I. Popod karkonoskimi horyzontami, niezbyt, trzeba przyznać szerokimi, na południe od pradawnego, słowiańskiego Bobru, nad którym chrobry Bolko olśniewał ongiś trzeciego z kolei Ottona, ciągnął się kraj dość płaski, choć rzec nie można, że denny, osłonięty od północy kobiecymi kształtami Janowickich Rudaw, z drugiej zaś strony wspomnianym wyżej jednym wielkim wałem Karkonoszy. W krainie tej płynął wąski strumień, o którym mawiano, że nocą lśni nie tylko blaskiem księżyca. Nad strumieniem rozłożyła się osada, nazwana po prostu Ruczajem (choć nie brak było głosów, że nazwa wsi pochodziła od jednego z jej sołtysów – dalekiego przodka po wodzie i kisielu pewnego przereklamowanego muzykanta z Eisenach).

W Ruczaju życie płynęło wolno swoim rytmem, w miarę jak przetaczały się chmury nad Śnieżką, jak liście na drzewach więdły i spadały, by znów na wiosnę wdrapać się na łodyżki i rozbłysnąć kolorem świeżych końskich jabłek. Mijała właśnie jesień i szarawa bielizna mgieł wisiała nisko na niewidocznych sznurach zaczepionych o góry, gdy w zamku na skraju Ruczaju pojawił się nowy właściciel. Najstarsi w okolicy powiadali, że jego dziadowie zostali przegnani przez Bolesława po zwycięskiej wojnie z cesarzem Henrykiem, a teraz po latach wracał, korzystając z wielkiej akcji, w ramach, której potężne masy ludzkie przemieszczały się swobodnie od zachodu aż po Kraków, niosąc ordnungi magdeburskiego prawa i nowinki europejskiego średniowiecza. Zwał się Adolf Totenkopf von Karpf i był, w przeciwieństwie do miejscowej ludności, bardzo, ale to bardzo przedsiębiorczy.

II.  Adolf Totenkopf von Karpf przechadzał się nerwowo po komnacie, skrzypiąc italskimi panelami w rytm popularnej rycerskiej kantaty.

– No nie. Znowu procella cerebrorum (łac. burza mózgów – przyp. moderatora)? – jęknął zmartwiony Johann, wierny przyboczny pana.

– A po co ja cię tu jeszcze trzymam? – warknął Adolf.

Służący spuścił z rezygnacją głowę.

– Dobrze, zacznijmy zatem. Jak wiesz, dobra rodowe po ostatniej bessie na giełdzie towarowej w Hamburgu mam na wyczerpaniu, a żyć trzeba. Dziady mamy za pasem, wkrótce Gody idą i muszę jako nowy właściciel na tych terenach przyjąć sąsiadów z Chojnika i Bolkowa.

– Garten party?

– Zimą??? Raczej wystawna wieczerza. Pytanie jest proste – skąd wziąć pieniądze?

– Złupić miejscowe chłopstwo.

– Całkiem oryginalny pomysł, tylko co sam pójdziesz łupić? Z twoją posturą? Wyśmieją cię tylko. A profesjonalni windykatorzy danin kosztują. Tu trzeba sposobem. Może coś z tego, co mamy, da się sprzedać. Przeczytaj mi Johannie inwentarz naszego majątku.

– Zamek na wodzie sztuk jeden. Item, łęgi podmokłe sztuk dwa. Item, drzewostan mieszany mendli dziewięć. Item, drobne sprzęty gospodarstwa domowego.

– Niewiele tego. Tu trzeba wypracować Johannie, jakąś wartość dodaną. Zaraz, zaraz. Z czym kojarzą ci się Gody?

– Godne drzewko – rzucił służący.

– Znaczy się choinka, dobrze. Zatem drzewko, mamy sto trzydzieści pięć drzewek, z czego trzeba odrzucić wszystkie nieiglaste.

– Po co od razu odrzucać?

– A kupiłbyś nagą choinkę, powiedzmy bukową?

– No chyba nie.

– Zresztą zostawmy choinki, przecież tu lasów wokół jest od zarazy i chłopstwo jak zechce, to nie kupi od nas, ale pójdzie i sobie wykarczuje. Co jeszcze?

Johann wytężył umysł, aż nagła zmarszczka przecięła mu czoło. Wreszcie wydusił.

– Fiński troll świąteczny.

– Że co?

– Fiński troll świąteczny – powtórzył Johann. – Bardzo popularny ostatnio w Niderlandach i krajach monarchii Plantagenetów. Mały, stary i gruby w karmazynowym wdzianku, jeździ saniami i rozdaje prezenty.

– Ale skąd ja ci takiego wezmę? I jak się z nim porozumieć? Po urgofińsku?

