VII.

Deszcz lał bez przerwy i do nabrzmiewającej wodą ziemi sączyła się groźba powodzi. Krzepka postać w wojennym stroju kiwała się sennie w siodle. Zaczęło padać jeszcze tej nocy, kiedy dotarli do Zunigrodu, witani jako mimowolni wybawcy miejscowej ludności z błoniastych łap żmija. Najwięcej podziwu budziła odwaga mnicha, który jednak po starciu ze stworą, czy to z przeżytych doznań, czy z jakiś niedostrzegalnych ran, zaczął słabować. Rycerz Janosz po naradzie z towarzyszącymi mu duchownymi postanowił nie narażać dzielnego mnicha na trudy dalszej wędrówki i pozostawić go pod opieką wdzięcznych zunigrodzian, którzy zaoferowali się dać mu, gdy już wydobrzeje, przewodnika znającego szlak do Gnieżdża. Następnego dnia z rana kolumna czeskiej księżniczki ruszyła w dalszą drogę, a Janosz, na pożegnanie z leżącym w niemocy zakonnikiem, zostawił mu na wszelki wypadek do pomocy jednego z wojów, który, jak twierdził, łacinę znał, tylko nie umiał mówić w tym języku. Późnym wieczorem, dość niespodziewanie woj ów opuścił jednak osadę i nie niepokojony przez nikogo, zniknął w skrytym za ścianą ulewy borze. Zbrojny jechał całą noc, nie przyspieszał jednak konia, nie chcąc zbyt odstawać od wyprzedzającego go orszaku, ani też za bardzo się do niego zbliżać. Zastanawiał się, co cni mieszkańcy Zunigrodu zrobią, gdy w miejsce chorego mnicha znajdą silnego czeskiego wojaka. Silnego wojaka o słabiej głowie – poprawił  się. Ale  przecież każdy ma swoją słabość. Ciekawe czy się z nimi dogada swoim śmiesznym południowym dialektem i czy będzie potrafił się wytłumaczyć, czemu jest nagi, niczym męska rusałka w noc kupalną, no i gdzie jest zakonnik, którego miał pilnować. Ciekawe czy w ogóle zechcą go słuchać. Wędrowiec był pewien, że nie zechcą i, że wybiorą, jak zwykle, najłatwiejsze wyjście, spławiając Czecha Baryczą, hen do Odry. I zrzucą wszystko na karb zdrady wojaka, trudnych warunków na drodze, tudzież interwencji sił nadprzyrodzonych. Jeździec powinien z tego powodu odczuwać wyrzuty sumienia, jednak przypadłość ta była mu zupełnie obca i całkowicie niezrozumiała. Odczuwał za to ulgę, że mnich zniknął i nikt się nie dowie, co go naprawdę spotkało. Uwolniwszy się wreszcie od habitu, podróżny przebijał wzrokiem nieprzejrzyste powietrze, ciekawie rozglądając się na boki.

Za Baryczą ciągnęło się już władztwo Mieszkowe. Osady, choć rzadkie, jak niewielkie, smolne plamy na olbrzymim ciele puszczy, były tu bardziej czyste i porządne niż na Śląsku. Śląsk wydawał się przy nich ziemią niczyją, zawieszoną pomiędzy granicami państwa Gnieżdże a Czechami, z mieszkańcami nie dbającymi o przyszłość, bo jej niepewnymi. Najstarsi z nich obawiali się germańskich Silingów i Wandalów, którzy, jak twierdzono, kiedyś tu żyli, i kiedyś jeszcze wrócą. Młodsi, niczego się wprawdzie nie bali, ale też nie przejmowali niczym. W państwie Gnieżdże było inaczej. Było młode, prężne, może nie tak imponujące jak sąsiednie, cesarstwo, ale na pewno mniej zdziadziałe. Tak to sobie przynajmniej wyobrażał przybysz, dla którego państwo Ottona, choć rozległe i potężne, stanowiło w gruncie rzeczy popłuczyny po monarchii karolińskiej. Trakt skręcał teraz na północny wschód, na Krobię i Zrem. Deszcz przestał na moment padać, przynajmniej gdzieś tam w niebiosach, bo tu na dole sączyły się wciąż z drzew zatrzymane w połowie drogi krople. Ale mimo to, wprawne ucho konnego wędrowca wyłowiło inne, obce odgłosy. Odgłosy uderzania skóry o skórę. Rzemienia o ciało. Przed jeźdźcem otwierała się niewielka polanka, na której pod samotnym drzewem kuliło się kilkanaście postaci. Nad nimi stały dwie postacie z mieczami u pasa, z których jedna ściskała w ręku bicz. Obok, na niewielkim wozie siedział niski człowiek z siwiejącą brodą i spożywał coś z namaszczeniem. Na widok nadjeżdżającego, uzbrojonego męża jeden ze zbrojnych, ten bez bicza, wyciągnął miecz i zastawił się nim. Konny nie sięgnął jednak do broni.

