XII.

Minął rok i Boruta przypominał sobie tę gniezdeńską rozmowę. Zagrożenie przyszło z innej strony, choć Boruta był pewien, że cesarz gdzieś tam w ukryciu, maczał palce w rzece obcych wojów, która płynęła teraz od morza, od północy, na przekór nurtowi Odry. Wichman, syn Wichmana, niesforne dziecię zetknięcia cywilizowanej Europy z barbarzyńskimi poganami, próbował po raz kolejny, wcześniej dwukrotnie z sukcesem, mocując się z Mieszkiem. W owych, poprzednich przygodach wspierał Wichmana margrabia Gero, którego gościnności przed niemal czterdziestoma laty Boruta sam doświadczył, uczestnicząc jako obserwator w wielkiej uczcie wyprawionej dla połabskich Słowian. Biesiada zakończyła się zbiorową niestrawnością, a jedynie dzięki niewrażliwości na trucizny tego świata Boruta wykpił się lekką diarreą. O Geronie ponownie usłyszał wiele lat potem, kiedy ten wyborny polityk udał się w samo centrum dziczy – na Rugię, do Arkony by oświadczyć, że porzuca Chrystusa dla Svantevita. Nie przeszkodziło to jednak późniejszemu przyjęciu margrabiego w Rzymie jako obrońcy chrześcijaństwa. Geron otrzymał wtedy z rąk apostolskiego władcy ramię świętego Cyriaka bądź Cyryla – tego Boruta akurat dokładnie nie pamiętał. I mimo, że zaszczyty owe uzasadniał fakt, iż Gero arkońskich Ranów, jak oficjalne kręgi głosiły śmiało, a jak szeptano w krużgankach – bezczelnie, oszukał, wykorzystał i następnie porzucił, Boruta na miejscu papieża nie podałby mu nawet małego palca do ucałowania. Gdy Gero zmarł na rok przed chrztem Mieszka, Boruta podejrzewał skrycie drugą stronę o wcześniejsze niż uprzednio zakładano wydanie wyroku Opatrzności. Wichman nie dorównywał bystrością i rozumem Geronowi, niemniej, pozbawiony swego patrona, zdołał jakoś przekonać do wyprawy Wolinian i Wieletów.

Jechali w ciągu długich wojsk Mieszkowych zmierzających na zachód. Za jazdą szła piechota, wśród niej toczyły się okazałe, czwórkołowe wozy.

– Wina tu nie mają, to i prawdy łatwo nie znajdziesz – zagaił Boruta do towarzysza. – Za to miód na serce leją często gęsto – zaśmiał się. Rozmówca nie reagował jednak na zaczepki ani złością, ani uśmiechem.

– Wielety! Wielety idą! – doszedł głos od czoła kolumny. – Są za rzeką. Siła ich.

– Z Wolinianami się będą próbowali połączyć – sapnął Boruta.

– Diabły wieleckie – szepnął jeździec obok.

– Proszę mnie nie obrażać – zaoponował stanowczo Boruta. – Nie umywają się do mnie, co niniejszym nie omieszkam udowodnić – spiął wierzchowca.

– Gdzie jedziesz? – zapytał towarzysz.

– Zapytać się o bród i złożyć wizytę za rzeką. A co myślisz, że nie dam im rady?

– Nie wiedziałem, że bronić chrześcijańskiego władcy zamierzasz…

Boruta skrzywił się nieznacznie.

– A co po próżnicy się tu z wami tłukę? Poza tym, mam zasady. Jestem w końcu chrześcijańskim diabłem. Na przykład, w życiu nie nasikałbym komuś do mleka, jak te miejscowe kocmołuchy. No i na ostatek, pokażę im, że nie warto ze mną zadzierać.

Ruszył z kopyta, niemal przewracając dwóch jadących przed nim drużynników.

XIII.

Za brodem panowała cisza, przerywana z rzadka przez jakieś irytujące leśne stworzonka. Dopiero jakieś dwie godziny jazdy dalej, zboru zaczął dochodzić dziki śpiew wieleckiej kolumny. Redarzy szli z wolna, ale nie kryjąc zbytnio swej obecności. Boruta przyczaił się za leśną skarpą,opadającą ku wąskiemu tu traktowi i czekał, wsłuchując się w popisy pieśniarskie nadciągających wojów. Brzmiały strasznie, ale może właśnie o to chodziło. Nieustający dysonans nie przeszkadzał z pewnością samym wykonawcom. Przeciwnie liczyli, że im pomoże zagłuszyć własny strach, tlący się gdzieś tam w głębi mimo twardych, zaciętych twarzy, czekając tylko by buchnąć w niesprzyjającym momencie boju.

