Pomiędzy wyniosłymi stożkami Suchych Gór, na skalnym grzebieniu, wysoko nad dolinką ginącego w łopuchach potoku, sterczy w niebo wśród drzewnej gęstwy kamienna bania ceglastego koloru. To smutne resztki zamku Radosno, kryjące niejedną, intrygującą następne pokolenia opowieść.

Zamek ten zbudował ponoć czeski rycerz Houshka von Knedlitz jako równowagę dla wzniesionej po śląskiej stronie warowni Rogowiec. Niestety do realizacji swych architektonicznych planów rycerz ten wybrał dość pechowo, wzniesienie od Rogowca znacznie bardziej wzrostem nikczemne. Z uwagi na powyższe mimo, iż wieża Radosna z rdzawego lokalnego kamienia rosła szybko w górę, nie mogła dosięgnąć niższych od niej baszt Rogowca, które jednak przecież leżały względnie i bezwzględnie wyżej. Wchodził zatem co dzień nasz Houshka na szczyt stawianej wieży, ale umocnień Rogowca wciąż nie było widać zza sąsiednich gór. Któregoś dnia zrozpaczony Houshka rzucił się wreszcie z nieukończonych murów warowni, jak opowiadają jedni, a jak twierdzą inni, lepiej poinformowani, zepchnęli go z niej wycieńczeni robotą i z dawna nie opłacani robotnicy. W każdym razie kolejny właściciel zamczyska uznał całe zdarzenie za zły omen i kazał wieżę częściowo rozebrać, a czerwonej barwy gruz z rozbiórki wywieźć cichcem do lasu i zrzucić na zboczu pobliskiej Suchawy.

—-

Znacznie później od opisanych wyżej wydarzeń właścicielem Radosna został chciwy i zazdrosny starzec. Owocem jego zawistnych lędźwi była latorośl płci pięknej, prawdziwie godna tejże płci. Niewiasta owa z uwagi na walory osobiste prędko szerokiego grona amatorów się doczekała. Jej ojciec patrzył na to niechętnie, zwłaszcza, iż ze względu na piastowane urzędy na jaworskim dworze na pewien czas musiał rodową warownię opuścić. Zamknął więc córkę w rudej wieży, zostawiając służbie przykaz, by do panny nie puszczano nikogo, kromie tego, kto znak od rodzica wszem i wobec okaże. Miał zaś pan ojciec miecz nietypowy, bo choć bogato zdobny, to całkiem koślawy, który od kupca weneckiego nabył. Poczciwy ów kupiec ukradł broń jakiemuś znamienitemu Saracenowi, zmożonemu wizytą w przepełnionym haremie, ale to nie należy do niniejszej opowieści. Należy natomiast to niej fakt, iż rycerz z Radosna zostawił pannie i pilnującej jej służbie pustą pochwę po mieczu, odbierając od nich przysięgę, że tylko ten do dziewki może zostać wpuszczony, kto pasujący do niej (znaczy się do pochwy) miecz na stół wyłoży. A jeśli tak się nie stanie, to wydarzą się różne przykre rzeczy (bardziej wtajemniczeni twierdzą, że było wśród nich coś o kurzajkach i ryżym zaroście). Rzuciwszy oną straszną klątwę, starzec wyjechał przez zamkowe wrota w ciemność boru.

Mijał najpierw dzień za dzionkiem, potem niedziela za niedzielą, a pan na Radośnie przepadł bez wieści. Panna siedziała cierpliwie w okienku wieży i czekała, a samotność, o dziwo, służyła jej krasie. Niedługo potem gruchnęła wieść roznoszona przez pocztowe gołębie, że rycerz z Radosna miał wypadek pod wsią Dobromierz, gdzie trakty z Jeleniej Góry, Strzegomia i Świdnicy się schodzą, spadając z wysokiej skarpy w nurty Strzegomki i raczej już nie powróci. Z pieleszy swych drewnianych i kamiennych dworzyszcz zaczęli tedy wypełzać rycerze i do panny w konkury uderzać. I choć uderzali z młodzieńczą werwą i zapałem, panna, a jeszcze bardziej jej służba, miała w pamięci ojcową klątwę, zalotników z miejsca odrzucając. W przedbiegach przepadli możny pan Bogusz ze znamienitego rodu von Gortz, gładki Unisław, obyty w świecie, który aż do cesarza z petycją w sprawie europejskiej integracji jeździł, a nawet rubaszny rycerz von Lomnitz, zwany dla swej krzepy Waligórą. Wydawało się zatem, że niewiasta z Radosna cnotę, ale i przysięgę ojcową zachowa. Do czasu.

