I.

W szczęśliwych okolicznościach przyrody, które ziemię jeleniogórską niezwykłym pięknem obdarzyły, żyła sobie w podgórskiej wsi Marzdorf nadobna dziewczyna o imieniu Wanda. Nikt nie wiedział dokładnie skąd się wzięła. Opowiadano, że przybyła z kijowskiej Rusi pod innym, bardziej słowiańskim mianem, że śląskich rycerzy po karczmach i zajazdach swym towarzystwem zabawiała. Chciała też koniecznie wyjść za Niemca, by na stałe spokojnie w przybranej ojczyźnie osiąść. Szukała zatem odpowiedniej dla siebie partii i znalazła – syna lokalnego książęcia Henryka, który posiadał zamek na górze niedaleko Marzdorf. Wprowadzona dzięki zamążpójściu na komnaty miejscowej elity, pędziła spokojny żywot, od czasu do czasu na gościnnych występach w teatrum pauperum brylując. Zajęcie to zajęcie, mimo iż za nieszlachetne przez niektórych uznawane, stanowiło jedynie rozwinięcie dawnej profesji Wandy o szersze grono oglądaczy i przynosiło jej całkiem spore profity. A i możni rodem, choć na pokaz stroniący od uciech właściwych gawiedzi, często przecież sami chętnie cichcem widowiska z owego teatrum oglądali, a i na komnaty wstępu Wandzie nie bronili. I byłaby pewnie Wanda dalej swe pogodne i pełne sukcesów życie w spokoju wiodła, gdyby nie przyczepił się do niej rycerz.

Romantic "ruins" on the top of Grodna

Ruiny tzw. zamku księcia Henryka

II.

Rycerz ów, miejscowym dworom dotychczas nieznany, uwagę zwracał nie tylko swą urodą, ale i szczególnym zachowaniem. Przeciwnie bowiem do właściwych z dawna rycerskiemu stanowi zwyczajów, do miednicy sięgał nie tylko przed wyjściem na niedzielną sumę, niewiast nie traktował jako bękartów Adamowego żebra, miast zaślinionego i okrytego błotem wierzchowca poruszał się eleganckim powozem, a jego lśniąca jak zwierciadło zbroja miast osobniczym, niezbyt płci niewieściej przyjaznym zapachem, woniała lilijami z górskich dolin. Wśród innych, którzy brzytwy poza bitewnym zgiełkiem nie widzieli, którym paznokcie przyrastały do stalowych rękawic, których zarost ujście przez otwory w przyłbicach znajdował i którzy pachnieli jak żeremie bobrowej samicy, wyróżniał się przeto nadzwyczajnie. Nie potępiajmy zatem Wandy, która samotna w głębi ducha przecież, oddalona od kraju swoich przodków, na wdzięki rycerza jako kielich niderlandzkiej tulipy się otwarła, choć potem wszystkiemu zmieszana z grzeczności przeczyła.

Rozpoczął się tedy dla Wandy okres jeszcze bardziej, jak się jej w niewieściej naiwności wydawało, szczęśliwy. Dziewczyna nie zaprzestała swych występów w teatrum, promieniała jednak w ich czasie niepomiernie, zmuszając zebraną gawiedź do mimowolnych owacji. Rycerz przesyłał jej antałki najlepszego wina, a gdy je odsyłała, pojawiał się u jej drzwi z antałkiem romantycznie przewiązanym sznurem pięknych kwiatów, zapraszał na wystawne wieczerze ze specjalnie dobraną niskokaloryczną dietą, co też zwracało uwagę, w zalewie tłustych i niezdrowych potraw, którymi w owych czasach wszyscy swe żołądki niepomiernie umartwiali. A potem przeszedł do rzeczy.

– Wiadomym mi – oświadczył jej pewnego dnia – iż świekr twój, a ojciec przybrany, pieniędzy szukając, zamierza przedać podgórzyńskie stawy, temu kto najwięcej zaoferuje. Zależy mi byś sprawiła bym ja zaoferował najwięcej. Pomów przeto ze służbą świekra, która transakcyją ową się zajmuje, bym wiedział jak najwięcej zaoferować, by kontenci byli, inni chętni kupcy smakiem się obeszli, a prosty lud się nie wtrącał.

Wanda w skromności swojej, nic mu nie odrzekła, jeno na kolejną schadzkę się umówiła. Na schadzkę tą rycerz przyniósł zgrabne zawiniątko z tureckiego jedwabiu, w którym coś o złotym połysku cicho, lecz stanowczo brzęczało.

– Weź – szeptał słodko. – Weź. Oto nagroda za twoje starania i rękojmia pokrycia wydatków, które z pewnością poniesiesz.

Wanda zawahała się i jak podają najbardziej reprezentatywni ówcześni kronikarze, choć tu wersje opowieści snute przy różnych ogniskach są rozmaite, oświadczyła:

– Dar ten ci ja przyjmuję, lecz nie jako nagrodę za twej sprawy u świekra poparcie, lecz jako zapłatę za sam przywilej twego obcowania ze mną.

I wzięła zawiniątko z rąk rycerza.

A wtedy coś trzasnęło, powietrze rozdarła błyskawica i przed Wandą, miast przystojnego rycerza, pojawił się sam Duch Gór – Karkonosz w postaci niskiego starca z mocno niepokojącą maczugą w dłoni.

– Nieszczęsna dziewko – zakrzyknął. – Oto korzyść za zdradę świekra swego przyjęłaś! Potępionaś na wieki!