– Czemu wilcy wyją? Niedolę przyszłą czują – zadrwił Boruta. Wyrósł przed nadchodzącymi nagle w miejscu, gdzie dukt zwężał się w niewielką kotlinkę na szerokość jednego konia.

– Ktoś ty? Z drogi! – zawołał redarski wojownik jadący na czele, zatrzymując się i zastawiając dzidą.

– Swój. Swój prawie. Dobrym ludziom sprzyjam i pomagam.

– Z drogi zejdź, bo przebiję!

– Przebij, jeśli zdołasz. Mocnyś jak sam Swarożyc. Szkoda, że jeno w gębie.

Spojrzał w oczy wojownika, którego żywe i wściekłe źrenice znieruchomiały nagle.

– Ktoś ty?

– Mówiłem, że prawie swój, choć nie tobie się ze mną próbować. Chyba, że Swarożyc… Ale Swarożyc was zostawił i w Radogoście został. Konia swego świętego jak zwykle pilnuje, bo się boi, że ktoś go wykraść spróbuje…

– Skąd…

– … co nie przeszkadza mu sługi swoje na wieczne unicestwienie posłać. Macie dwa wyjścia. Ruszyć dalej i się ze mną popróbować, albo przemyśleć czy warto. Zwłaszcza, że coś mi mówi, iż, choć cesarz nie kocha Wichmana, nie omieszka wykorzystać waszego przy nim zajęcia. A może właśnie teraz wojska cesarskie idą na Retrę? – Boruta zrobił idiotyczną minę, przedrzeźniającą zdumiony wyraz twarzy Wieleta.

– Mieszko was nie miłuje – ciągnął Boruta. – Ale nie pożąda takoż. Za Odrę się nie wybiera, póki sami nie dacie mu do tego powodu. Odstąpicie, nie będzie was ścigał – ma insze problemy na głowie.

– Nie zdradzim Wichmana…

– E, abo to Wichman by was nie zdradził, gdyby przyszła pora. Nie zdrada to, gdy druh świadom tego, czego może od druha się spodziewać. Kto wie zresztą, może pora już nadeszła…

Boruta skinął wymownie głową na puszczę za plecami. Redar zmarszczył czoło i pomyślał.

XIV.

– Zamiast ich pogromić, zawarłeś z nimi rozejm!

Kompan Boruty wyjechał na leśną ścieżkę, tuż po tym jak Wieleci wreszcie zdecydowali się zawrócić.

– Dyplomacja – odparł spokojnie Boruta.- A myślisz, że jak imperium rzymskie przez lata powstrzymywało barbarzyńców? Poza tym znów zapominasz, mój drogi, że my diabły mamy swoje zasady. Metodykę działania. Przede wszystkim kusimy. Znaczy się używamy perswazji mentalno-werbalnej. Pomagamy ludziom zastanowić się i wyciągnąć logiczne wnioski. Powinieneś zrozumieć. W substancji przecież jesteśmy tacy sami, działamy również dość podobnie. Można powiedzieć idziemy w ślad za sobą. Ale nie złość się, bo to czystości szkodzi, poza tym ktoś inny ma teraz znacznie większe powody do uwolnienia złych emocji. A ja ani nie zamierzam temu przeszkadzać, ani nie chcę tego przegapić – zawrócił wierzchowca w stronę brodu. Towarzysz o jasnych oczach podążył za nim, chcąc nie chcąc. Właściwa bitwa miała się dopiero rozpocząć.

XV.

Wichman był wściekły. Cesarz, którego przyjacielem od niedawna tytułował się Mieszko, nie oponował przeciw wyprawie, ale i jej nie wsparł. Co więcej, Wieleci, którzy wnieśli istotny wkład w poprzednie zwycięstwa nad Mieszkiem, tym razem w ostatniej chwili się wycofali. Hufiec wolińskich wikingów, zresztą niezbyt liczny, to było za mało by poradzić sobie z mieszkańcami państwa Gnieżdże, za którego samą nazwę Wichman miał chęć zabić jego władcę. Teraz jednak to Mieszko będzie miał doskonałą okazję do zemsty za swojego brata. I pewnie ją wykorzysta. Choć graf przynajmniej zdoła sprawić by drogo za całość zapłacił. Przywołał jednego ze swoich wojów by wydać ostatnie rozkazy. Czuł się dobrze w towarzystwie wikingów, odpowiadała mu ich poczucie dumy, odwaga, dążenie do sławy, ich maniery i zwyczaje, nęciła bardziej wieczność w Valhalli niż piekło, które bez wątpienia czekało go po chrześcijańskiej stronie. Pójdą razem w bój, będzie pot, będzie krew, będą łzy, choć to nie po nim będą płakać.

