Z przeprawy przez Dunaj, pod Tullnem. 09.09.1683 r. rano o piątej.

Myśmy dzień wczorajszy tu strawili na nabożeństwie, gdzie nam dawał padre Marco d’Aviano benedykcję, umyślnie tu przysłany imieniem Ojca świętego. Komunikował nas z rąk swoich, mszę miał i egzortę niezwyczajnym sposobem, bo pytał: „Jeśli macie ufność w Panu Bogu?” i odpowiadaliśmy mu wszyscy, że mamy. Potem kilka razy kazał ze sobą mówić głośno: „Jezus Maryja, Jezus Maryja”. Mszę miał z dziwnym nabożeństwem – prawdziwie to jest człowiek złączony z Panem Bogiem, nie prostak i nie bigot. Był u mnie na tamtej stronie Dunaju na audiencji więcej niż pół godziny; powiadał co mówił z cesarzem prywatnie, jako przestrzegał, napominał, pokazował, dlaczego Pan Bóg te tu karze kraje. Na wojnę mu samemu iść ani się tu zbliżać nie kazał.”

List powyższy pisany był w czwartek, dzień po nabożeństwie w święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny, którą w XVII stuleciu zaczęto nazywać Królową Korony Polskiej, dwa dni po przeprawie przez Dunaj, a trzy dni przed bitwą wiedeńską 12 września 1683, która wypadła w niedzielę, w święto Najświętszego Imienia Maryi. Autorem korespondencji jest oczywiście król Jan III Sobieski, a adresatką jego Marysieńka – królowa Maria Kazimiera. Piszę o tym, bo za trzy dni 330-rocznica odsieczy Wiednia, a pierwszy wątek wiedeński „okołosudecki” związany jest z obrazem, który znajduje się obecnie w bocznej nawie kościoła Sancta Maria in Arena to jest Najświętszej Marii Panny na Piasku we Wrocławiu. Matka Boska Hetmańska, zwana też Rycerską, albo, od czasu bitwy pod Wiedniem – Zwycięską to barokowe malowidło z początku XVII wieku, które Stanisław Jabłonowski, hetman wielki koronny, woził ze sobą na wyprawy wojenne przeciw Turkom, w tym także pod Wiedeń, darząc szczególną czcią. Hetman wstawiennictwu Maryi przypisywał ocalenie w czasie jednej z potyczek z Tatarami na Podolu. Obraz uważano w I Rzeczypospolitej za łaskami słynący, co potwierdziła w roku 1737 kościelna komisja. Znajdował się on wówczas w dobrach Jabłonowskich w Mariampolu, po II wojnie światowej trafił na obecne miejsce.

Sam Sobieski, który w pochodzie na Wiedeń zatrzymał się w sanktuarium w Piekarach Śląskich (a wcześniej, pod koniec lipca był na Jasnej Górze), tuż przed bitwą otrzymał wizerunek Maryi. Malowidło przedstawiające Matkę Boską Loretańską znaleziono w spalonym przez Turków pałacu na przedpolach Wiednia. Król Jan pisze o nim w liście z 17 września do Marysieńki tak: „obraz tu jeden cudownym dość sposobem dostał mi się”. Mniej oszczędny w słowach jest podstoli latyczewski, imć pan Mikołaj Dyakowski, relacjonując: „w tym wykopują obraz Najświętszej Matki Niepokalanego Poczęcia, arkuszowy, na płótnie malowany, w trąbkę zwiniony (…), który, gdy przyniesiono do Króla, a Król go rozwinął, z wielką weneracyją pocałował go”, a na drugiej stronie płótna miał znajdować się napis: „Erit Victor Joannes”. Dzień przed samą bitwą, w sobotę, ustalono hasło dla polskich oddziałów: „W imię Panny Maryi, Panie Boże dopomóż”.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Obraz Matki Boskiej Hetmańskiej w kościele na Piasku

