Na progu czasów zwanych nie wiedzieć czemu nowożytnymi, w podkrzeszowskim Gorzeszowie mieszkały sobie krasnoludki. A dokładnie siedem. Skrzaty pomagały tkaczom z pobliskiego Chełmska, wiedząc, że tym samym zapewniają sobie spokojny byt, w tym miseczkę mleka wystawianą co noc przez wierzący w nich gmin. W Chełmsku ceniono sobie współpracę z krasnoludkami, nazwano nawet ich imieniem ciąg siedmiu tkackich domków. I opowieść ta zakończyłaby się z pewnością szczęśliwie, gdyby nie krzeszowscy cystersi, którzy pilnowali swych owieczek, a ich krasnoludkowe wierzenia oceniali zdecydowanie jako manowce.

–  Nie możecie przecież z jednej strony nazywać swych warsztatów imieniem świętych Apostołów, z drugiej zaś wierzyć w pogańskie gusła, w rzeczy, które nie istnieją i cześć im oddawać – grzmiał opat z ambony.

Wywoływało to niespokojne szepty wśród parafian, którzy szanowali opata, nie chcieli jednak zadzierać z Nieznanym.

Jednym z niewielu otwarcie popierających opata był sołtys Krzeszówka.

–  Ja jestem za wami – przekonywał wychodzącego z kościoła dostojnika, całując go w rękaw. – Namawiam nawet swoich sąsiadów, żeby pasteryzowali mleko, to będzie odporne na skrzacie złośliwości.

Opat zgromił go wzrokiem i nie kontynuował tematu. Jeszcze tego wieczora zlecił swojemu najbardziej biegłemu scholastykowi napisanie broszury. Nosiła przydługi tytuł: „Szalbierstwa zdemaskowane. Od sierotki do królewny. Prawdziwa historia bliskich spotkań z <krasnoludkami>” – była jednak zwięzła i przystępna w treści.

———————–

Kolektyw krasnoludków siedział na łąkach pod Gorzeszowem i radził. -Długofalowe rezultaty podjętej przeciw nam oszczerczej kampanii są trudne do przewidzenia – zaczął patetycznie Pierwszy Krasnoludek, rzucając na bukowy pniak egzemplarz krzeszowskiej bibuły.

– Prawda! – zakrzyknął Czwarty Krasnoludek.

– Kłamstwa, same kłamstwa! – żalił się Trzeci.

– Może nam jeszcze zarzucą, że działaliśmy na zlecenie złej macochy – sarknął Szósty.

– Gorzej, gorzej braciszkowie – wtrącił Drugi. – Tu piszą, że siedmiu krasnoludków to personifikacja siedmiu grzechów głównych, którym młoda, samotna królewna oddawała się w lesie, przyjmując w końcu rajskie jabłko z rąk babilońskiej wszetecznicy. Od ostatecznej zguby ratuje ją rycerskość i czystość przygodnego królewicza.

– Czyli że co? – nie zrozumiał Piąty.

– I co to jest do cholery topos? – dorzucił, spluwając, najbardziej prostolinijny ze wszystkich Siódmy Krasnoludek.

– Czyli, tępy konusie – zwrócił się Drugi do Piątego. – twierdzą, że nas nie ma.

– Jak to nie ma? Jak to nie ma?A kto do mleka… – zaczął Siódmy.

– Daruj sobie te subtelności. Sytuacja jest poważna.

– Oby ich matka z kamienia spadła! Oby ich pod sromotnikiem porzuciła! – złorzeczył Szósty.

Od słowa do słowa powstał gwar i przepychanie. Nagle przerwało go obce chrząknięcie. Podnieśli głowy. Na skraju rozpadliny stał nieznany im mężczyzna w chłopskim ubraniu, słomkowym kapeluszu, wsparty o potężne widły.

– Przerzucałem właśnie gnój na polu poniżej – zaczął wyjaśniająco przybysz. – I przypadkiem usłyszałem waszą rozmowę. Może będę mógł wam pomóc.