Razu pewnego pod wieżą Radosna pojawił się bowiem rycerz Mierosz, człek szlachetnego serca, czystego ducha i urody nielichej. Dziewczyna z miejsca, to jest – z okna swej kamiennej pustelni, się w nim zakochała, tak że gotowa była zapomnieć o przysiędze danej ojcu i zapowiedzianych konsekwencjach. Próżna pochwa po mieczu i kądziel zaczęły ją nagle uwierać. A Mierosz, mimo łomotu jaki spuściła mu nadgorliwa służba przy pierwszej wizycie pod murami zamku, nie zamierzał rezygnować.

Co dzień rycerz obozujący na równinie u stóp Radosna pani serca swego wypuszczał jej ułożonego nad wyraz sokoła wędrowca z miłosną epistołą. Co dzień ptak ów, omijając góry, lasy, rzeki, doły i uginając się pod ciężarem uczuć ze stron obu, prześlizgiwał się brzuchem tuż nad czubkami drzew, by zanieść wiadomość dla obu stron wielkiej wagi. A to o tym, że pannę znowu po bobrowym smalcu wysypało, a to o tym, że rycerz tęskni na czczo już czwartą dobę, utraciwszy z żałości apetyt. Jego wybranka, wychudła od kochania na odległość, drapała wypielęgnowanymi pazurkami mury więzienia swego. Wieczorami próbowała je skruszyć swymi łzami (nie wiedziała biedaczka, że melafir, zwany też w niektórych uniwersyteckich kręgach paleobazaltem, jest wyjątkowo odporny na ablację i inne postacie erozji). Jadła więc mnóstwo rzepy by utkać ze swoich włosów długą linę, która niestety ciągle była za krótka, by dosięgnąć podstawy muru.

Z drugiej jego strony rycerz też nie próżnował i romantyczne arie wyśpiewywał – zdolne skruszyć najtwardsze serce. Służba zamkowa składała się jednakowoż z ludzi prostych, emocji wyższych nie doznających i była twarda jak zamkowe ściany, od których rycerz wciąż się odbijał. Po drugie, zaś, trzeba powiedzieć, służba owa nie miała w ogóle serca do powierzonej im roboty, którą bezmyślnie, choć z utajonym zabobonnym lękiem przed konsekwencjami złamania przysięgi wykonywała. I trwałaby zapewne dalej ta nieszczęsna sytuacja, godna pata w szachowej partii najlepszych arcymistrzów, który powstaje mimo poświęcenia figur z obu zainteresowanych stron. Niewiasta z Radosna zapewne by się wkrótce postarzała, rycerz zaś straciłby cały majątek pozostawiony bez zarządu na czas jego miłosnych eskapad. Na szczęście coś się jednak wydarzyło.

—-

Andreas był kowalem z Rybnicy Leśnej położonej wśród rozległych pól i łąk w pobliskiej dolinie. Był również mrukiem i samotnikiem. Swoją kuźnię przeniósł więc na porębę na przełęczy wśród zalesionych stożków Suchych Gór, z dala od wsi. Choć milczący i stroniący od ludzi, potrafił pomóc kiedy byli w potrzebie. A to plebanowi gwoździe na budowę kościoła w Rybnicy podarował, a to władyce z Rogowca kraty do lochów z korzystnym upustem wykonał. Usłyszał Andreas mknące po całej okolicy lotem koszącym błyskawicy plotki o nieciekawej sytuacji panny z Radosna i postanowił w swej dobroduszności od kłopotów ją wybawić. Miał wprawdzie swój zdrowy, kmiecy rozum, tu jednak rozchodziło się o rzeczy niezwykłe, wymagające wiedzy szczególnej. Na przeszkodzie szczęściu niewiasty stała bowiem przysięga obłożona klątwą, która wobec śmierci adresata nie mogła zostać po prostu odwołana. Udał się zatem Andreas do radcy z Głuszycy, którego spinaczami do urzędowych pergaminów przemyślnie kutymi a misternymi kiedyś obdarował. Niestety, nie uzyskał pomyślnych wiadomości: radca oświadczył mu, że przysięga została ważnie złożona, to jest w obecności co najmniej siedmiu świadków i zakończona wymaganym przez prawo stanowczym tupnięciem. Radca dodał, że wprawdzie rycerz z Radosna umarł a całą spuściznę po nim dziedziczy niewiasta, jednak dziedziczenie owo do praw niematerialnych nabytych przez przysięgę niestety się nie odnosi.

Andreas zwrócił się teraz do proboszcza, który z racji godności swej od strony duchowej na całą rzecz pogląd mieć musiał.

– Spokojnie synu – powiedział mu doświadczony pleban po chwili zastanowienia. – Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. Zasługi twoje dla Kościoła niezapomniane pozostały. Dorzuć jeszcze do tych gwoździ ozdobnie kuty żyrandol, a, zaprawdę powiadam ci za tydzień problem twój rozwiązan zostanie.

