X.

Dusiołek mijał bór za borem rozdzielone niewielkimi przesiekami. Na jednej z nich uwagę jego zwróciła na moment wygrzewająca się na ławce przed rozwalającą chałupą, uśmiechnięta, o dziwo, niewiasta. Nie miał czasu jednak dłużej się zastanawiać nad wyraźnie kontrastowym nastrojem, bo polana została już za nim i otoczyła go po raz kolejny gęsta nieprzenikniona puszcza. Puszcza była tutaj wszystkim, ciągnęła się po widnokrąg i przerywała tylko wtedy, gdy na jej przeszkodzie stanął jakiś wodny ciek lub karczowisko z osadą. Tych było jednak niewiele, a wszystkie jakieś takie mizerne, od jednego kopyta z nudną zabudową szeregu drewnianych chat. Ciekawe jak na tym tle wypada sławetne Gnieżdże, jak większość chwalonych na tej ziemi atrakcji, z pewnością przegadane. Dusiołek odpędził powyższą gonitwę myśli, która jedynie zwalniała jego tempo. Zebrał w sobie dech tych wszystkich nieostrożnych, nieświadomych kmieci, których w popołudniowej drzemki porze ongiś tłamsił i gnał dalej w nieznane. Wyskoczył zza zakrętu i znów przeklął w duchu swój zgubny pośpiech.

Odyniec stał naprzeciw niego ani drgnąwszy. Był olbrzymi i pojawił się tak niespodzianie, że dusiołek nie był pewien, co tak naprawdę ma przed sobą. Postanowił nie ryzykować.

– O wielki panie zaświatów! – niemal zamiótł uszami po leśnej ścieżce. – Daruj moją śmiałość, daj mi wolną drogę, bym mógł służyć twoim przyjaciołom, a wrogom…

– On nie ma przyjaciół – zaśmiał się obcy w podróżnym stroju, wychodząc zza drzewa – No pokłoń mu się raz jeszcze, wielkiemu dziwokowi, który żywi się żołędziami świętego dębu i zapładnia ziemię, ryjąc ją swymi kłami. A może to ów redarski odyniec, który, jak na dworze cesarskim mawiają, w czas wojny z jeziora wychodzi i z pianą połyskującą na białych kłach po borze lata, tarzając się po kałużach – podszedł do dzika, oglądając go – Nie, ten zdecydowanie nie ma piany na pysku.

Dusiołek patrzył się ze zdumieniem raz to na odyńca, raz na intruza, w którym rozpoznał nienawistnego Borutę.

– Wiesz, to nic osobistego, w różne dziwne rzeczy się wierzy. Hindusi na przykład, nazywają dzika Warahą, jednym z, przepraszam za wyrażenie, awatarów Wisznu, który wyniósł ziemię z morskich głębin. Nie pytaj mnie, co to jest, bo tego nawet Hindus ci nie wytłumaczy. Jak się wcielam, to jestem samym sobą, a nie jakimś awatarem siebie. Ale to może kwestia postrzegania. Za to dawni Grecy uważali dzika za narzędzie fatum, o Adonisie pewnie nie słyszałeś? I znów, nie pytaj mnie co to jest fatum, które dziś, w czasach triumfu teorii wolicjonalnej, po cichu zastąpiono wyrokami tzw. Opatrzności, których idei również za bardzo nie pojmuję. Natomiast Normanowie mają dla dzika bardziej utylitarne zastosowanie – otóż nosi on jednego z dziwacznych panów ich świata. A ponieważ jest ze złota, zbyt ruchawy, jak mniemam, nie jest. Ale ten tu, zapewniam cię, to nie jest ani Weles, ani Swarożyc, ani żadne inne bożyszcze tłumów, tylko zwykła włochata leśna świnia. Zawsze zastanawiałem się, skąd tak powszechna jest wśród pospólstwa skłonność do mistycyzmu i poszukiwania czegoś więcej tam, gdzie nic zwykle nie ma.

Dusiołek drgnął. Odyniec popatrzył na niego chwilę, potem na Borutę, wreszcie postanowił się wycofać, nie nawykły do uczestnictwa w tak uczonych dysputach. Jedynie co zrozumiał to żołędzie, ale na te, z tego co wiedział, sezon jeszcze nie nadszedł.

– Wyczułem cię na swoim tropie – wyjaśnił Boruta. – Jak? Powiedzmy, że ogon mnie swędział – uśmiechnął się sardonicznie – A na chrzest aż tak bardzo mi się nie spieszy. Nie patrz się tak, nie będę cię unicestwiał, no może poturbuje trochę… Nie będę do niczego zmuszał. To się właśnie nazywa wolna wola. Oprócz, której oczywiście istnieją, niemniej ważne, tzw. okoliczności. Ale podejmujesz decyzję zawsze sam i na własne ryzyko. Co więcej, mogę ci zaoferować coś co w praktyce się nie zdarza. Coś czego Augustyn z Hippony i inni doktorowie Kościoła usilnie poszukiwali. Dowód wiary. Odpuść sobie pogoń za mną, podejmij pierwotne zadanie, a obiecuję ci że się wkrótce spotkamy iquod erat demonstrandumci dostarczę. A jeśli nie poniechasz mnie śledzić. Cóż wtedy cię zniszczę i nie będę wcale tego żałował.