—————-

W krzeszowskim kościele panował chłodny półmrok, lecz Michał Willman wyraźnie się pocił przy rzeźbionym konfesjonale. „Chce pewnie rozgrzeszenia za ostatnią noc” – ocknął się drzemiący w środku opat, który z nudów, bezwiednie skręcał główkę dębowego putta. „I je dostanie, i będzie dostawał, przynajmniej, dopóty, dopóki nie skończy malowideł w świątyni” – dodał w myślach.

– Maczuga. Śniła mi się maczuga – wysapał Willman. – Spadła na kościelne wieże i zniszczyła je.

– Znów majaczyłeś po wizycie w karczmie. Toleruję je, póki nie przekłada się to na twoją pracę w sanktuarium – powiedział surowo opat.

– Czarcia maczuga, ojcze. Jej uderzenia płomienie wzniecały.

– Hordy piekielne nie przemogą mocy Bożej, synu. Nie mają tu wstępu. Odmów trzy Ojcze nasze i idź w pokoju – zakończył kapłan, znów przysypiając.

————–

Siedmiu krasnoludków i osobnik z widłami stali na polu przed okazałym kamieniem, w którego boku tkwił pordzewiały miecz. Nieznajomy sprawnym ruchem ręki złamał miecz i wyrzucił za siebie. Odprowadzali lecącą broń zdziwionym spojrzeniem.

– Niepotrzebny złom. – powiedział nieznajomy – Ważna jest maczuga – dotknął skały, która zaczęła zmieniać się w nabijaną ćwiekami laskę.

– Ale jak my uniesiemy taką wielką lagę? – burknął Pierwszy Krasnoludek.

– Nic prostszego – rzekł nieznajomy. – Daję wam niepowtarzalną szansę. Ludzie śmieją się z waszego wzrostu, pomiatają wami z tego powodu. A co jak byśmy odwrócili proporcje?

– Będziemy więksi? – zapytał trwożnie Szósty Krasnoludek.

– No, ba – powiedział nieznajomy i machnął widłami.

Po chwili stał pośród siedmiu gigantycznych krasnoludków, którzy spoglądali po sobie zdziwieni. Zapanowało takie zamieszanie, że o mało nie zdeptali swego dobroczyńcy.

– Wyciągnij laskę z ziemi – zwrócił się nieznajomy do Pierwszego Krasnoludka, który wykonał jego polecenie. Przy obecnym wzroście maczuga nie wydawała się zbyt duża.

Dwa kwadranse później siedmiu krasnoludków olbrzymimi krokami sadziło na Krzeszów.

——————–

Nie wiadomo, kto pierwszy zauważył, że na południu ziemia drży. Może Hermenegilda, której skojarzyło się to ze śpiącym w sąsiedniej izbie mężem, może oberżysta Matjas o włosach koloru oberżyny, który pomyślał, że przesadził z ilością grochu w ostatnim przysmaku dnia.

A potem przyleciał Fritz, który na łąkach od Gorzeszowa bydlątka pasał.

– Idą tu, idą! – wrzeszczał wniebogłosy. Biegł na oślep, przewracając rogatki, opłotki i drobne sprzęty gospodarstwa domowego.

– Kto? Kto? – dopytywali się sąsiedzi.

– Olbrzymie krasnale! Potężne gnomy! Kolosalne karzełki!

We wsi się zakotłowało. Szmery i stukanie cepami świadczyły o rosnącej fali wzburzenia wśród miejscowego plebsu. Nagle w lesie od strony Gorzeszowa zaczęły się chwiać jodły. Pod wiatr. A wtedy tama pękła.

– Zostawmy wszystko i uciekajmy! – krzyczeli jedni.

– Do piwnic, tam nas nie dosięgną! – wołali inni.

Zaczęli się przepychać i tratować, gdy Jasio powiedział spokojnie:

– Nie wierzę w kilkumetrowe krasnoludki.

Wszyscy stanęli jak mur w dalekim Kitaju.