Drugi wątek sudecki wiąże się oczywiście z trasą pochodu wojsk polskich pod Wiedeń, która przebiegała podnóżami Sudetów Wschodnich. W dniu 25 sierpnia 1683 król Jan dotarł do Opawy by w dniu następnym przebyć drogę do Ołomuńca. Z Opawy pisał do małżonki: „lud tu niewymownie dobry i błogosławiący nam: kraj cudownie wesoły (…) dziś na noc idziemy jeszcze trzy mile ztąd, pod same Morawskie góry”. Główne siły pod komendą hetmana Jabłonowskiego ciągnęły z tyłu. Trzeci wątek wiąże się z osobą pana na zamku Gryf, hrabiego Krzysztofa Leopolda von Schaffgotsch (fundatora kaplicy na Śnieżce), wcześniej dyplomaty habsburskiego przy dworze polskim, który w lecie 1683 roku został desygnowany jako plenipotent cesarski do pomocy idącemu w sukurs Wiedniowi przez Morawy Sobieskiemu. Co ciekawe, wierny Habsburgom Krzysztof Leopold był synem Hansa Ulryka, który za spisek z Albrechtem von Wallensteinem przeciwko cesarzowi w roku 1634 został aresztowany i stracony rok później w Ratyzbonie, co skończyło się konfiskatą większości dóbr rodowych Schaffgotschów. Za usługi przy odsieczy Wiednia król Jan obdarował hrabiego Krzysztofa Leopolda m.in. zdobyczną szablą turecką, zdobioną bogato kością słoniową i klejnotami. Na marginesie, związków Sobieskiego ze Śląskiem warto wspomnieć podróże lecznicze do cieplickich wód jakie odbyła w roku 1677 siostra króla Katarzyna, wraz z małżonkiem Michałem Kazimierzem Radziwiłłem oraz, w roku 1687, sama królowa Marysieńka, którą król Jan wieścią o rzekomej chorobie zmusił do przerwania pobytu i wyjazdu.

Obelisk przy "Autostradzie" Sudeckiej

Obelisk upamiętniający odsiecz Wiednia – w południowej części ziemi kłodzkiej

Wracając do odsieczy Wiednia – oblężenie miasta trwało od 14 lipca 1683 roku, a licząca ok. 16 tys. żołnierzy załoga przez prawie dwa miesiące opierała się wielokrotnej przewadze Turków, którzy obok artylerii wykorzystywali swoje doświadczenie w inżynierii wojskowej – system podkopów zbliżał się nieuchronnie ku głównym bastionom miasta. Armia sojusznicza, w której wojska Sobieskiego liczące dwadzieścia kilka tysięcy żołnierzy stanowiły około jedną trzecią, musiała od wspomnianego Tulln pokonać wzniesienia i bezdroża Lasu Wiedeńskiego, przy czym najtrudniejszy teren mieli maszerujący na prawej flance Polacy. Przeciągnięto przez nie 28 polskich armat. Dyakowski, autor diariusza wiedeńskiej okazji, przekazuje, że Sobieski kazał pojmanemu szpiegowi tureckiemu, Wołoszynowi z pochodzenia oznajmić wielkiemu wezyrowi, że w niedzielę osobiście stawi się na śniadanie, na co wezyr kazał nieszczęśnikowi uciąć głowę. Z oblężonym Wiedniem król komunikował się przez naddunajskich rybaków oraz kurierów, którzy w przebraniu przekradali się przez tureckie linie. Byli wśród nich Franciszek Kulczycki i Jerzy Mihajlović – tego ostatniego Turcy niestety złapali przy kolejnej zuchwałej próbie przejścia przez obóz. W sobotę, po dotarciu na wzgórza Lasu Wiedeńskiego – Kahlenberg i Leopoldsberg, gdy wojska znalazły się w polu widzenia z miasta, użyto też sygnalizacji racami świetlnymi – Wiedniu odpalano je z wieży katedry św. Szczepana. Noc była niespokojna, dowódca obrony Wiednia – Starhemberg na widok odsieczy kazał palić ze wszystkich dział. Przed świtem 12 września zebrano wojska i odprawiono Msze święte. Drugą celebrował Marco d’Aviano, a w wojsku była taka ochota, że, jak podaje Dyakowski, zamiast słów Ite, missa est na zakończenie nabożeństwa usłyszało Vinces Joannes, na co pobożny kapucyn dosyć się zagniewał.