– Salam alejkum – odezwał się półgłosem, zwracając się do jedzącego, który omal się nie zakrztusił.

– Alejkum sal…

– Z nimi też pokój – ciągnął po arabsku nieznajomy, wskazując na eskortę równie oszołomioną jak człowiek na wozie. – I z nimi także – skinął ku siedzącym pod drzewem, związanym ludziom. – Każ swoim opuścić broń, bo często nie doczeka wieczoru ten, kto się rankiem budzi z mieczem w ręku.

– Panie, ja jestem poczciwy sefardyjski Żyd w podróży… – wyjąkał brodacz na wozie.

– Poczciwy to znaczy handlujący ludźmi?

– Nie, panie, ja nie….przecież Meszko chrzczony teraz będzie, nie wiecie… jego poddani też – spojrzał niespokojnie. – Ej, szkoda, to szkoda bo rozległy to kraj… – łypnął porozumiewawczo, badając reakcję rozmówcy, który jednak ani drgnął i kontynuował.

– Szkoda, bo nie można kupczyć chrześcijanami? Ja znam dość dobrze fach kupiecki, ale nigdy nie tarżyłbym się z człowiekiem o bliźniego jego. Choć trzeba przyznać, przykazanie zachowujesz. Nie będziesz pożądał żony bliźniego twego, ani jego niewolnika, ni jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego. A ty przecież nie pożądasz, tylko uczciwie i na chłodno kupujesz – zadrwił.

– Uczciwie, zawsze uczciwie – zapewnił Żyd.

– Widzę, bo masz otwarte i szczerze spojrzenie. Na tyle szczere, że postronni nie zwracają uwagi, iż twe oczy nie należą wyłącznie do ciebie, lecz także, a może przede wszystkim – do kordowańskiego kalifa.

– Gdzie tam, ja zwykły tułacz jestem… wieczny…

– ,,Zamieszkują oni krainy najbogatsze w obszary zdatne do zamieszkania i najzasobniejsze w środki żywności. Oddają się ze szczególną gorliwością rolnictwu i poszukiwaniu środków do życia, w czym przewyższają wszystkie ludy północy. Handel ich dociera lądem i morzem do Rusów i Konstantynopola” – zacytował przybysz, ku przerażeniu Żyda, który sięgnął za siebie, szukając mimowolnie czegoś.

– Nie bój się – uspokoił go nieznajomy – nie będę cię pytał, skąd masz informacje o ilości wojska i jego oddziałach. Z pewnością tak jak tych tu uczciwie kupiłeś.

– O, tak, panie…

– Zatem i uczciwie ich sprzedasz.

– Ich?

– No, ich – po co masz się wlec z nimi wszystkimi przez Śląsk i góry do Pragi, gdy chętnie odciążę cię od tego balastu. Za godziwą cenę. Mądry tyś człowiek i pewnie, równie jak ja, uważasz milczenie za kruszec obiegowy. A, że przy okazji, milczeniem na temat tej wymiany, żaden z nas nie zgrzeszy, to chyba tak samo istotna dla ciebie sprawa.