Odwrócił się i gwizdnął przeciągle, przywołując czarnego rumaka, po czym odjechał, zostawiając dusiołka, z którego całkowicie uszło, trzymane dotychczas wewnętrzną siłą pogoni, powietrze.

XI.

– Wybaczysz mi chyba, że nie byłem na chrzcinach. – Boruta oparł się o drewniane zwieńczenie jednego z okręgów wałów otaczających gniezdeński gród. – Nawet nie zostałem zaproszony.

Zagadnięty z nostalgią wpatrywał się w jezioro. Był niższy i mniej postawny od Boruty. Miał na sobie znoszony habit zakonny.

– Aż tak widać? – zapytał.

– Muszę cię zmartwić. Przeświecasz w ciemności – zakpił Boruta. – Gdzie cię zakwaterowali?

– Z innymi. Na razie przy kneziu, a potem zobaczy się.

– To kiepsko, choć przynajmniej posadzek kamiennych tu nie mają. Ja tam dworzec od knezia wyciągnąć zamierzam na początek.

– Przyszedłeś podrwić sobie?

– Przyszedłem się rozmówić. Prezent widziałeś?

– Widziałem, Jordan się wzburzył, ale na krótko. Kneź obiecał mu, że wszystkich wypuści i jeszcze obdaruje. Nie wyszła ci ta złośliwość i na dobre się obróciła. Choć przyznaję, zaskoczony byłem twoją sprawnością. Skąd żeś tych ludzi wziął?

– A od Żyda okazyjnie nabyłem, co przed chrztem się wymknął z transportem. No, ale patałach daleko nie ujechał. Nie patrz się tak, wolno go puściłem.

– Ten patałach, jak go nazwałeś, przywiózł na Mieszkowi relikwię jego chrzestnego patrona z dalekiej Composteli.

– Znaczy się, nie doceniłem gada – mruknął Boruta. – Na dwie strony działa.

– Słucham? – zapytał rozmówca.

– Na dwie strony działa. Relikwie, owszem, przywiózł, ale przy okazji kalifowi kordowańskiemu doniesie co trzeba. Nie rozumiem, jak możecie współpracować z takimi osobnikami?

– Skłaniać człowieka, choćby złego, do dobrego uczynku, to źle? Stara śpiewka – nie możecie wykorzystywać złych, bo to nie w porządku. A wy co? Kto ojców na pustyni kusił?

– Wiem, że bardziej raduje was jeden grzesznik, co z doskoku wdowie byle grosz rzuci, niż dziesięciu sprawiedliwych. My takich fanaberii nie miewamy – odparował Boruta. – Jeden porządny, stały grzesznik jest przez nas ceniony i dopieszczany. Jeszcze zobaczycie, że ci wasi zaniedbywani sprawiedliwi zostawią was i zwrócą się w naszą stronę. Zresztą zły, powiadasz, cóż to jest zło? Dla nas zło nie istnieje. Jest wolna wola i kwestia takich albo innych suwerennych wyborów. Które przecież oboje uznajemy i które szanować wypada. Reszta to tylko skutki. Weźmy sobie pierwszą lepszą piękną katastrofę, na przykład tę co zniszczyła Pompeje. Zła była? Dla was to może i dobra, bo w większości zginęli poganie. Ale w swojej esencji czy wybuch wulkanu, huragan, zarazę można uznać za złe? Choć rezultat dają znaczniejszy niż niejeden morderca. Powiedz mi, czy Pierwszy Byt odpowiada za nie? Aha, zapomniałem, że to temat niezręczny. To powiedz może czy same skutki są złe, skoro przyspieszają jedynie nieco zmianę wymiaru istnienia? Ludzie, gdy oskarżają się o zło, zwykle nie mają perspektywy. A wy im tę perspektywę raz skracacie, szepcząc – zły, zły, zabójca, bandzior jeden i zbrodzień, a kiedy wam wygodnie – poszerzacie, ucząc cóż, że w ogniu spłonął, że go woda poniosła, że choroba zeżarła, gdy on teraz w lepszym szczęśliwszym świecie się znajduje. Powiesz mi zaraz, że intencja się liczy. Że burza bezrozumna, to i jej nie winić nie można, ale gdy człowiek zło wybiera… A czy on rzeczywiście zło wybiera? Gdzie jest granica między złem a dobrem? W świadomości skutków, w ich ocenie, w tradycji i przyzwyczajeniach? Dać ludziom wolną wolę, ale ją ograniczyć szeregiem kruczków. Tego robić nie będziesz, tamtego też nie. Oto wasza dobroć. Winić ludzi, że podejmują wybory.