– Spróbuje uciec – skonstatował Boruta, mierząc Wichmana wzrokiem z drugiego krańca zastawionej oddziałami obu stron polany. – Wybierze nadarzający się moment w zamęcie walki i zwieje.

– Znów oceniasz ludzi na podstawie pierwszego wrażenia – jego kompan musiał wdać się w spór, dla zasady.

– I zwykle się nie mylę, a już nigdy dwa razy pod rząd. On będzie próbował uciec, ale mu się to nie uda.

Końcowe słowa zagłuszył dźwięk rogu. Konie parskały niespokojnie, tarczownicy uderzali włóczniami o ziemię, ci w pierwszych szeregach chwytali ostatni pełny dech w piersi. Ściana ludzka powoli ruszyła ze stron obu. Zaczęło się.

XVI.

Boruta uśmiechał się w duchu. Jak mroczne drogi wiodą czasem do świętości. Rozbójnictwo Wichmana było wprawdzie nie jedynym i nie najważniejszym z powodów, dla którego książę leżącego na uboczu świata kraju Gnieżdże przyjął chrześcijaństwo, ale mogło być kroplą, która przelała czarę. Jednakże, nie to najbardziej zajmowało teraz Borutę. Czuł jeszcze w uszach szum i szczęk walki, szarżę drużyny Mieszkowej, która przełamała wolińskie szyki, miał przed oczami przedśmiertny gest Wichmana, który powierzył swój oręż wrogowi z prośbą o przekazanie Ottonowi. A potem widział duszę uchodzącą z krzepkiego ciała, duszę zdezorientowaną i przestraszoną, którą już brał w swoje objęcia oberteufel wschodnich marchii, adresując do Boruty suchy, urzędowy gest pozdrowienia. Brał by pozbawić ją ostatniej nadziei na mityczne miłosierdzie Stwórcy. Stwórca, o czym Boruta był głęboko i szczerze przekonany, nie miał pewnie czasu ani chęci zajmowania się jakimś nędznym badylem z chaszczy krańca Europy i jego wyborami w kwestii ustawienia względem innych badyli. To, że dla badyla, a nawet dla samego Boruty, który notorycznie przez wspomniane chaszcze się przedzierał, dana rzecz ma znaczenie, nie znaczy że zachowuje je w skali makro. Stwórca potrafił zignorować samego syna Jutrzenki, a co dopiero jakiś drobnoustrój ze średnio rozwiniętym poziomem świadomości. Powyższe zdanie jadący wciąż z nim bok w bok towarzysz z pewnością by zakwestionował, lecz tym razem Boruta nie chciał się bawić w erystykę. Milczenie zostało jednak przerwane.

– Ma syna…

– Że co?

– Mieszkowi się syn urodził.

– To czemu ja o niczym nie wiem?

– Kniaź polecił do czasu zakończenia wyprawy się wstrzymać.

– A ty się chętnie na tę prośbę zgodziłeś…

– Zgodziłem się.

– Cóż, nie będę się o to spierał. Nie myśl jednak, że będzie bierny, mierny, lecz wierny tak jak lubicie. Jeszcze szmat czasu zanim wyrośnie, jeszcze zdąży się w nim zasiać duma, niezależność. Wypijmy zatem za tę szczęśliwą okazję!

– Za okazję urodzin to i wyjątkowo wypiję, choć odmienną niż ty przyszłość przed malcem dostrzegam.

– Masz prawo. No i pewnie koniec końców, jak to zwykle bywa, nie będzie aż tak dobry jak byś chciał, ani taki jak go malować próbuję. Ale wiem jedno – wyrośnie ponad innych, a zarówno w swych czynach szlachetnych, jak i w tych okrutnych, jak wy to w sposób bardzo uproszczony określacie, będzie się wyróżniał.

(…)

Reklamy