Popatrzył uważnie na Żyda.

– Zastanawiasz się pewnie czy jest inne wyjście. Ułatwię ci sprawę. Posłuję do Mieszka na ślub z Dobrawą i kneź mnie oczekuje. Stację w każdym grodzie zgłaszam. Nie dojadę, będą mnie szukać. Może nie znajdą, bo puszcza szeroka… Oczywiście przy założeniu, że tych dwóch da mi radę, a reszta, nie doceniając twojej uczciwości i bogobojności, nie skorzysta z sytuacji i nie rzuci im się na plecy. Stoi? Aha, pozostałe rzeczy możesz sobie zatrzymać te na wozie, te za pazuchą i te zaszyte w pasie.

To ostatecznie przeważyło szalę i kupiec przestał się wahać.

– Co z nimi zrobisz?

– To już moja rzecz. Jeszcze jedno, ich też biorę – wskazał na obu zbrojnych. – Przetłumacz, że zapłacę w dwójnasób. Tylko uczciwie, bo kłamstwo potrafię wyczuć.

Żyd spojrzał markotnie na nieznajomego, ale nie zaryzykował i na miarę swoich możliwości, pomagając sobie w krytycznych momentach rękoma, z trudem przetłumaczył. Następnie patrzył, jak jeździec podnosi skinieniem jego ludzi i zawraca z powrotem w stronę Gnieżdża. Na pożegnanie poklepał Żyda protekcjonalnie po plecach, oszczędzając mu szyderczego: salam alejkum i odjechał stępa. Sefardyjski handlarz i zarazem agent kalifa Kordowy, tłumiąc złość sięgnął ponownie po kęs suszonego mięsa. Nagle zorientował się, że nasiąka ono wodą. Deszcz znów zaczął padać.

VIII.

Rozpogodziło się wreszcie i dusiołek wylazł spod rozłożystego buka na grząski grunt gościńca. Nie lubił wilgoci i deszczu, preferował raczej duszne, upalne klimaty. Otrzepał swoje zmoczone cielsko i pomaszerował dalej. Puszcza urywała się nagle i wypadała na rozległą polanę, z której dochodziły odgłosy zbiorowego sapania i stukania rydlami. Dobrzy kmiecie z Zunigrodu kończyli właśnie zakopywać nagiego wojaka żywcem na przedpolu osady. Byli zmęczeni, bo i rydle były toporne, i Czech dość spory. Starszy wspólnoty sapał najgłośniej, choć ominęło go z racji powagi funkcji wymachiwanie narzędziami. Jak tłumaczył pozostałym, przytłaczało go jednak myślenie, jak zabezpieczyć dobro ogółu na wypadek zapytań o los zakonnika i wojaka czy to ze strony knezia Mieszki, czy Srogiego Bolesława. Zunigród, póki co, utrzymywał niezależność, balansując, nie bez zasług i talentu swojego przywódcy, na krawędzi obu tych sąsiednich dziedzin. Udawało się również na razie zachować najlepszy z możliwych ustrój demokracji wiecowej, o którego fasadę starszy osady, wybrany przed dwudziestu lat w równym, gromadnym głosowaniu, dbał jak o fasadę własnego domostwa. Bo, jak się nauczono go w szkole życia, i tak na pozostałe ściany nikt zwykle uwagi nie zwracał. Teraz miał do rozstrzygnięcia dwie kwestie. Kto lub co trafiło pozostawionego im pod opiekę mnicha i dlaczego winny był czeski wojak, który właśnie niespodzianie zniknął. I, gdy tak, przymknąwszy powieki, rozważał wszystkie rozwiązania, szukając najbardziej prawdopodobnego, usłyszał krzyk stojących przed nim pobratymców. Podniósł wzrok i powiedział z ulgą:

– Niebiosa są nam dziś łaskawe.