– On ma rację – zawołała w ciszy Jadźka z Kochanej. – Tak duże krasnoludki nie istnieją.

– Słuchajcie, słuchajcie niewinnego pacholęcia! W tej prostocie jest mądrość ukryta – prawda to przecież, że nie masz wielkich skrzatów! – rozległo się dookoła.

– Nie jestem już niewinny – burknął Jasio, ale głos jego utonął w ogólnej wrzawie.

– Nie wierzymy w gigantyczne krasnoludki – krzyczeli zgodnie ludzie.

I  w tym momencie idącemu na przedzie Czwartemu Krasnoludkowi coś strzyknęło w kolanie. Potem zesztywniał mu grzbiet i zaczęły cierpnąć pięty. Popatrzył za maszerującego za nim Drugiego, który obserwował go jednak z kamienną twarzą. Zaraz, zaraz nie tylko twarz miał Drugi kamienną. Najdłużej trzymał się Pierwszy, w końcu zastygł i on, wypuszczając niepotrzebną maczugę z rąk. Znaleźli ją dzień potem ludzie z Krzeszówka. Zamierzali zabrać by wykorzystać do orki, gdy powiał niespodziewany wiatr i zaniósł lagę hen, daleko poza zasięg wzroku prostaczków.

———————-

Burmistrz Chełmska stał na werandzie opackiego pałacyku. Drewniany budynek był posadowiony na wodzie i opat chętnie tu wypoczywał po długich godzinach modlitw. Siedział teraz rozparty godnie w leżaku i słuchał relacji burmistrza o zdarzeniach minionej nocy.

– Tak więc problem z krasnoludkami się rozwiązał. Jaśka z Gorzeszowa nagrodzić chciałem, ale nabrał zbytniej pewności siebie i ludzi zaczął podburzać, że nie wierzy w istniejący porządek społeczny. Do lochu go wrzucić musiałem. Prowokatora.

– Amen – odparł opat, choć prawdę mówiąc, przestał słuchać burmistrza w połowie, przesadzonej jego zdaniem opowieści.

– Mam jeszcze ojcze pytanie. Krasnoludków już nie ma, to jest, chciałem powiedzieć: nie ma, ale w mieście pozostało przecież osiedle ich imienia.

– Przemianujcie na coś bardziej neutralnego, na przykład Siedmiu Braci – rzucił niedbale opat.

– Ale ludzie będą oponować. I tak będą pamiętać.

– Zapomną – rzekł opat. – Bo i do ich czasów niewiele się ostanie.

————————————-

Opat krzeszowski był mądrym człowiekiem – zakończył opowiadanie mężczyzna w ciemnym płaszczu z szerokim, czarnym kapeluszem rzucającym cień na jego twarz. — Nie miał jednak w jednym racji panie marszałku. Ta maczuga rzeczywiście mogła zniszczyć krzeszowski klasztor. Może zniszczyć każdego nieprzyjaciela.

– Dość tych bajek – przerwał siedzący na koniu oficer w mundurze pruskich huzarów – Johann, wracamy. Musimy na jutro w Krobielowicach stanąć.

– Jak pan chce, panie marszałku – ustąpił spokojnie nieznajomy. – Jak zmieni pan zdanie, będzie tu na pana czekała.

Sięgnął za pazuchę i wyjął nabijaną krzemieniami laskę, która nie wiadomo jakim sposobem się tam zmieściła. Gdy wbił ją w ziemię, zaczęła nagle się rozrastać w potężny skalny ostaniec. Po czym na oczach zdumionego Bluechera rozpłynął się na wietrze.

NOTKA JEOGRAFICZNA

Chełmsko Śląskie – dawne miasteczko z zachowaną w części zabudową drewnianych domów tkaczy (tzw. Dwunastu Apostołów), położone niedaleko Krzeszowa – wsi z cysterskim zespołem sakralnym. W okolicy (pn. cypel Gór Stołowych) piaskowcowe skały – Głazy Krasnoludków oraz Diabelska Maczuga.

Reklamy