ren, gdzie zainspirowała Rembrandta do namalowania obrazu „Jeździec polski”. Jazda ta przeszła przez Śląsk i Sudety, dając się poznać jako mężny przeciwnik, ale i jako uciążliwy, nakładający „kontrybucje” żołnierz (taki to jednak jest czas wojny, że nawet tzw. „swoi” nie są zwykle rycerzami bez skazy). Śląsk był wówczas plądrowany przez różne armie – saskie, szwedzkie brandenburskie, austriackie – przez ponad ćwierć wieku. Szczególnie celowali w tym Szwedzi, którzy zagościli na Śląsku aż do roku 1650, po których do dziś pozostało w Sudetach nazewnictwo – np. Szwedzkie Skały, Szwedzkie Szańce).

Glatz, czerwiec Roku Pańskiego 1622

I.

Hrabia Frantiszek Bernard Thurn patrzył z korony kłodzkich murów na rozciągające się przed nim pofalowane dno śródgórskiej kotliny. Wypatrywał tam, gdzie kończył się cień wyniosłego Schwarzerbergu, przesłaniającego jeszcze wyższy Schneeberg, nowej szansy dla kłodzkiego garnizonu, wiernego sprawie powstania, które cztery lata wcześniej ogarnęło Czechy. Powstanie było oczywiście elementem szerszej politycznej rozgrywki, dlatego też na jego czele stanął zwany przez stronników cesarza pogardliwie „królem zimowym” palatyn reński, zięć króla Anglii Jakuba Stuarta. Sam Frantiszek Bernard był synem Jindricha Matjasa, hrabiego Thurn. Ojciec, bogaty szlachcic posiadający dobra w Czechach i Chorwacji w roku 1617 był jednym z autorów listu do arcyksięcia Ferdynanda w sprawie potwierdzenia przywilejów czeskich protestantów. 23 maja roku kolejnego był współinicjatorem wyrzucenia z praskich Hradczan de fenestra habsburskich namiestników – hrabiego Martinca i Slavaty. Ci, jak twierdzili cesarscy – zdarzeniem cudownym, jak uważał Thurn – niezwykłym fartem, osiedli na kupie nieczystości pod oknami zamku, poza potłuczeniami, krzywdy sobie nie czyniąc. Całe zdarzenie stanowiło sygnał dla czeskich protestantów do rebelii, która w założeniu miał stać się zaczynkiem wielkiej wojny. Wojna ta nie potoczyła się dokładnie zgodnie z przewidywaniami powstańców. Jakub Stuart wolał, gdy inni się krwawili, budować spokojnie potęgę  Anglii, zaś ani cesarstwo, ani znienawidzony papieski Rzym („siedziba antychrysta”) nie upadło. Mimo wszystko miała potrwać lat trzydzieści i spustoszyć Europę, oraz wciągnąć do udziału po stronie protestanckiej tak wydawałoby się egzotycznego sojusznika jak Francja „arcykatolickiego” Ludwika i kardynała Richelieu. Oczywiście Richelieu był mistrzem politycznej rozgrywki, dlatego początkowo postanowił rozprawić się z cesarzem rękami władcy narodu grabieżców z północy – Gustawa Adolfa, którego Szwedzi pozostawili w Sudetach znacznie więcej niechlubnych pamiątek niż wojska lisowskie.

Thurn senior, liczący w chwili wybuchu wojny lat 51, objął dowodzenie sił protestanckich w Czechach i uczestniczył w listopadzie roku 1620 w niesławnej bitwie pod Białą Górą. Miał wówczas pod komendą spory regiment piechoty na lewym skrzydle armii protestanckiej. Jego syn, 18-letni Frantiszek właśnie, prowadził część tego regimentu. Obaj Thurnowie oglądali jak przeciwna flanka ich armii ulega naporowi wojsk habsburskich. Gdy  przeciwnik rozpoczął manewr oskrzydlający ich pozycje, nie czekali długo, tylko wycofali się szybko, acz, jak uważał Thurn z godnością, z zamętu przegranej już bitwy do Pragi. Ich regiment pieszy wyrzynali tymczasem ruchliwi jeźdźcy w czerwonych spodniach, używający szabel zamiast rapierów. Thurn starszy miał już wcześniej z nimi do czynienia i wiedział, że byli to bitni polscy najemnicy w służbie cesarskiej – lisowscy kozacy, zdolni do szaleńczej i skutecznej szarży w najmniej sprzyjających okolicznościach. Lisowczycy byli zmorą strony protestanckiej od jesieni zeszłego roku, kiedy to wtargnęli na Górne Węgry i rozbili pod Humiennem wojska siedmiogrodzkie Rakoczego, stanowiące osłonę ciągnących na Wiedeń i sprzymierzonych z Czechami oddziałów siedmiogrodzkich Bethlena Gabora. Wiedeń ocalał, a potem przyszła wspomniana Biała Góra. Thurnom, ojcu i synowi, udało się szczęśliwie wyrwać z Czech po białogórskiej porażce i razem z królem zimowym – palatynem reńskim Fryderykiem zbiegli przez górskie trakty Sudetów na Śląsk. Fryderyk udał się do palatynatu, gdzie był zmuszony bronić swojej dziedziny przeciw zachęconym sukcesem pod Białą Górą cesarskim. W roku 1622 wojska Ligi wkroczyły do Palatynatu, a 6 maja tego roku zwycięzca spod Białej Góry Johan, hrabia von Tily pokonał ponownie protestantów pod Wimpfen.