Dusiołek wyrywał się bezskutecznie, plując sobie w brodę, za swą nadmierną ciekawość, która kazała mu zbytnio się zbliżyć. Dał się podejść jak brzeginka po kąpieli. Otarli mu pysk i postawili przed starcem, który, sądząc po długości kostura, albo miał ukryte kompleksy, albo był rzeczywiście kimś ważnym.

– Oto sprawca całego nieszczęścia – oznajmił starszy.

– Znaczy się, że przez niego zakopaliśmy tego Czecha? – spytał jeden z kmieci.

– Tak. Udaje, że nie wie, o co chodzi, ale to on. Jego widziałem, jak w noc zniknięcia cudzoziemca wymykał się z ciężkim workiem chyłkiem z osady.

Dusiołek chciał zaprzeczyć, wytłumaczyć, że on nie porywa ludzi jak jakaś szurnięta mamuna, ani nie czatuje w ciemności jak zwykły, prostacki babok, tylko zwyczajnie rzuca się na nich i dusi. I to zazwyczaj za dnia. Domyślał się jednak, że nie ma to większego sensu, bo jak ludzie na coś się uprą to nic, nawet rozumne argumenty, ich nie przekona. Nasłuchiwał, czekając na moment sposobny do szybkiego oddalenia się w nieznanym kierunku. Mówili coś o tym czarnym, który ze żmijem stawał i którego wąpierz uważał za usuniętą przeszkodę. Teraz okazało się, iż starcie przetrwał i zniknął. Dusiołek, nie wiedzieć czemu na przekór zunigrodzkiej gromadzie był pewien, że miał się dobrze, co dla samego dusiołka źle rokowało. Musiał się jakoś wydostać i dorwać tego Borutę.

– Zabijemy go czy pochowamy żywcem? – zagadnął starszego osady jeden z kmieci.

– Znam lepsze wyjście – odrzekł zapytany. – Musimy pokazać innym, że znaleźliśmy sprawcę. Będziemy go gonić z krzykiem…

– Po co gonić skoro go już żeśmy złapali? – nie zrozumiał młodszy kmieć.

– Będziemy go gonić z krzykiem do następnej osady – wyjaśnił starszy. – A ta osada do następnej…

– I dokąd tak?

– Aż do Gnieżdża, gdzie go pochwycą, uznają winnym i ze skóry obłupią.

– A jeśli wcześniej zatknie się i padnie?

– Co ma paść? Dawajcie mu odpocząć co jakiś czas, to i nie padnie.

– A jeść mu dawać? Bo mizerny taki…

Przywódca zastanawiał się przez moment.

– Nie więcej niż raz dziennie do syta, tylko pilnować, żeby naprawdę nie nawiał.

Nachylił się nad swoimi, by ustalić ostatnie szczegóły.

Dwa kwadranse później dusiołek biegł. Kmiecie trzymali się za nim na przyzwoitą odległość trzech wyciągniętych wideł. Błoto pryskało spod płaskich stóp dusiołka, który postanowił pokazać, że się nie da i od początku narzucił ostre tempo. Minęli pierwszy bór za brodem, potem drugi i trzeci. Równie rozległe.

– Ej ty, poczwaro! Przerwa na posiłek. – wykrztusił któryś z kmieci, mimowolnie zwalniając. – Stawaj, bo i tak cię dogonimy.

Dusiołek nie dysponował może imponującym bagażem doświadczeń z takich sytuacji, nauczył się jednak jednej rzeczy – nie wierzyć ludziom. I teraz pędził jak oszalały, nie reagując na okrzyki goniących.

– Z łuku go, z łuku! – usłyszał z tyłu i ponieważ nie miał ochoty przypominać jeża, przyspieszył jeszcze, zagłębiając się w kolejny szeroki pas puszczy. Nie słyszał już, jak kłócą się w biegu, kto ma go ustrzelić i nigdy się nie dowiedział, jak zakończyła się ta kłótnia. A skończyła się na tym, że druga połowa kmieci, która nie obraziła się, nie odwróciła na pięcie i nie zawróciła do Zunigrodu, w przeprowadzonym naprędce losowaniu wyłoniła szczęśliwego strzelca tylko po to by stwierdzić, że ścigany rozpłynął się w powietrzu.