***

Kiedy odprawiano mszę walka już trwała. Na lewym skrzydle, drogą od Klosterneuburga w kierunku Wiednia, wzdłuż Dunaju posuwały się powoli oddziały cesarskie i saskie pod wodzą księcia Karola Lotaryńskiego wsparte przez posiłkową jazdę Hieronima Lubomirskiego. Przeciw nim rozwinęli się janczarzy Ibrahima paszy, ostrzeliwując się zza przeszkód terenowych. Obie armie były zbliżone liczebnie – sprzymierzeni dysponowali ok. 65 000 żołnierzy, Turcy – 70-80 tysięcy, jednakże rozwinięcie sił odsieczy utrudniały doliny i tereny winnic przecinające zbocza wzgórz. Do południa wojska Lotaryńczyka po zaciętym boju, przy wsparciu ogniowym lekkich dział oraz sporych kłopotach z kontratakami nieprzyjaciela zeszły ze wzniesień i około godziny 13 połączyły się Bawarczykami oraz Frankończykami z centrum dowodzonego przez księcia Waldecka, zatrzymując się na odpoczynek. Turcy tymczasem na widok wychodzących na pozycje na prawym skrzydle wojsk polskich zostali zmuszeni w tamtą stronę przesunąć swoją uwagę i główne siły. Piechota polska i dragonia oczyściła pole dla jazdy. Dość łatwo poszło hetmanowi Jabłonowskiemu z Tatarami, którzy mieli za zadanie oskrzydlić pozycje polskie, ale po krótkim starciu opuścili plac boju. Około godziny czwartej po południu rozpoczął się bój kawaleryjski. Szarżę próbną w kierunku szańca wielkiego wezyra przeprowadziła chorągiew husarska królewicza Aleksandra pod dowództwem porucznika Zbierzchowskiego, krwawiąc się srodze. Według Dyakowskiego obserwujący atak król wyjął relikwie Krzyża świętego i karawakę, żegnając walczących ze słowami: „Boże Abrahama, Boże Izaaków, Boże Jakubów, zmiłuj się nad ludem twoim” (podobnie zachowywał się kapucyn z Aviano, który wzmacniał morale modlitwą , używając słów egzorcyzmu: „Ecce Crucem Domini, fugite partes adversae”). Rozpoznanie bojem na lewej flance wojsk polskich zarządził także hetman polny – Sieniawski. Chorągwie Stanisława Potockiego wróciły ze stratami, straciwszy dowódcę, zaś Turcy postanowili w tym miejscu przeprowadzić główne przeciwuderzenie, które dopiero przy silnym wsparciu ognia piechoty i artylerii, natarciu całej jazdy Sieniawskiego oraz pomocy kirasjerów cesarskich z centrum się załamało. W międzyczasie, wykorzystując zaangażowanie tureckie po drugiej stronie pola bitwy ruszyły ponownie do boju siły Karola Lotaryńskiego, nie napotykając tym razem tak silnego oporu jak rano. Równocześnie nieniepokojona grupa Jabłonowskiego zeszła w dolinę rzeczki Alserbach i rozwinęła szyk bojowy. Około godziny 17 wojska sprzymierzonych utworzyły jednolitą linię, a Sobieski, widząc postępy postanowił kończyć bitwę rozstrzygającą szarżą ponad 20 tysięcy jazdy polskiej i cesarsko-bawarskiej. Na widok pędzących husarzy chorągwie niemieckie wstrzymywały się, podziwiając rozwinięte do ataku chorągwie. Około 18 bitwa była skończona, a obóz turecki w rękach polskich, choć Kara Mustafa z większą częścią armii tureckiej zdołał uciec. Turcy stracili około 10 000 zabitych, kilka tysięcy wzięto do niewoli, po stronie sprzymierzonej zginęło ok. 1500 żołnierzy.

W nocy z niedzieli na poniedziałek, już po udanej odsieczy Sobieski pisał z namiotów wezyra do swojej lubej „Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony, dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe nigdy nie słyszały (…) padre d’Aviano, który mię się nacałować nie mógł, powiada, że widział gołębicę białą nad wojskami się naszymi przelatującą.” Były i akcenty mniej wzniosłe, gdy król Jan dziwował się nad przepychem wezyrskich namiotów – „co zaś za delicye miał przy swych namiotach, wypisać nie podobna. Miał łaźnie, miał ogródek i fontanny, króliki, koty, i nawet papuga była, ale że latała, nie mogliśmy jej pojmać”. Papież Innocenty XI otrzymał list ze słynnym „venimus, vidimus, Deus vicit”.

