Nie darmo biada episkopus Dydymar, że góra owa wielkiej czci doznaje, bluźniercze bałwaństwa się bowiem na niej wyprawia. Skandal to wielki, a największy z tymi rzeźbami, bo po prawdzie, ani one celtyckie, ani kultowe, mimo zaś to element neopogański za takowe je poczytuje i utylizuje. Wypada zatem oświecić tych paraoświeconych i wyjawić szerszemu ogółowi prawdziwą historię kamiennych posągów.

Ongiś na zboczach masywu mieszkały dwa małe misie. Lubiły, jak to misie, miód, nie tylko pitny, lubiły łowić ryby w pobliskich potokach. W podślężańskich Strzegomianach żył wówczas stary, złośliwy bartnik z młodą dorodną córką, która czekała z utęsknieniem na jego rychłe zejście, by odziedziczyć cały ciułany przez ojca majątek i zostać najlepszą partią we wsi. Bartnik miał bowiem z burzliwych czasów młodości zaskórniaki po wszystkich okolicznych lasach.

Bartnik prowadził córkę, jak mu się wydawało, prostą drogą cnoty i czystości. Niestety, w nieobecności bartnika, który większość czasu spędzał przy swych ulach, córka prowadziła się sama. I nie wyglądało to za dobrze. Miała kochanka, a przynajmniej wydawało jej się, że ją kochał. Mimo to przy ojcu nosiła wianek, co dawało bardziej zorientowanym we wsi asumpt do złośliwych docinków, że nie musi czekać do Kupały, by go rzucić w głęboką wodę. Wiedziała zatem, że to czy się ojciec o wszystkim dowie, jest jedynie kwestią czasu.

W tym miejscu musimy wrócić do naszych dwóch uroczych niedźwiadków, które hasają sobie po ślężańskich borach, tarzając się w kobiercach czosnku i wyskubując pstrągi ze strumienia. Tu dostrzega ich nasza niewiasta piorąca swoje brudy na uboczu w towarzystwie kochanka. Dostrzega i wtedy wpada na pomysł, jak się jej zdaje genialny.

Na drugi dzień misie znów baraszkują u potoku, nagle jeden z nich dostrzega na skałach rybę leżącą na płask. Podbiega, lecz ryba ucieka nagle jak po sznurku. Bo i na sznurku ją ciągnie szczwana białogłowa. Biegnie w dół ku wiosce, niedźwiedziom łapy się plączą i nie nadążają. Idą jednak za nią po tropie do pasieki, gdzie zapominają o rybie, widząc nowe, jeszcze większe atrakcje. Plądrują ule jeden po drugim. Córka już pędzi do ojca zdyszana, mówi, że widziała, jak dwa natrętne misie pustoszą jego królestwo. Bartnik przybiega, widzi zniszczenia i płacze z bezsilności, po czym poprzysięga zemstę intruzom. Na pomoc w polowaniu nieoczekiwanie zgłasza mu się kochanek córki. Intryga jest zawiązana – kochanek ma pójść z bartnikiem do lasu i pozwolić by niedźwiedzie go rozszarpały, a nawet w razie potrzeby – pomóc im w tym. Bartnik idzie pierwszy, śledząc tropy futrzastych napastników. Nagle pochyla się, chcąc poprawić rzepy na spojeniach łapci. W tym momencie świszcze w powietrzu dłoń kochanka z nożem, który utyka w pniu buka naprzeciwko. Bartnik robi półobrót i uderza kochanka w najczulsze. Kochanek przyjmuje bezwiednie pozycję półembrionalną, co pozwala bartnikowi, na wyciągnięcie liny z tobołka i spętanie przeciwnika. Zostawia go i kieruje się do pasieki.

Jak rzeźbiona kłoda bartnicza dynda ze ślężańskiego buka spętany w baleron kochanek córki bartnika. Wokół wonieje spadziowym miodem, owocem mszyc roju. Z głębin prastarej puszczy wołane natury zewem nachodzą dwa zwinne misie…

Bartnik napomknął córce przy wieczerzy, jak zagospodarował resztki miodu. Nie widząc celu w życiu, nie znając miejsca wiecznego spoczynku lubego, poszła do nieszczęsnej pasieki i przebiła się rybą – niemym świadkiem i przyczyną całego nieszczęścia. Po tych wydarzeniach w bartniku obudził się domorosły talent rzeźbiarski. Jego źródłem, podobnie jak wielu wspaniałych dzieł na tym świecie, była Nuda. Ta pradawna boginka pojawiła się ponoć u bartnika wraz z wiernym sługą Splinem. Niedługo potem bartnik postanowił upamiętnić całe opisane powyżej zdarzenie. Wyrzeźbił postacie obu niedźwiedzi, kobiety z rybą (nie była na pewno to panna) i ul. Miał jeszcze wyrzeźbić i kochanka, została mu na to największa bryła kruszywa z pobliskiego Strzeblowa. Niestety, ówczesny pan na Sobótce wrócił właśnie z wyprawy do popielnej Kruszwicy. Spodobało mu się w wielkim świecie, zwłaszcza jeśli chodzi o nowinki techniczne. Szczególnie upodobał sobie automatyczne żarna napędzane siłą brańców z łupieżczych wypraw, najnowsze ulepszenie częstokołu, jakie stanowił ostrokół oraz novum w dziedzinie podróżnej nawigacji – słup milowy. To proste i poręczne narzędzie można było umieścić w połowie dowolnego odcinka trasy. Następnie nie trzeba się było zastanawiać czy ma się przed sobą do pokonania jeszcze jej mniejszą, czy większą część. Słup aktywował się samoczynnie dokładnie w połowie drogi, i to w taki sposób, że nie sposób go było nie zauważyć. Wykonanie takiegoż słupa zamówił pan na Sobótce, a eks-bartnik, zawsze głodny pieniędzy, mu nie odmówił.

Tak to właśnie było ze ślężańskimi rzeźbami. Nieprawda również, że na Ślęży lądowali bogowie. Po co mieli lądować skoro pełno tam kamieni i łatwo sobie rydwan roztrzaskać? A widzieliście może ukośne krzyże na stokach góry? Myślicie pewnie, licho wie czemu, że mają jakiś związek ze słońcem. Otóż i mają. Właściciel dóbr ślężańskich przebywał na nim zbyt długo i dostał kiedyś udaru. Od tego czasu lubił podpisywać się na skałach, znacząc swoje terytorium. Nie przeszkadzało mu to, że był niepiśmienny.

NOTKA JEOGRAFICZNA

„Postać z rybą”, dwa „niedźwiedzie”, „mnich” i „grzyb” – kamienne rzeźby, przypuszczalnie o charakterze kultowym znalezione w okolicach Ślęży. Na niektórych z nich znajdują się ukośne znaki krzyża, kiedyś przypisywane kultowi solarnemu, dziś raczej uważane za średniowieczne znaki graniczne.

Reklamy