XVII.

Tropienie demonów pogańskich nie było ulubionym zajęciem Boruty. Na szczęście kniaź działał tu wyjątkowo energicznie i metodycznie, wykonując za niego większość zadania. Wystarczyło znaleźć obiekt czci, przy którym gromadzili się ludzie, a który skwapliwie wskazywali ochrzczeni przyboczni Mieszka pochodzący z danej okolicy i drużyna ruszała w towarzystwie grupy duchownych, by na miejscu świętych gajów, gaików i krzów wszelakich postawić surowy drewniany krzyż. Boruta zwykle docierał nieco wcześniej, wcisnąwszy się do przedniej straży, sprawdzał teren i przebywające na nim siły. Następnie wkraczała główna grupa. Najpierw krzepcy woje, którzy nie wahali się wybić zęby opornym, potem zatopieni w modłach kapłani, którzy kropili miejsce święconą wodą i odmawiali egzorcyzm, podczas czego Boruta trzymał się na uboczu, w bezpiecznej odległości. Kniaź nie zapuszczał się wprawdzie w najdziksze ostępy i w najbardziej zatwardziałe w zabobonie okolice, ale i tak roboty było mnóstwo. Wędrowali teraz na Tum, gdy w głębi rozciągającej się po obu stronach wąskiego duktu puszczy mignęło coś znajomego, co po krótkiej chwili Boruta zidentyfikował jako charakterystyczne uszy dusiołka. Nie wzbudziło to w nim jednak rozgniewania, raczej wewnętrzny uśmiech. Spiął konia i skinąwszy porozumiewawczo dowódcy straży ruszył z kopyta.

Widział, że dusiołek biegnie wzdłuż, zawadzając o bujne leśne runo i że go z pewnością zauważył, ale zlekceważył to, wiedząc iż strach i potrzeba ochrony pokieruje ściganego dokładnie tam, gdzie Boruta sobie zaplanował. Skręcił z duktu w boczną, mało widoczną ścieżkę, która za niewielkim pagórkiem rozszerzała się jednak niespodziewanie. Na drzewach wokół dostrzegał nacięcia wykonane z pewnością w celu, który Boruta znał. Nie musiał już pilnować zziajanego dusiołka, zwolnił bieg wierzchowca i powoli dostojnie wjechał z mrocznych czeluści boru na otwarte słońce. Polana była nieduża, o nieregularnym kształcie, nieskalana śladami brutalności wyrębu. Z wklęsłego środka wyrastał rozłożysty dąb, o który oparła potężna postać. Boruta wiedział jednak, że było to złudzenie. To nie postać opierała się na dębie, ale drzewo było połączone całym swoim istnieniem ze zwalistą postacią. Wspierały się nawzajem i nierozerwalnie. Boruta ujrzał kątem oka cień umykający na koniec polany, na brzeg lasu. Dusiołek – pomyślał. Koń nie chciał iść dalej, zatoczył łuk, zachowując dystans od środka polany. Boruta poklepał go przyjaźnie i zeskoczył na ziemię, podnosząc dłoń do góry. Powoli szedł w stronę dębu.

– Nie przybywam tu w nieprzyjaznych zamiarach – zaczął. – W przeciwieństwie do tego co za mną podąża. I jest nieuchronne. To twój dobry los, że mnie spotkałeś. Widzisz, druga strona reprezentuje model, jakby to ująć… antropocentryczny. Interesuje ich nawrócenie ludzi. Inne rodzaje bytów raczej ignorują. Masz ostatnią szansę i ja nią jestem. Przystań do mnie, a ja pomogę ci przetrwać. Podam ci rękę, zakorzenię w fundamentach piekieł, tam gdzie nie będzie ci zagrażała utrata wiary prostaczków. Uczynię swoim pomocnikiem. W końcu znasz świetnie miejscowe realia. W każdym innym wypadku, możesz liczyć co najwyżej na parę stuleci ukrywania się po niknących pod ciosami siekier gajach, aż umrze twój ostatni wyznawca. Jeżeli oczywiście ci się poszczęści.