– Czary – stwierdzili zunigrodzcy kmiecie, którzy w nieszczęściu potrafili być wyjątkowo zgodni.

Gdyby dusiołek o tym wszystkim wiedział, z pewnością by zwolnił, nie oglądałby się bez potrzeby za siebie i nie władował przez to na wąskim zakręcie gościńca na nadjeżdżający z naprzeciwka wóz z przygarbionym człowieczkiem, który smętnie szarpał swoją brodę, choć ożywił się nieco na widok wpadającego na niego dusiołka.

– No, tak, pewnie, weź wszystko to, co mi pozostało – biadał po swojemu Żyd. – Tamten ukradł mi moje zapiski, choć taki uczciwy się wydawał. Ten weźmie resztę, oby mi życie tylko zostawił. Czym jam ci zawinił, Panie, czym ci zawinił? Co mnie podkusiło do tego nędznego kraju na krańcu świata jechać i jeszcze w miarę przyzwoicie o nim pisać…

Dusiołek oczywiście niewiele z tego zrozumiał. Dlatego wstał, otrzepał się i popędził dalej, zostawiając handlarza z dalekiej Kordowy z jego osobistymi rozrachunkami z Najwyższym.

IX.

Osobnik nazywany przez dusiołka z nieludzkim uporem Borutą był tymczasem już hen za Krobią i kierował się na Zrem. Mimo, iż zatem dusiołek, ścigany przez dobrych kmieci z Zunigrodu nadrobił nieco odległości, nie był w stanie dogonić tajemniczego cudzoziemca, nie mówiąc o poprzedzającym go orszaku. Ten zaś jechał sobie spokojnie samowtór z wierzchowcem i zastanawiał się, jak kneź Mieszko zareaguje na prezent, jakim go z okazji chrztu obdarzył. Niewolników posłał przodem w eskorcie obu najętych zbrojnych, rozstając się z nimi bez żalu. A zwłaszcza z jednym, rosłym i jasnowłosym, który z przerwami na zaciągnięcie powietrza wrzeszczał „aw Dansk”, „w Dansk” czy coś w tym stylu, kreśląc w powietrzu znak krzyża, co drażniło bardzo beznamiętnego zwykle jeźdźca. Na przedzie zamajaczyła jakaś poręba z gospodarstwem, które dawało nadzieję na zasłużony odpoczynek w podróży, zwłaszcza, że znów siąpić poczynało. Wędrowiec, no dobrze, niech będzie Boruta, skoro orientalna wersja imienia w miejscowych warunkach się nie przyjęła, któremu moknięcie w siodle dosyć się już znudziło, zsiadł z konia i zapukał do drewnianych drzwi domostwa. Otworzyła mu zmierzwiona głowa z kopą bezładnych włosów zakończona jeszcze mniej ciekawym tułowiem. Boruta sięgnął po podniszczony pergamin zatytułowany po łacinie: „Rozmówki słowiańskie”, którym zajmował sobie wolny czas po drodze.

– Daj, ut ty pobrusia, a ja pociwam – rozpoczął.

Gospodarz spojrzał groźnie.

– Dyć, panocku, ja z ze szlaku, zdrozon, ze hej! – poprawił się przybysz, który opanował wprawdzie podstawy, nie przebrnął jednakże jeszcze przez gąszcz idiomów i lokalnych odmian. No i potrzebował praktyki.

Kmieć podrapał się po głowie.

– Zawołam żonę, ona trochę mazurzy.

– Stację mi dawać kmiotki, bo inaczej z kneziem do czynienia mieć będziecie! – trafił wreszcie Boruta, bo drzwi rozchyliły się szerzej i bardziej gościnnie.