– My nie oceniamy ludzi – zaprzeczył ten drugi. – Pomagamy im jedynie utrzymać równowagę, zbliżyć się do doskonałości.

– Nie zanadto jednak – skrzywił się pogardliwie Boruta.

– Budować wspólnotę opartą na miłości…

– Zawsze stawiałem na indywidualistów.

– Która mimo potknięć może liczyć na miłosierdzie i łaskę.

– Zatem piekła nie ma? To co ja tutaj robię? Dla mnie jesteście piewcami zła, po to tylko by móc im wybaczać.

– Zbyt zbaczasz z tematu. Skoro zło i dobro to dla ciebie sztuczne twory, cóż ci ten Jakub przeszkadza?

– Hypokrites – odparł Boruta. – Nie jest sobą. Czuję jednak, że nie chcesz podjąć dyskusji. Widać żeś drogą zmęczony. Ja się przynajmniej rozerwałem. I to parę razy.

– Kusiłeś?

– Tam kusiłem. Nie bardziej niż wy. I nie na taką skalę.

– Jak to my?

– Myślisz, że nie wiem. Przysyłacie tu magików aby oczarować ludność.

– Magików?

– Wystarczy, że ktoś umie pisać i czytać. To już jest magia, jak na tutejsze warunki. Jest jeszcze magia agronomiczna, w wyniku której puszcza czy mokradła zamienią się w rolę. Jest magia uzdrowicielska, uprawiana w oparciu o zakonne herbaria. Jest i magia rytualna, wabiąca nowym, bogatym obrządkiem. Nieuczciwa konkurencja. I co ja biedny mogę przeciwstawić tej całej waszej magii? Tylko zwykłe, dobre słowo – Boruta położył nacisk na „dobre”, okraszając je sobie właściwym uśmiechem.

– Czego ode mnie chcesz? Posady przy kniaziu ci nie załatwię. Nie masz odpowiednich referencji.

– No, brawo, brawo i o to chodzi. Humor ci się wyostrza w tym rześkim północnym powietrzu. Protekcji nie potrzebuję. Chodzi o to by przez jakiś czas byśmy sobie w drogę nie wchodzili. Nie bój się, nie planuje jakiś większych pokus. I tak masz wystarczająco dużo roboty. I to, że tak powiem, także we własnym gronie.

– Co masz na myśli?

– Będąc w drodze do Czech, przypadkowo całkiem, usłyszałem rozmowę między niemieckimi mnichami tutaj wraz z Dobrawą wysyłanymi. Wyrażała idee realizacji zbożnego celu nawrócenia tutejszych Słowian. Nieco inne, jak mniemam, niż plany knezia Mieszka, a nawet tego tam Jordana. Z tego co zdołałem zrozumieć Otto zamierza utworzyć arcybiskupstwo w Magdeburgu i podporządkować mu wszystkie nowo nawracane ziemie za Łabą, przy okazji wiążąc je z nowo upieczonym cesarstwem. Wszelkimi dostępnymi środkami. Jako znawca właściwie ocenisz te intencje. Ja, jak ci wskazałem, w to się nie mieszam. Tak między nami wolę być jednak rezydentem w niezależnej dziedzinie, niż w jakiejś zapyziałej prowincji germańskiego imperium.

– Którzy to mnisi? Pomówię z nimi, wybadam czy szczere serca mają.

– Ehm… Niestety w tym wymiarze rzeczywistości jest to niewykonalne. Mieli mały wypadek na niebezpiecznych askiburgijskich bezdrożach. Ale usłyszałem imiona ich pobratymców, którzy mieli oddzielnie tu przybyć. Z tymi oczywiście pomówić możesz. Jeżeli przybędą. No, tyle ci chciałem przekazać. Pożegnamy się chyba po świecku, żeby jeden drugiego nie urazić. Jakby co – pomyśl ciepło o mnie. Podejdę, gdy będę w pobliżu.

Boruta machnął ręką na pożegnanie, zszedł z wału i opuścił bramę grodu, przechodząc niepostrzeżenie pomiędzy rosłymi strażnikami. Działalność na nowym miejscu postanowił rozpocząć od podstaw. Na przykład od osad na podgrodziach, gdzie niechętnie docierają mnisi. Na dwór i otoczenie knezia jeszcze przyjdzie czas. Gdy wzniosła czystość chrztu przeminie, pokryta kurzem codzienności. Zza którego, gdzieś tam na horyzoncie, wraz z zachodzącym słońcem, ukażą się cesarskie, żelazne kolumny.

(…)

Reklamy