Frantiszek Bernard Thurn  znalazł się w Glatzu w lutym 1622 roku i objął komendę w mieście. Stąd dokonywał rajdów na pobliskie miasteczka sprzyjające cesarzowi – 27 maja splądrował Nową Rudę. Ruchy krępowała mu jednak konkurencja w postaci krążących wokół umocnionego Kłodzka oddziałów Karola Hannibala, hrabiego von Dohna. Von Dohna, który pierwsze imię nosił po wielkim władcy odrodzonego cesarstwa zachodniego, drugie zaś po sławetnym wodzu kartagińskim, nie miał wystarczających sił by zająć Kłodzko, obsadzone piechotą i dragonami Thurna. A ponieważ ciężar działań wojennych przeniósł się z Czech do krajów Rzeszy, nie mógł liczyć na przeważające szalę posiłki. Z kolei Thurn również nie posiadał wsparcia pozwalającego mu skończyć z przeciwnikiem.  Teraz doszły go jednak wieści o zbieraniu się pod Habelschwerdem (dzisiejszą Bystrzycą Kłodzką) mieszkańców okolic w zbrojną kupę. Thurn zastanawiał się co z nimi począć – niekarne pospolite ruszenie nie byłoby zbytnim wsparciem załogi kłodzkiej, niemniej samo w sobie wiązało ręce von Dohnie, zmuszając go do operacji na dwóch lokalnych frontach.

Thurn patrzył zatem ku południowi na rozsiane w dolinie Nysy Kłodzkiej przysiółki, gdzie wcześniej widziano odchodzące ku Habelschwerdowi oddziały von Dohny. Czerwcowa niedziela zapowiadała leniwą, ciepłą pogodę. Niebo wprawdzie chmurzyło się i przez chwilę nawet padał drobny deszczyk, lecz po to tylko by zaraz wyjrzało słońce. Nagle Thurna dobiegły krzyki i tętent koni. Prowadzącą ku miastu drogą pędzili jeźdźcy, w których po stroju poznał własnych dragonów rozstawionych na straży o pół mili od miasta. Szybko zszedł na dół i dał rozkaz otwarcia bram.

II.

Aby wytłumaczyć co działo się z dragonami Thurna, należy się przenieść do obozu jego oponenta – hrabiego von Dohny. Ów stronnik Habsburgów szybko zdobył zaufanie zaskoczonego buntem w Czechach Ferdynanda jako jeden z nielicznych wielmożów po tej stronie gór. Powierzono mu dowództwo oddziałów katolickiego władcy na terenie Śląska, których działania miał prowadzić we współpracy z arcyksięciem Karolem Habsburgiem, biskupem wrocławskim. Sytuacja nie malowała się jednak optymistycznie. Von Dohna miał na zapleczu nieprzyjazny Glatz, przed sobą zaś zebrane pod Habelschwerdem w prawdziwie wojskowy obóz chłopstwo w liczbie około sześciu tysięcy. Do tego przyszła mu wiadomość o niespodziewanym pojawieniu się pod Nysą ponad trzech tysięcy lisowskich kozaków. Twierdzili oni, że idą w sukurs cesarzowi, na jego zaproszenie, czego ani von Dohna, ani biskup Karol nie mieli potwierdzenia ze strony Ferdynanda. Von Dohna postanowił działać rozważnie i pchnął pod Nysę umyślnego z bardzo grzecznym posłaniem, by przestrzegł Polaków, aby kraj przyjazny cesarzowi oszczędzali. Wskazał, że najlepiej się cesarskiej sprawie przysłużą, gdy pomogą w odbiciu Kłodzka i pozbyciu się gromadzącego pod Bystrzycą zagrożenia. Należało lisowczyków mądrze wykorzystać, choć lekka jazda przeciw kłodzkim murom na wiele się zdać nie mogła.

