Urodził się Józek w osadzie Skawica u stóp wyniosłej Policy i jeszcze bardziej potężnej Babiej Góry. Rodzice jego byli niemajętni, to i szybko Józek poszedł na służbę do bogatszych gazdów. A ze zbójowaniem Józka było tak. Ożenił się on i żył spokojnie, pilnując komory dziedzica Wilkońskiego, we wsi swej baby – Jaszczurowej koło Wadowic. Pewnego razu, wiosną Roku Pańskiego 1732, niedzielę po Wielkanocy, poszedł Józek ze swoim szwagrem, Błażejem Fickiem, na targ w Wadowicach. Ciepło było, wiosenne kwiecie sypało się po łąkach i owocowych drzewkach, świat piękno swoje i przyjemności roztaczał, tylko kieszeń niestety pustawa. I jakoś tak Józek ze szwagrem zgadali się na jarmarku z trzema młodymi chłopcami spod Wadowic, którym podobnie grosza nie zbywało. W dzień świętego Wojciecha samopięć ruszyli pod miasto, gdzie, jak opowiadał im jeden z towarzyszy, niedaleko browaru mieszkał krawiec Sowa, któremu nie tylko materiału stawało. Pieniędzy ani kosztowności jednak na miejscu nie było, trzeba było zadowolić się nauczką daną krawcowi oraz belami sukna. Sukno to zebrał sam Józek i wziął na siebie jego pokątne zbycie.

Babia Góra o poranku

Musiała się cała ta sprawa Józkowi opłacić, gdyż wkrótce na stałe zbójecki fach przyjął. Przystał bowiem Józek do kompanii pochodzących z rodzinnej Skawicy Bartka, Macieja i Piotra – braci Giertugów. Do kompanii tej należał także nie narzekający na biedę gazda Kazimierz, u którego służyła za komornicę matka Józka. Dołączył do niej też Kuba Bączek z pobliskiego Makowa, zwanego dziś dla niepoznaki Podhalańskim. Przewodził im Maciej Giertuga, który umyślił sobie śmiałą chadzkę hen, na Dobczyce. W Dobczycach stał na wzgórzu nad Rabą zamek Lubomirskich, który wprawdzie już z dawna się sypał, siedział jednak na nim starosta Michał Jordan. A z nim ludzie starościńscy. Mogło nie być łatwo. Józek został przezornie na warcie i nasłuchiwał odgłosów strzałów z browarku i karczmy. W spichlerzu, gdzie zaprowadziła napastników arendarska żona znaleziono skrzynię z wielkimi skarbami, skąd wzięto pasów srebrnych dwa, czarek srebrnych dwie, łyżek srebrnych i korali trochę, pudełka srebrne dwa, pudło drewniane skórą obite, w którym perły były, pierścieni siła, dukaty złote. Dola Józka jako stróżującego jeno przy całym zajściu nie była znaczna. Ot, dwa złote dukaty, trzy pierścionki z kamieniami, sześć srebrnych łyżek, srebrne kubek, puzderko i czarka, trzy nici pereł, trzy łokcie adamaszku czarnego i błękitnego. Strażnicy dobczyccy z opóźnieniem na miejsce przybiegli. Dopadli jeno jednego z towarzyszy Józka i zabili, choć w mieście opowiadano potem wierutne bajdy, że wszystkich zbójników zabito i pod podłogą karczmy dobczyckiej bez księdza pogrzebano. Jak miano pogrzebać, gdy Józek tymczasem bez przeszkód do Wadowic się udał by zabrany udział w łupie u cnego mieszczanina Prządziela przedać.

Stare chałupy babiogórskie

Po prawdzie, zaraz po tej sprzedaży kłopoty dla Józka się zaczęły, bo po powrocie do Jaszczurowej, gdzie żonę ostawił, Józek został przez miejscowego dziedzica pojmany i u wójta w kajdany zakuty. Siedział tak przez pięć niedziel i nie bardzo dobrze mu było. Wreszcie z pilnującymi go się jakoś dogadał. Wesele bowiem druh jego Sebastian wyprawiał i Józek postanowił za wszelką cenę na tym weselisku się pojawić. Nocą wyprowadzono go z aresztu wprost do szwagra Błażeja, który siekierką sprawnie okowy mu przeciął, po to by Józek mógł do świtu na weselu tańcować i rozpłynąć się w porannych mgłach.