Siedem dni później Andreas siedział sobie rano przy kubku leśnych ziółek w swej górskiej sadybie, gdy przez okno wleciał kamień, rozwalając szybę zmyślnie wykonaną z pęcherza nietoperza. Andreas chwycił kamień, młot kowalski i wybiegł przed chałupę. Na progu spoczywała pusta, kunsztowna pochwa. Andreas zauważył, że do kamienia doczepiono mały pergamin, na którym nalepiono litery powycinane z innych pergaminów. Ubrał się szybko i pognał w te pędy do Głuszycy. „Chyba nie muszę ci tłumaczyć co z tym zrobić. Podrzuć przed wieczorem z powrotem na rozdroże za zamkiem Radosno. Siedem kroków na wschód, trzecie drzewo po lewej.” – odcyfrował z mozołem pan radca. – Aha, spinacze właśnie mi się kończą – dodał już od siebie. Andreas popatrzył za okno. Zmierzchało. Kiwnął radcy głową i pognał z powrotem w góry.

—-

Panna z Radosna podskakiwała ze szczęścia niemal do sufitu swojej komnaty. Znienawidzona przez nią pochwa przepadła! Obudziła się rano i nie było jej, nie było jej, nie było! Teraz przysięga nie jest już ważna, jest wolna i może odejść. Wyśle tylko wiadomość do swego rycerza. Niech no tylko przyśle swojego śmigłego sokoła.

W tym samym czasie Mierosz chrapał w najlepsze (przynajmniej tak to z pozoru wyglądało) znużony wielodniową tęsknotą. Obok, rozwalony skrzydłami na sianie, odsypiał wycieńczające loty rączy sokół. Nie wiedział, że przeklęta pochwa znalazła się niespodziewanie późnym wieczorem.

—-

Andreas kroczył jak zwycięzca ku wrotom Radosna. W ręku dzierżył skrzywiony miecz wykuty dzień wcześniej wedle dostarczonej mu przez nieznajomego życzliwego pochwy. Dumnie wszedł na niewielki dziedziniec zamku i okazał oręż, który służba ze zdumieniem do pochwy bez trudu dopasowała. Panna z Radosna popatrzyła za kowala dużymi oczami. Nie była głupia, jak na swą płeć i swój wiek, i w jej głowie powoli wiązały się w spójną całość przedwczorajsze przybycie księdza dobrodzieja, który przy okazji udzielanej parafiance duchowej pociechy, dość szczegółowo o pochwę wypytywał, wczorajsze tajemnicze zaginięcie powodu jej utrapień, a na ostatek – profesja Andreasa, u którego nieraz naprawiano zamkową broń. Wreszcie cała ta skomplikowana układanka się ułożyła i dziedziczka Radosna szeroko się uśmiechnęła.

Tak. Wolała tego zaradnego, choć nie urodzonego szlachetnie kowala, który sam, w razie potrzeby, potrafił baldachim w łożnicy naprawić, od romantycznego nieudacznika Mierosza, który, co należało podkreślić, od dwóch dni nie dawał żadnego znaku życia, ergo nie tęsknił, ergo nie miłował. Andreas z panną wzięli ślub wśród wiwatów wciąż zdumionej służby. Opuścili jednak zamek, z którym dziewczyna tyle traumatycznych wspomnień wiązała i osiedlili się nad Ścinawką u wylotu doliny, w której znajdowało się Radosno, we wsi zwanej obecnie na cześć obrotnego bohatera – Kowalowa.

Mierosz, który z głębokiego snu zbudził się dopiero dwa dni po opisanych zdarzeniach, stał się zupełnie innym człowiekiem. Ze złości i rozżalenia urządził jatki wracających do domu przez czeską granicę gości weselnych. Potem ożenił się z garbatą Hanką, córką raubrittera z czeskiego Mezimesti i zajął szturmem Radosno, zamieniając je w zbójeckie gniazdo. W swoim kręgu uzyskał ksywę „Krzywucha”. Niektórzy mówili, że nazwano go tak, bo krzywo patrzył na wszystkie swoje ofiary. Inni, że przydomek ten wymyśliła, nie wiedzieć czemu, jego złośliwa żona. Może dlatego, że życie miał zaiste pokręcone?

NOTKA JEOGRAFICZNA – ruiny zamku Radosno w postaci wykonanej z czerwonawego kamienia wieży górują nad głęboką doliną Sokołowca w Górach Suchych (najwyższy szczyt Waligóra – 934 m n.p.m.) ponad wsią Sokołowsko (podupadłe niestety uzdrowisko); k/Wałbrzycha; w pobliżu m.in. schronisko „Andrzejówka”, urwisko Czerwone Skałki pod Suchawą, ruiny zamku Rogowiec oraz niszczący piękny krajobraz górskich stożków kamieniołom melafiru w Rybnicy Leśnej.

Advertisements