III.

Na wieść o potyczce hrabia Thurn szykował oddział dragonów do wyjazdu. Słońce, dość już wysoko stojące na niebie, przynosiło skwar zwiastujący kolejną ulewę. Podjazd, który zniósł jego posterunek dość go zaniepokoił, gdyż, jak wynikało z wcześniejszych zwiadów von Dohna powinien teraz pod Habelschwerdem borykać się z powstańcami. Powstawało zatem pytanie co tak naprawdę zamierzał i jakimi siłami. Thurn postanowił osobiście poprowadzić swoich dragonów, by niezwłocznie dopaść podjazd nieprzyjacielski i zasięgnąć języka. Ruszyli ku Habelschwerdowi i wpadli do oddalonej o pół mili wsi, gdzie działać miał wrogi podjazd. Zaskoczyli go, jak się wydawało na rabunku i siedli na karkach, wypadając na błonia, otoczone znaczone w tyle wianuszkiem lasu na zboczach schodzących ku sercu kotliny wzgórz. Thurn pędził ze swoimi, lecz tamci mieli dobre konie. Dystans od Kłodzka ciągle się zwiększał, nie malała natomiast odległość między dragonami a ściganymi, ale i o dziwo nie rosła. Przez głowę młodego hrabiego przemknął cień wątpliwości. Niby ucieczka, ale… Wtem jeden z dragonów krzyknął, wskazując las po prawej, który jakby ożył – w jego cieniu poruszały się sylwetki konnych. To była rajtaria von Dohny.

Po wojnie 30-letniej Habsburgowie wyciągnęli lekcję i wznieśli twierdzę kłodzką. Rozbudował ją po zajęciu Śląska i ziemi kłodzkiej przez Prusy Fryderyk II.

IV.

Jan Lubowicki, rotmistrz kozaków lisowskich, zaklął pod nosem. Jechał na czele uchodzącego przed Czechami podjazdu i do tej pory wszystko szło zgodnie z planem, który ułożyli wczorajszego dnia z pułkownikiem Strojnowskim. Dragoni Thurna szli za wabiem jak mysz do pułapki i wkrótce mieli natknąć się na sześć zaczajonych w borze, gotowych do skoku, wypoczętych chorągwi lisowskich. Pułkownik, odpowiadając na prośbę von Dohny, zaproponował tę prostą zasadzkę, którą z powodzeniem zastosowali pod dalekim Humiennym, uznając, że będzie to najlepszy sposób użycia lisowczyków przeciwko załodze Kłodzka. Von Dohna plan zaakceptował, jednakowoż uparł się, nie ufając do końca przybyszom, że zostawi z lisowczykami swoją piechotę i rajtarię. Niepotrzebnie, bo nie wytrzymała napięcia. Gdy w polu widzenia pojawili się nieprzyjacielscy dragoni, z boku, na skraj lasu wyjechali niecierpliwi rajtarzy von Dohny, wysunięci przed lisowskie pozycje, by od tej strony zamknąć potrzask. Widział ich Lubowicki, musieli widzieć również Czesi. I rzeczywiście. Zaczęli krzyczeć, skupiać się, zatrzymywać konie i zawracać.

V.

Dowódca rajtarów przydanych przez von Dohnę lisowskim kozakom miał niełatwe zadanie. Musiał ich z polecenia hrabiego pilnować, co jak się okazało, było dość trudne przy ruchliwych Polakach. Miał również swoim uderzeniem, wspartym ogniem z muszkietów piechoty przesądzić o wyniku nadchodzącego starcia. Od północy, od bram Kłodzka nadchodziły przez pewien czas krzyki. Potem wraz z krótkim deszczem ucichły wreszcie, po kilku pacierzach na gościńcu rozległ się odgłos pędzących koni. Polacy uciekali w bezładzie, zaś tuż, tuż za nimi srożyli się dragoni von Thurna. Kapitan rajtarów był w rozterce – czy była to część planu, czy początek klęski, bo której przejawy wyglądały jego zdaniem zbytnio autentycznie. Przywołał do siebie jednego z poruczników, każąc mu z pododdziałem zawiadomić o sytuacji stojące dalej oddziały lisowskie i zażądać wsparcia zanim będzie za późno. Zza rajtarów wysunęli się również muszkieterzy by powitać ogniem Czechów.