****

I jeszcze na koniec sięgnijmy do imć pana Paska oraz barwnego języka jego pamiętników, którym opisał swoje wrażenia ze zwycięstwem wiedeńskim związane: „stanęła ta wiktoryja szczęśliwa dnia 12 września rozweseliła wszystko chrześcijaństwo (…) wszyscy tedy katolickiej religiej ludzie byli i są kontenci z tej króla, pana naszego, rezolucyjej, oprócz luteran i kalwinów, bo oni tę wojnę za swoje mieli i Pana Boga prosili, żeby Turcy zwyciężyli, mówiąc, że to in rem ich (…) Byłem wtenczas w Gdańsku; to Pana Boga proszono po zborach, żeby dał zwycięstwo Turkom nad cesarzem”. Pasek dalej opisuje admirację jaką gdańszczanie darzyli wspierającego Turków Tekielego i dowcip jaki, w jego ocenie, udał mu się wielce: „idę raz, a jeden śpiewa; podpiełem trochę i pytam, co to takiego śpiewa, że go tak z pilnością słuchają? Powiedziano, że to nowiny o panu Tekielem, jako cesarza szczęśliwie zwycięża. Usłyszawszy ów, co je śpiewał, że się o to pytam, pokaże mi po niemiecku pisane: „Ja, Mospan, kupić, kupić!” Pytam: „Co za nie? ” Odpowie: „Grosz” Dałem mu. A szło za mną chłopów kupa do gospody, com im miał dawać piniądz. Był jeden frant i mówię mu: „Miły bracie, będziesz miał tynfa, utrzyże zadek tą kartą”. Chłop z wielką ochotą spuścił spodnie, golusieńką panewkę wytarł owymi awizami i cisnął do Motławy. Niemcy, Niemki poczęli mruczeć, szemrać, a jam poszedł”. Innym znowu razem pan Pasek z szablą w dłoni musiał stawać w obronie króla Sobieskiego przeciw gdańszczanom: deszcz wielki leje i woda rynsztokami jako rzeki płynie. Patrząc oknem na owę wodę, rzecze jeden: „Ej, dajże Boże, żeby tam pod Wiedniem katolicka krew takimi strumieniami płynęła jak ta woda”. Rzecze drugi: „Nadzieja w Bogu”. A jeden Niemiec — osobno od nich siedział — ściśnie ramionami, wywróci oczy w niebo i obejrzy się na mnie, nic nie rzekł, (…) Ja to widzę, ale nie wiem, na co to on czyni, i owych też słów nie rozumiem, co oni wymówili; nie pytam go też, bo człowieka nie znam i konfidencyjej do niego nie mam. Aż oni znowu mówią na króla te słowa: „Ale ten świnia karmna, po co on tam poszedł? Co tam po nim było? Bodajże tam obadwa z cesarzem doczekali kajdankami brzękać!” A tymczasem ów, co osobno siedział, już nie mógł wytrzymać, bo katolik. Był to Niemiec, ale nie Gdańszczanin, z któregoś pruskiego miasta; fakturowaniem się bawił przy kupcach. Ozwie się do nich nie po niemiecku, ale żebym ja zrozumiał, po polsku i mówi te słowa: „Rozumiałem, że siedzę z chrześcijanami, a ja siedzę z poganami; rozumiałem, że z ludźmi, ale widzę z bestyjami; a godzi się to takie zbrodnie mówić? Bodaj was zabito!” A oni do szpad; on tylko trzcinkę miał. Chciał go jeden uderzyć płazem, czyli też ciąć: zastawił mu się laską; obraził go trochę. Zawoła ów na mnie: „Mospanie, przeciwko królowi to mówią”. Ja do szable, Niemcy z izby. Trudno już było za nimi wypadać do Gdańska. Dopiero mi rzetelniej powiedział, co mówili”

Wybrana bibliografia:

J.Ch. Pasek – Pamiętniki

M. Dyakowski – Dyaryusz wideńskiej okazyi…

F. Kluczycki – Akta do dziejów króla Jana III, Kraków 1883

J. Wimmer – Odsiecz wiedeńska 1683 roku, Warszawa 2008

J. Pajewski – Buńczuk i koncerz. Z dziejów wojen polsko-tureckich, Warszawa 2006

Advertisements