Mgły beskidzkie

Józek nie mógł się zbytnio nacieszyć odzyskaną swobodą. Okazało się, że jego dawni towarzysze – Giertugi również znaleźli się w loszku, a Kaźka ze Skawicy stracono. Opuścił zatem Józek ludzkie sadyby i ukrywał się po beskidzie między Leskowcem a Policą. Czasami zachodził do wsi. Zszedł się wtedy z Majcherkiem Masarczykiem z Juszczyna, co to właśnie poślubił wdowę po Kaźku. Ej, miała baba widać upodobanie do chłopów lubujących się w zbójeckim rzemiośle. Razem z Wojciechem Kurzykiem z Grzechyni pod Magurą poszli na dobra Bieli Jakuba z Gachówki, po czym przezorny Józek na Orawę się udał by zamieszanie po całym zajściu bezpiecznie odczekać. Caluśką jesień spędził wtedy po starej przyjaźni u Jakuba, brata dawnego Józkowego kamrata Kaźka ze Skawicy. A spędzał myśląc. Wychodził przed chałupę i patrzył jak obłoki mkną przez niebo, obsiadając Babią Górę. Niby tę samą co zamykała widnokrąg za Skawicą, a tak odmienną. Wreszcie wymyślił, że trzeba nieco zmienić otoczenie. Ruszył w Gorce, aż za Turbacz i zimę, i część wiosny w Ochotnicy przebył. Ale nie bezczynnie. Zaczął bowiem Józek zbierać własną kupę, której mógłby stale harnasiować. Przyszli do niego Jakub Janczur z Ochotnicy, Bartłomiej, Paluchem zwany z Tylmanowej i Jerzy Lasak z Kamienicy. Wrócił potem Józek na Orawę do Kaźkowego brata Jakuba i tam dołączył do niego sam Jakub, a także Jan – też z Kowalczyków oraz Wojciech Twarożek z Grzechyni. Zbójeckim chodnikiem przeszli na babiogórską stronę i dalej w wadowicki beskid. I tam się znów zaczęło.

Orawska chałupa

Zaczęło się od Żydów, którzy browar pod Wadowicami prowadzili. Później przyszedł czas na dwór rodziny Skalskich w Śleszowicach, Józek z kompanami wpadł także do starego znajomego z Gachówki Jakuba Bieli, gdzie przyjęto go godnie, bo jadłem i napitkiem. Nie zapomniał również o zniewadze jakiej doznał w żoninej Jaszczurowej, nachodząc wójta Młyńskiego, gdzie Józek odzyskał zrabowane przez tegoż pozostałości dobczyckiej zdobyczy, a także jednego z bogatszych gospodarzy. Po wyprawie po wójtowskie dobro Józek postanowił nie ryzykować i wrócił się z bandą na Orawę. Tu pod Sidziną napotkali wracających z podróży Lisickich z Łętowni, co przyniosło im kolejne łupy. Nie było to ostatnie spotkanie z Lisickimi. Niedługo potem podpici towarzysze Józkowi wybrali się do dworu sidzińskiego złożyć wizytę panu Lisickiemu i poskarżyć się, że stracili mienie, które wcześniej od niego otrzymali. Okoliczności zmusiły Lisickiego do wyprawienia im wieczerzy w karczmie w pobliskiej Bystrej, gdzie Józkowi kamraci doskonale się bawili, a sam Józek z Lisickim rozprawiali o broni i wymienili inksze uprzejmości. Lisicki nolens volenswydał również dla Józkowych ucztę w sidzińskim wójtostwie. W rewanżu Józek oddał Lisickiemu odjętą mu uprzednio na gościńcu ubiory i inne drobiazgi, oświadczając szczerze, że oddałby mu i pozostałe rzeczy, ale naprawdę mu je skradziono. Zabawa była tak przednia, że pojawił się na niej nawet sam ksiądz proboszcz dobrodziej, który w przypływie dobrego humoru posłał na plebanię po świeży zapas wina. Jeszcze bardziej rozochocił się tym wszystkim Józek i najpierw odciążył z dobytku jedną z sidzińskich zagród, a potem pognał z kompanami do Łętowni. Tam z całej tej ochoty zastraszył służbę i splądrował dwór Lisickich, którzy nie zdążyli jeszcze do niego wrócić. W czasie całego tego zamieszania zabrzmiały na trwogę dzwony drewnianego kościoła. Józek z kamratami niewiele myśląc, porzucili dwór i ruszyli w jego stronę, gdzie zebrał się już tłumek mieszkańców z księdzem na czele. Na widok Józkowych umknęli, nie miał zatem okazji złajać dobrodzieja, że gwałt otrąbił. Na plebani, na wikaryjce i u kościelnego niewiele do rabunku było. Organiście, który pono sam za sznur od dzwonu pociągał dla przykładu porąbano krosna i zniszczono przędzę. Od organisty też chłopcy Józka przytaszczyli klawikord, który to niewdzięczny instrument po odjęciu strun i metalowych części spalono następnie w borze, bo zbójnicy, choć taniec i muzykowanie we krwi mieli, nie potrafili wydobyć z niego odpowiednich dźwięków.

Beskidzka wieś

C.D.

Reklamy