VI.

Lubowicki, ujrzawszy co się dzieje osadził konia i zwrócił się z podkomendnymi ku dragonom Thurna. Ci wycofywali się, z tytułu szły już z ciemnego boru chorągwie lisowskie, wpadając na wychodzącą z boku piechotę von Dohny. A przed wszystkich wyjechali podbudowani wsparciem rajtarzy, blokując lisowczykom drogę. Czesi szybko cofnęli się na bezpieczny dystans od murów miejskich, wreszcie stanęli i uporządkowali szyki na wzgórzu, dokonując przeglądu sytuacji. Lubowicki, który jechał razem z rajtarami, uznał że przeciwnik nie dostrzegł jeszcze całości zbliżających się ku niemu sił. Gdy jednak dognały ich chorągwie lisowskie i pędziły ku dragonom, ci widząc wreszcie, co ku nim zmierza podali tyły. Nie wszyscy jednak zdołali dotrzeć do miasta.

VII.

Thurn ustawił swoich dragonów na pagórku nad Nysą, chętny nawet do potyczki z rajtarami, odsadzonymi teraz od własnej piechoty, która została daleko w tyle. Lecz za rajtarią von Dohny, znacznie od ruchliwych dragonów wolniejszą, nadciągało coś szybszego, zwrotniejszego i bardziej złowrogiego. Kozacy lisowscy! Wspomniał Białą Górę i nakazał odwrót ku miastu. Lisowczycy byli jednak tuż-tuż i wpadli w szeregi dragonów. Jeden z żołnierzy Thurna, tuż obok niego padł ścięty szablą, hrabia umknął jednak i wpadł w zbawczą bramę, rozkazując ostrzał z murów. Lisowczycy jak za dotknięciem ręki odstąpili, tak że palba nie wyrządziła im większej szkody. Thurn zły był jednak na siebie, że znów oddał pola piekielnym jeźdźcom, z których jeden w szalonym pędzie odtarł pod samą bramę, wbijając weń demonstracyjnie grot swojej broni. Widząc, iż Polacy nie ustąpili daleko, jednak na tyle, by mógł bezpiecznie piechoty wyprowadzić, powiódł muszkieterów i umieścił na wzniesieniach na brzegach Nysy Kłodzkiej. Lisowczycy nie ryzykowali jednak ataku, mimo to część dragonów Thurna zaczęła wyjeżdżać ku nim, chcąc wywabić kozaków w pole ostrzału i powetować sobie poranne niepowodzenie. Ruszyli ku nim lisowczycy, lecz nie kupą, ale na harce, po których dragoni zawrócili ku swoim, a salwy piechoty nie dosięgnęły wroga. Pułkownik Strojnowski wiedział, że dragoni nie dadzą się więcej na niebezpieczną odległość wywabić, a jego jeźdźcy przeciw miejskim murom nie mają żadnych szans. Po harcach z dragonami przyszła ulewa i Thurn zwinął z pola swoją piechotę.

Wieża rycerska w Bystrzycy Kłodzkiej

Habelschwerd, czerwiec Roku Pańskiego 1622

VII.

Pułkownik Strojnowski uznał, iż nie ma sensu zabawy z załogą Kłodzka dalej ciągnąć. Jego ludzie byli jednak rozochceni walką i raz po raz pojawiały głosy: „Idziemy na Habelschwerd!”, „Frezów od chłopislausów wybawić musimy!”. Tu lisowczycy śmiali się, z pogardą dla Niemców, lecz animusz był widoczny i Strojnowski musiał jakoś parę z kotła wypuścić. Wykorzystując deszcz posłał zatem umyślnego do stojącego pod Habelschwerd, niecałe trzy mile dalej von Dohny, że ku niemu z pomocą idzie i polecił by szykowano się do wymarszu. Na wieść o tym, dopadł do Strojnowskiego pechowy kapitan rajtarów i rozżalony perorował, że nie po to hrabia von Dohna lisowczyków oddziałom swoim przydał, by je odchodząc, na pastwę Thurnowych pozostawiali. Dało to lisowczykom dodatkowy asumpt do dowcipów, że się „frezy” zagonionego do jamy lisa boją. Strojnowski wahał się jeszcze z rozkazem wymarszu, gdy wrócił posłaniec od von Dohny, który prosił by lisowczycy poczekali na idące od Czech posiłki i nie zostawiali rajtarów wraz z piechotą. Pułkownik znalazł jednak wyjście z impasu i odpowiedział von Dohnie, że wyśle na razie ku Bystrzycy swoją straż przednią by miejsce na nocleg za miastem znalazła. Poszła zatem ku Habelschwerdowi najsampierw chorągiew Jana Sławęckiego, do której na ochotnika przydzielono pachołków w liczbie pięciuset, zaś Strojnowski zezwolił Sławęckiemu na rozeznanie sytuacji i samodzielną decyzję o ataku, zanim jeszcze pozostałe chorągwie dotrą pod Habelschwerd.