– To nie tak. Tak naprawdę to jest mały szwindelek. Rozmawiałem z jednym takim, prawy Niemiec – Klaus miał na imię. Chudy jak szczapa, pod trzydziestkę, ale dorabia sobie. Mówi, że żaden problem – brzuch sobie wypchać i brodę dokleić. Gada do ludzi tylko monosylabami, to myślą, że jakiś obcy język jest. Nic trudnego. Jak będzie trzeba, to mogę takiego trolla odstawić.

– Mimo wszystko nie podoba mi się to. Jak gruby, to będzie wzbudzał pragnienie dobrobytu, no i jeszcze te prezenty rozdaje.

– To może ten pomysł trochę przerobić pod miejscowe realia. Może być i chudy, i zamiast dawać, może na przykład zabierać.

– Dość!

Zapadło milczenie nieubłagane w swej ciszy.

– Słuchaj, to całkiem proste – Adolf plasnął w ręce. – Co ludzie robią w święta?

– Świętują? – zająknął się Johann.

– Właśnie! A jak świętują, to coś muszą jeść…

– I pić! – dodał entuzjastycznie wierny służący.

– Zapasy napitku to akurat mają wypróbowane i obstalowane po chałupach. Zostaje jedzenie. Co ludzie jedzą na święta?

– Kartofle?

– Głupiś! Co mi tu jakieś anachroniczne herezje sadzisz?

– Bo nie wiem. Chyba nic szczególnego. To, co mają na podorędziu.

– No widzisz, i to właśnie musimy zmienić.

– Ale, ale jak to zmienić? Co my teraz zrobimy? Ozime obsiejemy?

– Durnyś. Gdzie zamek stoi?

– Na wodzie.

– A co pływa w wodzie?

III. Nazajutrz mieszkańcy osady stali przed tablicą informacyjną na jej granicy. „Rybi Ruczaj” – odcyfrował z trudem gotycką czcionkę młynarz Konrad. W tym samym czasie proboszcz świeżo upieczonej parafii świętej Jadwigi spoglądał na fantazyjnie zdobione kartusze przyniesione mu przez Johanna – dar pana von Karpf.

„Et acceptis quinque panibus et duobus piscibus intuens in caelum benedixit et fregit panes et dedit discipulis suis ut ponerent ante eos et duos pisces divisit omnibus, et manducaverunt omnes et saturati sunt, et sustulerunt reliquias fragmentorum duodecim cofinos plenos et de piscibus” (A wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo, połamał chleby i dawał uczniom, by kładli przed nimi; także dwie ryby rozdzielił między wszystkich. Jedli wszyscy do sytości i zebrali jeszcze dwanaście pełnych koszów ułomków i ostatków z ryb (Mk 6, 41-43) – cytaty z Wulgaty, wersja polska z Biblii Tysiąclecia) – odcyfrował napis na pierwszym z nich.„Quis autem ex vobis patrem petet panem numquid lapidem dabit illi aut piscem numquid pro pisce serpentem dabit illi? (Jeżeli którego z was, ojców, syn poprosi o chleb, czy poda mu kamień? Albo o rybę, czy zamiast ryby poda mu węża? (Łk 11, 11))” – głosił drugi. Trzeci był najmniejszy, ale najbardziej treściwy: „Et venit Iesus et accepit panem et dat eis et piscem similiter (A Jezus przyszedł, wziął chleb i podał im – podobnie i rybę (J 21,13))”.

– Pod spodem jest niemieckie tłumaczenie każdego z nich – wyjaśnił Johann.

– Twój pan dba o znajomość Pisma wśród prostaczków – pokiwał głową pleban. – Niestety, nie mam gdzie tego powiesić. Kościółek jest mały, a miejsce na froncie empory udostępniłem w zeszłym roku pewnemu sprzedawcy odpustów na tryptyk informacyjny: „Cuda świętych relikwii”.

– Mój pan hojnie wesprze zwiększenie przestrzeni sakralnej.

– Bene – rzekł proboszcz. – Potraktuję to zatem jako zaczątek cyklu biblia pauperum. Tymczasem świętego Serapiona przestawimy do sieni. I tak nikt się do niego nie modli, a tak przynajmniej sypiący się chór podtrzyma.

IV. Johann siedział z podbierakiem nad brzegiem zamkowej fosy. Pływały w niej płaskobrzuszne okazy o długiej płetwie grzbietowej i wydatnych, niemal niewieścich wargach zwieńczonych jednak męskim wąsikiem. ”Hemafrodyty” – pomyślał. Śmierdziały wilgocią i mułem.

– No i co to za ryby? – dopytywał się ze skarpy Adolf Totenkopf von Karpf.