Dadźbóg roześmiał się gniewnie.

– Sługą próbujesz mnie uczynić, nic w zamian nie dając?

– To ostatnie twoje słowo?

– Tak. Głupcze, wiem przecież, że nic mi nie możesz zrobić.

– Ja nie – odparł skromnie Boruta – ale oni – owszem. Widzisz, mam nieco szerze horyzonty i pewne zdarzenia antycypuję.

Wskazał bór za sobą, który ożył – trząsł się i szumiał nadciągającym tłumem. Przodem jechali drużynnicy Mieszkowi na wspaniałych koniach, wśród nich dwie postaci w habitach. Dalej ciągnęła gawiedź wprawdzie napierana z tyłu przez grupę pieszych wojów, ale idąca raczej z własnej woli i ciekawości. Zdumiona i rozważająca w duchu zachodzące zmiany w ich codziennym życiu – obrzęd, który z woli kniazia odbył się w Tumie i to co miało się teraz wydarzyć. Jeźdźcy zsiedli na brzegu polany z koni i zbliżali się do dębu. Boruta skłonił się zakonnikom i cofnął na skraj szereg wojów. Trzech z nich wyciągnęło topory, nad którymi jeden z duchownych uczynił znak krzyża. Boruta wzdrygnął się odruchowo. Zbrojni wznieśli topory i uderzyli. Dadźbóg stał spokojnie. Żelazo odskoczyło, nie czyniąc większej szkody, a w dąbrowie zerwał się niespodziany wicher, zrzucając szłomy z głów paru wojów. Tnący wstrzymali się, ale starszy mnich znów skinął głową, odmówił krótką modlitwę i ponowili próby. Cięli zgodnie raz jeszcze i znów pojawił się podmuch. Słabszy, a ostrza tym razem na trzy palce w pień się wryły.

– Widzisz – rzucił Boruta głosem niesłyszalnym dla pozostałych. – Sił ci zaczyna brakować.

Kolejne ciosy następowały po sobie, a tymczasem inni drużynnicy już rozpalali na polanie ognisko. Tłum patrzył zatrwożony i zafascynowany na niecodzienne dziwowisko. Za którymś z rzędu uderzeniem topora Dadźbog upadł i powoli rozpłynął się w poświacie rzucanej przez ogień. Drużynnicy brali się teraz za konary powalonego dębu, ciosali je i rzucali na spalenie.

– Na Ruś umknął – powiedział trzeci mnich, którego Boruta wcześniej nie zauważył.

– Spóźniłeś się nieco – mruknął Boruta. – I grasz nieuczciwie, zmieniając postacie.

– Przecież i tak obaj w prawdziwej postaci się widzimy. Ty też próbowałeś oszukać, przybywając tu przed wszystkimi.

– No to jesteśmy kwita. Zresztą uciekł, to uciekł, nie nasza to już rzecz.

– Nie patrz tak na mnie, bo pić z tobą nie zamierzam.

– Obejdzie się – burknął Boruta i odszedł na bok.

XVIII.

Nad opustoszałą polaną bez dębu zapadł zmierzch. Ze środka sterczał ociosany nierówno pień drzewa jak smutna pozostałość przerwanej pępowiny.Boruta kopnął resztki konarów potężnego dębu w dogasającym ognisku. Sypnęły iskrami, które wzleciały ku gwiazdom i zgasły. Boruta podszedł do ściany boru, przenikając wzrokiem zmrok.

– Wiedziałem że będziesz czekał – powiedział w ciemność. – No, wyłaź wreszcie. Miałeś już swój dowód. Teraz czas na decyzję.

Dusiołek spuścił uszy po sobie i wyczłapał na skraj polany.