VIII.

Gdy chorągiew Sławęckiego stanęła na wzgórzach na prawym brzegu Nysy i spojrzała na chłopski obóz rozbity na polach pod wsią Plomnitz (Pławnica), przed widniejącym w dali potężnym łańcuchem gór nie było wyjścia – przyszło atakować. Ruszyli. Powstańcy wnet wszczęli ostrzał z muszkietów i rusznic, które pod ręką mieli, jednak lisowczycy przeszli na szyk rozproszony, tak że ogień z broni palnej wielkiej szkody nie czynił. Jedną szarżą zmusili chłopstwo do opuszczenia obozu i ucieczki. Bitwa pod Habelschwerdem była wygrana zanim von Dohna zakończył pieczołowite przygotowania do jej stoczenia.

Lisowczycy z opuszczonego obozu zabrali konie i broń, kierując się do wsi, gdzie wyznaczono im nocleg. Von Dohna na wieść o tak szybkim i nagłym zwycięstwie nie wierzył własnym uszom, zwłaszcza, że część chorągwi lisowskich docierała dopiero do Bystrzycy. Gdy jednak pomyślna nowina się potwierdziła, ruszyli „dzielni” habsburscy do rabunku i opuszczonego przez powstańców obozu oraz okolicznych wsi, biorąc co im się pod rękę nawinęło, nie na ostatku żywy inwentarz. Sprzedawano to potem nazajutrz na targu w Bystrzycy.

IX.

Lisowczycy, zaopatrzeni w list polecający od hrabiego von Dohna pociągnęli przez bramę międzyleską na Pragę, anonsując się na zamku w Międzylesiu i wskazując, że posiłki idące z Czech do Kłodzka plądrują wsie po drodze, aby rabunek ten na karb lisowczyków nie szedł. Poszli następnie aż nad Ren. Wrócili przez Czechy na jesieni 1622 roku, zachęcani przez cesarza do czynienia porządku w buntowniczym kraju. Dowodził nimi już wówczas krajczy koronny Zygmunt Karol Radziwiłł, syn Mikołaja Krzysztofa, zwanego Sierotką, od roku 1616 kawaler i komandor maltański, członek Bractwa Żołnierki Chrześcijańskiej, uczestnik obrony Chocimia. W drodze przez Sudety szarpały ich na ciasnych drogach lokalne oddziały. Wkraczając na Śląsk przez Karkonosze, 19 listopada 1622 roku „ukarali motłoch” kowarski, który nie chciał dać kwater. Na wieść o tych lisowskich porządkach mieszkańcy okolic schronili się do okolicznych lasów i do Jeleniej Góry. Stanęli potem lisowczycy i pod Jelenią Górą, docierając nocą pod bramy. Tych im nie otwarto, ruszyli zatem na Jeżów i Wleń. Zaległości w cesarskim żołdzie usprawiedliwiały w ich mniemaniu czynione po drodze „rekompensaty”. W liście jaki lisowczycy otrzymali 19 września cesarz zwolnił bowiem ich ze służby i nakazywał powrót po otrzymaniu zapłaty w granice Rzeczypospolitej. Książę Radziwiłł nie znajdował jednak usprawiedliwienia w lisowskiej niekarności i swawolach – wkrótce złożył dowództwo, a później niechętnie wypowiadał się o powrotnym elearskim pochodzie przez Śląsk. 28 listopada lisowczykom zastąpiły drogę pod Legnicą pospiesznie zebrane wojska miast śląskich. Nie doszło jednak do bitwy, lecz rozmów i ugody. Przez Bytom Odrzański, gdzie również doszło do niepokojów, lisowczycy dotarli do Sławy. Tam otrzymali upragniony żołd za trzy miesiące i opuścili wreszcie granice Śląska.

Gotycki most przez Młynówkę w Kłodzku. Barokowe figury dodano po wojnie 30-letniej
Reklamy