Kmieć wskazał przybyszowi miejsce przy stole. Honorowe, bo jedno jedyne. Zawołał żonę, jak się okazało, wyłącznie po to by zaraz odesłać ją do kuchni. Gość zdołał jednak zauważyć, że w zestawieniu z gospodarzem wypada niezwykle atrakcyjnie. Jej małżonek zaczął krzątać się po izbie, zapalając kaganek i przynosząc gliniane naczynia. Te, choć dość nieforemne w kształtach, Boruta wolał od srebrnych, nie mówiąc już o cynowych, gdyż nie dzwoniły nieprzyjemnie o zęby w momencie nieuwagi biesiadnika. W oczekiwaniu na warzoną gdzieś tam za ścianą strawę bacznie lustrował wnętrze chaty.

– A to co? – zapytał, patrząc na wypełnioną czymś miskę na skraju światła, które kończyło się nagle półkolem przed ciemnym kątem.

– To dla uboża, łaskawy witeziu – wyjaśnił gospodarz.

– Dla uboża?

– Ano uboża, bożątka naszego opiekuńczego.

Przybysz wstał i kopnął miskę.

– To jak? Kneź się dla was chrzcić będzie, kapłanów sprowadza, a wy tu gusła odprawiacie!

Boruta oświetlił bezlitośnie kagankiem ciemny dotąd kąt. Ubożę stanęło zdezorientowane, uchwycone w obręcz znienawidzonej jasności.

– Widzicie tutaj jakieś ubożę? – zapytał bezczelnie Boruta.

– No, nie… – przytaknął gospodarz – ale mogło na strychu się schować.

– I to akurat wtedy, gdy was tam nie ma.

– Tak, bo, widzicie, ono jest bardzo wstydliwe…

– Akurat – warknął Boruta. Chwycił drabinę i wgramolił się na strych. Zaczął kłuć mieczem po strzesze, otwierając kolejne snopy światła.

– No i gdzie jest? – zakończył.

Gdy wrócił na dół, uboża nie było.

– To jak kmieciu? Ja tu z ramienia knezia jestem i karę za zabobon wymierzyć muszę.

– Pomiłujcie, jasny witeziu! Może się jakoś po dobrej woli rozmówimy.

– Przekupić mnie chcecie?

– Gdzieżby tam, łaskawco, gdzieżby tam.

– Dobrze, to zrobimy tak. Wina mi dajcie.

– Wina? – skrzywił się gospodarz.

– Trunku mocnego jakiegoś.

– Miodu?

– Jeśli w głowie zaszumi. A potem w try miga za pokutę do Gnieżdża się wybierzecie, na te chrzciny co to je kneź właśnie odprawia. Wracać z powrotem na kolanach będziecie, cobyście należnej pokuty dopełnili.

– Dziękuję, jasny witeziu. – kmieć zamiótł czapką i zwinął się z izby. Boruta patrzył, jak żegna się z żoną, odchodzi i niknie za ścianą boru. W końcu roześmiał się zadowolony. Rozejrzał się za żoną gospodarza, ale ta gdzieś się zapodziała. Nie znalazłszy jej w chałupie, wyszedł na podwórze. Deszcz przestał ostatecznie padać i wyszło słońce. Kobieta szła w dal pod las i zniknęła w skleconej z desek szopie, uszczelnionej jakimś zielonkawym mchem. Po chwili z szopy zaczęła wydobywać się para. Boruta wpadł do środka.

– Mogłem się domyślić – mruknął. – Łaźnia. Tylko taka ichnia.

Siedząca w chatce niewiasta w uroczym negliżu krzyknęła.

– Wiem, że jesteś prosta, i skromna, i wstydliwa. – powiedział do niej stojący w wejściu nieznajomy po łacinie. – Przejrzałem rewelacje ibn-Jakuba. No i nie zadajesz się pewnie z nieznajomymi.

Ładną chwilę potem w niebo buchnęły kłęby pary, a wędrowiec pomyślał, że ten przeznaczony mu kraj, choć daleki, ani tak zupełnie dziki, ani nieprzyjazny nie jest.

(…)

Advertisements