– No, co tak stoisz. Ruszaj i znajdź mi jakiś dworzec krzepki w okolicy. Mieszkańców wypłosz, niech uciekają w lasy póki przybędę i wezmę ich pod opiekę. Muszę się wreszcie w tym kraju porządnie urządzić, bo coś mi mówi, że zostanę tu na dosyć długo. Nie martw się ze mną nie zginiesz. Jeszcze niejednemu możnemu tej krainy będę dzieci kołysał. I wiedz, że nie jestem taki straszny, jak ci się wydaje, lecz mogę być, jeśli mnie zezłościsz. To prawda, że pośpiech mnie cieszy, więc ruszaj. Aha, a jakbyś zobaczył tego, no… świetlistego, zorientujesz się o kim mówię, nie nawiązuj z nim rozmowy. Przynudza strasznie i do każdego tematu podchodzi z niewłaściwej strony. Nie to co my diabły.

XIX.

Gdy mamuna dotarła do chatki z niepiernika, stojącej pod załomem skalnym w sercu ślężańskiego boru, znowu zaczęło padać.

– Przyprowadziłaś mi dzieci? – Leśna Baba wystawiła głowę przez okienko. – Nie? I dobrze, bo właśnie się zbieram.

Podniosła tobołek podróżny i postawiła go na nieistniejącym parapecie chatki.

– Gdzie?

– Na południe. Do czeskiego raju. Nauczyłam się lepić knedle nie gorzej niż Libusza. Tam naród zgodniejszy, to i łatwiej się ukryję. Możesz odtąd mi mówić Jeżibaba.

– Jerzy Baba? A sama Babo idziecie?

–  Ile razy mam wam powtarzać, że ona nie ma kurzych łapek! – Baba wskazała głową na milczącą dotąd chatkę.

– A co z resztą? Ze spotkaniami przy ogniach? Kupałową nocą? Bieganiem nago po borze w poszukiwaniu kwiecia paproci?

– Znalazłaś kiedyś jakie?

– Co?

– Kwiecie.

– Nie, ale przecież chodzi o to by dobrze się bawić…

– No i dlatego nigdy nie byliśmy w stanie zbudować czegoś większego i trwałego. Wszystkie te borowe dziady, licha, nawet bogowie o czterech twarzach, a każda toporna. Takie to durne i naiwne, że kiedyś o nas dzieciom będą bajać i nie po to by je straszyć, ale po to by szybciej zasnęły. Taki chmurnik na przykład. Myśli, że cały czas jest śląg, bo o Ślężę chmurę zaczepi. Nie widzi biedak, że chmury nad górami i bez jego pomocy nad górami się zbierają, więc gdyby nawet na dół zlazł, to i chmura bez niego sobie poradzi, i popada. Albo południca – łazi po tym upale nie wiadomo po co, jakby nie łaziła głupi ludzie i tak by od słońca padali.

– Ja jednak myślę, że jak chmurnik do chmury nie wróci i jej nie odczepi, to już zawsze śląg będzie. A jeśli nawet śląg był i będzie mimo chmurnika, to czy nie lepiej, że chmurnik wierzy, iż dzięki jego trudowi z nieba pada? Wolelibyście Leśna Jerzy Babo, żeby biegał zrozpaczony po puszczy, wiarę tę utraciwszy?

– Wolałabym – odparła Baba – żeby przestało padać.

XX.

Chmurnik od kilku godzin usiłował odczepić chmurę ze szczytu Ślęży. Nie udawała mu się ta sztuka i śląg nieubłaganie, z małymi przerwami, lał się z nieba. Nie przeszkadzało to jednak chmurnikowi. Skakał po deszczu i był szczęśliwy, a potem choćby potop. Hen w dole, krople wybijały rytm wojenny na masywnych tarczach wojów. Zbrojni księcia Mieszka obejmowali właśnie ziemie Ślężan we władanie.

Opowieść powyższą umieściłem wcześniej na innym blogu, po drobnej korekcie postanowiłem ją przenieść i włączyć jaką spójną „klimatycznie” do cyklu „legendy sudeckie” prezentowanego na blogu niniejszym

Reklamy