– Gadanie – odparła Wanda spokojnie. – Myślałam, że pachnidła to były.

– Brzęczące pachnidła? – huknął Karkonosz. – Czyś ty niewiasto rozum postradała? Oto powiodę cię do przepaści nad kotłami, gdzie miejsce twoje i nasienia twego…

Karkonosz tupnął groźnie i już, już chciał zabrać za sobą białogłowę, lecz tymczasem zgiełk wielki się uczynił. Mieszkańcy wsi przybieżeli, a sytuację ujrzawszy, zmartwiali że ich ulubioną Wandę Duch Gór w przepaść chce trącić i, że do tak wszetecznych metod się ucieka. Bo gdyby to na nich trafiło?

– Cynowe – odparowała Wanda. – myślałam, że puzderka były cynowe. Szkło się jeszcze u nas przecież nie przyjęło. A poza tym, daj mi zebrać myśli, może wymyślę bardziej sensowne wytłumaczenie…

View from rocks on slopes of Grodna (503 m)

Widok ze skał na zboczach Grodnej

III.

-…Świekrze, toż to uczciwie pieniądze zarobione były – tłumaczyła się z wdziękiem Wanda. – Skrypt wnet miałam wystawić poświadczający, że za me nadobne towarzystwo osobnik przedstawiający się jako rycerz Tomasz z Cybinki zadeklarował się uiścić dukatów złotych sto tysięcy.

– Toż, ja cię nie winuję dziecko – odpowiedział mądry książę Henryk. – Tylko tego zuchwalca Karkonosza. Za długo już ten intrygancki dziadyga w sprawy mego księstwa się wtrąca. Czas utrącić łeb hydrze, która resentymentem przeszłości jest jeno, a porządek moich rządów pasować próbuje. Zobacz co się stało z poczciwymi sługami moimi, którzy tradycyjną i cenioną grą w kości z poczciwości wrodzonej się zajmowali. Próbował ich w kozły pozamieniać. Nie dałem, choć dla zasady odsunąć od oblicza swego ich musiałem. Co się stało z dawną dwórką moją, którą poganin ten godności na oczach gawiedzi pozbawił i do cudzołóstwa przywieść próbował. Tylko roztropności ludu mego zawdzięczam, że ukamienować jej nie dał i resztki czci obronił. Co się stało z mym podkomorzym, który zręcznych w rzemiośle szkutników z dalekiej Arabii na nasze ziemie sprowadzić próbował, by upadające warsztaty w przystaniach rzecznych ratował. Oszkalowan bez pamięci został. Nie nurtuj się. Ludziom się wszystko przetłumaczy. A choć kapitanowi mej straży sprawdzić całe zdarzenie poleciłem, to bardziej jeno z konieczności i dla zachowania dobrych obyczajów, niż ze złośliwości przeciw tobie. Wiem bowiem, że każdemu, mnie samego nie omijając, mogła się przygoda taka przydarzyć.

I tak roztropny książę Henryk zniweczył intrygi niecnego Karkonosza, który pozbawion do reszty szacunku, jakim go niegdyś darzono, sapał gniewnie z bezsilności w swojej górskiej samotni. Przeżuwał czarną jak polewka rzepę, jak powiadali, głośno mlaskając i rozpamiętując kolejną nieudaną próbę przywrócenia swojego upadłego wśród ludu prestiżu.

IV.

Książę Henryk panował długo i odniósł jeszcze wiele osiągnięć. Kronikarze nie są w stanie wprawdzie zgodni co do ich szczegółowej listy – jedni twierdzą, że było ich tyle, że życia by nie starczyło by je opisać, inni, że osiągnięcia owszem były, ale ich dowody zaginęły niestety w wichurze dziejów. Wystarczającym dla nas świadectwem niech jednak będzie dobra pamięć Henryka wśród ludu. Bo choć po rządach Henryka do dziś zachowały się wyłącznie nikłe ruiny zamku przykuwające uwagę wędrowców, którzy wędrując w stronę Karpacza z Marczyc zabłądzą na lesistą kopę górującą nad wsią od wschodu, to książę Henryk wspominany jest wśród gminu jako ten, który wyzwolił prostych mieszkańców krainy od złego Karkonosza. I choćby za ten sukces należne mu jest miejsce w kronikach po wieczne czasy.

Marczyce

Marczyce

P.S.

Tak naprawdę to historia w ogóle powyższa się nie wydarzyła. Przecież na pierwszy rzut oka widać, że wszystko jest w niej sztuczne. Przerysowane, karykaturalne postaci, przebieg wydumanych wydarzeń, wreszcie pointa. Wymyślili bowiem tę opowieść tani przewodnicy szukający sensacji, którzy jakąś legendę do podrabianych, wzniesionych całkiem niedawno ruin tzw. zamku księcia Henryka chcieli dorobić. A ponieważ wszystkie legendy są tworzone w oparciu o sprawdzony, odwieczny schemat: dobro – zło, musiano kogoś uczynić czarnym charakterem opowieści. Wypadło na Karkonosza, bo było najłatwiej. Urodziwa Wanda, czy roztropny książę Henryk nie bardzo się do tej roli nadawali. Dlatego patrzyć na powyższą legendę należy, podobnie jak na wiele jej podobnych, tak jak na nadobną kobietę, która puszcza do ciebie zalotne oczko, oczekując że uczynisz to samo.

Advertisements