Sławę Bulandową głosili na odpustach w bliskim Lubomierzu i dalszej Kalwarii. Nikt też złośliwy nie ośmielił się wejść w drogę Bulandzie. Chociaż nie, był taki jeden. Pewnego razu owce Bulandy zaczęły chorzeć. Nie dawały mleka, nie chciały jeść, a nawet zaczęły zdychać. Ani chybi czary. Podejrzewał Bulanda bacę, który całkiem niedawno w Gorce przybył, a na stado Bulandy, które bezpiecznie i zdrowo ten ostatni chował, krzywo patrzył. Przyszedł raz ten baca na Bulandową polanę niby to w gościnę, lecz Bóg wie jeden co zamierzał knować. Gdy się witał z Bulandą, ten stanął przed nim i wbił nagle swą ciupagę w pieniek do rąbania drzewa, co przed szałasem stał. W okamgnieniu sąsiad zamarł w bezruchu, ani drgnąć nie mógł. Ostawił go Bulanda takiego pod kolibą na letnim skwarze i udał się do swoich owiec. Wrócił dopiero pod wieczór i patrzył, jak baca przyrumieniał na słońcu, i jak bardzo pocięły go gzy i komary. Zaraz też owce Bulandy przestały chorzeć, a niefortunny sąsiad wnet z Gorców precz poszedł. Kiedyś znowu, gdy budowano kościół W Lubomierzu, wioząc materiały chłopi na bagnisko trafili, Bulanda w środku samiuśkiego lata miał czarami zmrozić błota i wozy z budulcem po niej przejechały.

Droga na Jaworzynę

Innego razu Bulanda wybrał się na jarmark do Mszany wozem, a jakże! by kupić obręcze kół żelazem okute, bo mu się już stare zużyły. Kupił te ryfy, załadował na wóz i ruszył w powrotną drogę. W Górnej Mszanie była wówczas karczma u Żyły, i jakoś tak w okolicy tej karczmy, całkiem przypadkowo, Bulanda nagle poczuł pragnienie. Dał koniom obrok i wszedł do gospody na piwo. Popił, odpoczął, wychodzi z karczmy, a tu ryfy mu z wozu ktoś zwędził. Ukradli – mówią miejscowi. Ukradli, ukradli – zeźlił się Bulanda. – Ukradli, to odniosą. Pod wieczór siedział sobie Bulanda na lubomierskich Dziedzinach. Patrzy, a coś z dołu lezie, ciągnie się ledwie, ale idzie. Na ramieniu ma ryfy, ramię odciśnięte aż do krwi, ciężko mu pod górę… Toż to chrześniak Bulandy – Jasiek Kosmol z Półrzeczek. – Przebocćie kszesny ojce! – gada -. Zebyk wiedzioł, ze Wase były, to byk nie broł. Zmarszczył Bulanda czoło: – No, mos Jasiu scynście, zes nie wiedzial, ze moje. Bo jakbyś wiedzioł, tobyś na kolanak te ryfy przyniós i teraz byś soł na Półrzycki na kolanak. Po czym zganił chrześniaka za kradzież i puścił w spokoju.

Kapliczka Bulandy

Mówią, że gdy Bulanda w kościach poczuł zbliżający się kres, zaprosił do chałupy na zarębku dziedzinowskim w Lubomierzu rodzinę i sąsiadów. Wyprawił wieczerzę, przy której sam gościom usługiwał. Pod koniec wyszedł przed dom i powiedział: Dziękuję ci, słoneczko, żeś mi świeciło i wom, gwiazdy, tez, dziękuję tobie, wietrzyku, ześ powiewał według mej potrzeby i tobie, rzyko, żeś do mnie sumem gadała…”. Po czym pożegnał w takich słowach cały świat a wróciwszy do izby, rzekł do wszystkich: “Moi kochani, jo już odchodze bo na mnie cas. Ostajcie z Bogiem!” Po tych słowach wyszedł i tyle go żywego widzieli. Bulanda odszedł w dzień świętego Józefa Roku Pańskiego 1913, nosząc dziesiąty krzyżyk na karku. Nikomu Bulanda swojej wiedzy nie przekazał. Wiedział bowiem, że ludzie bywają często próżni, chciwi, zawistni i niemile by bliźniemu czynili, gdyby tylko mogli.

Gorczański szlak

Bulanda miał rację co do ludzi. Opowiadali zazdrośni o Bulandową sławę, że trzymał on w koszarze dla owiec, w osobnej komorze Jasia dybuka, z którego rad chętnie korzystał. Dlatego Bulanda miał zbudować kapliczkę i poświęcić szałas by Jasio dybuk nie mógł z takich niewidzialnych okowów się wyzwolić. Tak gadali. Dać takim wiedzę, jeszcze coś z nią niedobrego uczynią! A najgorsze to baby. Razu pewnego przyszła do Bulandy zamężna niewiasta z Rabki i błagała by czarami sprowadzić zgubę na jej małżonka. Widać młodszego sobie upatrzyła. Bulanda dumał chwilę, nic nie mówiąc, co babie nadzieję zrobiło. Dalejże – zaczęła obiecywać jak Bulandę wynagrodzi, gdy prośby jej wykona. Zerwał się Bulanda, cisnął żerdź w ziemię, aż zadygotała i na sztorc stanęła. Rzekł wtedy do baby: „Kciałabyś se potańcować z młodym chłopem? Tańcujze se tutok”. Na to baba w tan i tak dookoła kija tańcowała do wieczora, aż jej się i mężobójstwa, i cudzołóstwa odechciało.

Polana Turbacz

Gdy koło kapliczki na Jaworzynie Bulanda zakopywał księgę z zaklęciami i znachorskimi recepturami, widział to jeden z pomagających mu pilnować owiec pasterzy. Po odejściu Bulandy na wieczne bacowanie juhas ten spotkał się ze swoim kumem spod Babiej Góry i obaj przy kubku okowity urodzili tajemną księgę wykopać i godziwie sprzedać. Gdy jednak nocą kopać koło kapliczki zaczęli, w ziemi znaleźli jeno kłębowisko żmij, tak że ledwie uszli z życiem z tamtego miejsca. Jak było tak było, i choć, gdy Bulanda odszedł na Jaworzynie zaczął bacować zięć jego Jan Zapała, to mocy swej mu Bulanda nie przekazał. Dziś zatem na Kamienickiej Jaworzynie tajemnic Bulandy nie odnajdziemy, Możemy natomiast odnaleźć w bieli kapliczki, dotyku górskiego wiatru i sycącym oczy krajobrazie gorczańskich dziedzin ducha Bulandy, który pozostał na zawsze w swych ukochanych Gorcach.

Umarły szałas

Reklamy