– Nie wiem – odparł sługa. – Jakieś takie mocno oślizłe.

Godzinę potem siedzieli w komnacie zamkowej nad pustym pergaminem.

– No przecież nie napiszesz, że są oślizłe, mułowate i cuchną! – zirytowany von Karpf uderzył kułakiem w stół. – Pisz, jemiole. Gładkoskóre okazy, hodowane metodą tradycyjną w pokładach naturalnej glinki, o wyrazistym smaku i zapachu.

– A ości?

– Co ości? Przecież podałem ci ten cytat z Drugiej Ewangelii. Z mało-ościstej ryby nie byłoby przecież dwanaście koszy ułomków, nie? Zostaje jeszcze nazwa. Masz jakiś pomysł? Oczywiście, że nie, jakże by inaczej! Pomyślmy. To musi być coś prostego i chwytliwego zarazem. Żeby klient kojarzył to z nami, a jednocześnie się z tym identyfikował. Na przykład: Moja Ryba (w oryginale „Mein Fisch” – przyp. mod.).

V. „Ryba, którą jadał Jezus Chrystus. Moja Ryba.” – przeliterował z wysiłkiem kowal Waldemar, wracając nocą z karczmy. Napis znajdował się przy drodze na potężnej desce zasłaniającej dość skutecznie okna jego chałupy i był podświetlony od dołu pochodniami. W południe deski jeszcze nie było. Następnego ranka Waldemar zauważył, że podobne konstrukcje pojawiły się także w innych miejscach osady. „Papież Celestyn poleca: na post i mięsopust. Moja Ryba” – widniało na jednej. „Moja Ryba wpływa na wszystko. Także na wzrok”- na kolejnej, przy czym na dole ktoś, niedbałym pismem dodał: „Sam sprawdziłem – Tobiasz starszy.”

Ludzie zaczęli gadać, pytać, dociekać. Wyjaśnienie przyszło w pierwszą niedzieli adwentu, kiedy to pleban w parafialnych ogłoszeniach zaprosił na prezentację i degustację Mojej Ryby tuż po zakończeniu nabożeństwa. Krótkie kazanie tuż przedtem przypomniało o symbolice ryb w dziejach chrześcijaństwa, którą należy kultywować także w czynnościach codziennych, zwłaszcza podczas ważniejszych świąt. Kontekst był jednoznaczny i wkrótce po prezentacji, na której oferowano jako gratis darmowe rybie głowy, zaczęły sypać się pierwsze zamówienia z okolicy.

VII. Wszystko układa się wspaniale – zacierał ręce Adolf Totenkopf von Karpf – Został tydzień do świąt. Pora podnieść ceny. Kampania informacyjna niczego sobie, tylko z tym Jonaszem to przesadziłeś – dorzucił. – Jak czegoś ludzie nie rozumieją, to zaczynają się obawiać. Zrozumiałeś?

Johann patrzył na niego niezmiennym butelkowo-szklanym wzrokiem. Kończył właśnie domalowywać Moją Rybę do zakupionego w Trzebnicy wizerunku Jadwigi Śląskiej. Teraz wystarczyło dopisać delikatnym, niewieścim stylem pisma: smacznego! Wierny służący ujął pióro w dwa palce i pociągnął.

VIII. – Mówiłem z ochmistrzem księcia lwóweckiego – Adolf Totenkopf von Karpf wrócił właśnie z podróży. – Obiecał wprowadzić Moją Rybę do oficjalnego książęcego jadłospisu. Mam też załatwione z krzeszowskim opatem, że podczas najbliższego odpustu przychylnie się o niej wypowie.

Podszedł do okna i spojrzał na pola, gdzie kończono właśnie kopanie kolejnego stawu. Interes kwitł i dalej pączkował. W zeszłym roku sprzedali cały zapas Moich Ryb, poza okazami używanymi do rozrodu, a w tegoroczne Gody zapowiadały się prawdziwe świąteczne żniwa. O ich hodowli napisał nawet Wrocławski Rocznik Kapitulny, a Wielki Mistrz Krzyżaków przysłał delegację z zapytaniem o cenę postnego cateringu dla współbraci.

Johann był jednak nieco mniej optymistyczny.

– Znów próbowali okraść zachodni staw – powiedział. – Najpierw grzecznie kupowali, potem jak zwiększyliśmy ceny przestali. Nie stać ich.

– Prawo popytu i podaży – rzucił beztrosko von Karpf. – Otwarliśmy drzwi na szersze rynki, nie potrzebujemy lokalnego. No i mamy teraz pieniądze na ochronę. Jakby co to stosuj stare dobre prawo talionu. I pamiętaj, że musimy utrzymać monopol. Nie pozwolę, by coś z naszej hodowli uciekło do konkurencji. – Sprzedajemy je na tyle śnięte, że nie ma ryzyka, by zachciały się mnożyć.

– Zostają jednak kłusownicy, i to ty musisz o nich zadbać.

Johann, mimo braku wrodzonej bystrości rzeczywiście dbał o kłusowników i wkrótce chodzenie na wydrę na karpfowe dobra nie należało do zadań łatwych ani przyjemnych, a panem Adolfem Totenkopf von Karpf okoliczne matki zaczęły straszyć swoje dorastające dzieci. A święta się zbliżały nieubłaganie.

IX. Pod chatynką młynarza Kacpra tak obskurną, że jej zamieszkiwanie przez kilkunastodzietną rodzinę należało do grona lokalnych osobliwości, przed północą pojawił się jakiś kształt i zastukał w okienko jedynej izby, która pełniła funkcję sypialni z aneksem kuchennym, łaziebnym, świetlicą i jadalnią. Kacper, ostrożnie, by nie zbudzić śpiących na zakładkę małżonki i dzieci, lecz sprawnie wysunął się spod rodzinnej piramidki i odchylił okiennice.

– Soczewica – rzucił przybysz.

– Miele młyn – odparł Kacper, lecz wędrowiec popatrzył na niego dziwnie.

– Młyn był w zeszłym miesiącu – upomniał go surowo.

– Koło? – poprawił Kacper i rozmówca rozpogodził się. Wszedł do wnętrza izby. Obok podróżnego tobołka zarzuconego na plecy, trzymał w ręku podłużne zawiniątko. Za długie na sztylet i za krótkie na miecz.

– Fagot – rzekł przybysz i wypakował instrument. – Miałem zatrzymać się u Waldemara.

– Waldemar nie żyje – odparł Kacper, drapiąc się po kudłach wystających spod kusej koszuli. – Adolfów sługa nakarmił nim ryby. To musi się skończyć i dlatego zostałeś wezwany.

– Do usług – ukłonił się Fagot.

Kwadrans potem dwa cienie wymknęły się spod oblatującej strzechy i ruszyły ukradkiem w stronę zamku.

X. Adolf Totenkopf von Karpf spał źle tej nocy. Śniło mu się, że czatował z kuszą nad stawem na kłusowników. Spocony z napięcia usłyszał trzask nadbrzeżnych sitowi. Spośród trzcin wyszła (na płetwiastym ogonie) ryba wielkości średniego psa, rozejrzała się wokół i machnęła płetwą grzbietową. Z zarośli zaczęły się wysuwać kolejne ryby i szły ze stawu wprost na zdumionego pana von Karpf.

– Moje ryby – wrzasnął Adolf i wtedy się obudził.

Za oknem komnaty stał łysy miesiąc, ciesząc się bezwstydnie swą pyzatą pełnią. „Koszmar, zmora senna, dusiołek, jakby powiedział ten głąb Johann” – pomyślał. „W każdym razie całkowicie nierealne”. I wtedy znowu usłyszał ten szum. Dochodził z zamkowych podnóży. Von Karpf narzucił płaszcz i zbiegł na dziedziniec. Tu zobaczył szary kondukt nadciągający od stawów i poczuł lodowate zimno. „Moje Ryby” – chciał krzyknąć, lecz nie zdołał wydobyć z siebie głosu. Zdążył stracić przytomność, zanim stado ryb przemaszerowało nad nim i wdeptało go w miękką ziemię. Fagot szedł z boku i grał cicho, niemal niedosłyszalnie dla ludzkiego ucha. Dla ryb był to jednak najdonośniejszy marsz triumfalny.

XI. Setki ryb maszerowały zakurzoną drogą ku wolności. Szelest ich ogonowych płetw płoszył wszystko dookoła. Ludzie mawiają, że Fagot zaprowadził je hen, daleko na północ. W dolinę rzeki zwanej Baryczą, gdzie osiadły i służyły ludzkości przez wiele następnych pokoleń. Pokochano bowiem ryby, zwane, od nieszczęsnego pana na Rybim Ruczaju, karpiami, jako clou każdej wigilijnej wieczerzy. Adolf poszedł zatem w ślady innych prekursorów. Odniósł zwycięstwo, ale zza grobu, a jego wyprzedzające epokę koncepty przejęli i eksploatowali mierni epigoni. Zresztą, zarabiają na nich do dziś.

NOTKA JEOGRAFICZNA

Karpniki, dawniej Vischbach czy też Fischbach – wieś na skraju Kotliny Jeleniogórskiej znana ze średniowiecznych stawów rybnych oraz onegdaj dumnego pałacu pruskich Hohenzollernów.

Reklamy