Ta opowieść będzie o dwugłowej nutrii ze Wrzosówki.

Najsampierw zauważyć należy, iż dwugłowa nutria ze Wrzosówki non existet. Nutria bowiem (Myocastor coypus) jest zwierzęciem, które, podobnie jak bazyliszek, lewiatan i mantykora, w naszem naturalnem śląskiem krajobrazie nie występuje. Opowieść niniejsza, przeciwnie do wcześniejszych, bez mała prawdziwych, skupi się zatem, jak się pewnie domyślacie, na błędach, które wkradły się do wspólnej pamięci zbiorowej, wiodąc do jej spaczenia. Błędy te niniejszym demaskujemy, a czytającym radzimy, by przy użyciu rozumu swego ziarna od plew, zaś od prawdy zabobon i łgarstwa odsiewali.

Wrzosowka

Wrzosówka

I. Po pierwsze, primo, weźmy jeźdźca bez głowy z zamku Szczerba. Jak taki jeździec zdołałby się na koniu utrzymać, oczu nie miewając? A nawet jeśli się zdarza, że ślepy na wierzchowcu usiedzi, bo zmyślny zwierz go prowadzi, to przecież słuchem pilnuje czy na grząski grunt nie wjeżdża, a mową polecenia wydaje, by się, gdzie należy, zatrzymał. Bez głowy całej nijak by zaś tego nie dokonał i wreszcie w drzewo jakoweś uderzył, lubo w rozpadlinę się stoczył. Inna też możność zachodzi, że to żart jakiś upiorny, a w zbroi jeźdźca karzeł pokraczny siedzi, otwory na ślepia ma przekłute i bezgłowego udaje.

II. Po drugie, mawiają gwarcy z Rudy Nowej, że po lasach pod Sową szwedzki jenerał w butach ze szkła paraduje. Jak może paradować skoro pod stopami skała, a korzeń twardy i obuwie takowe rychło by się rozpadło, a nogi mu skaleczyło. Łgarstwo to pewne, choć gadają niektórzy uczeni, że żywicę wytopić można tak zmyślnie, iż twarde a przejrzyste tworzywo daje.

III. Po trzecie, wieś niesie, iż hrabia Krzysztof Leopold z rodu Schoff-Gotsche zgubił raz na majówce ślubną obrączkę i znalazł ją po roku w tym samym miejscu za przyczyną myszy polnej, tudzież ryjówki, która sama, bez niczyjej namowy tąż obrączkę przyniosła. Przyjąć należy zdecydowanie, brzytwą oszukaństwo przecinając, że rzecz to kuglarska i mysz ta była do takich sztuczek przyuczona. Najpewniej zaś przyuczał ją sam złodziej błyskotki – służący wielmoży, którym sumienie targnęło i postanowił ją oddać swemu panu.

IV. Po czwarte, gadają, że niejaki Cenker – Niemiec zawarł pakt z diabłem, co jest akurat do prawdy podobne. Czart zgodził się jednakowoż od paktu odstąpić, jeśli Cenker za godzinę ze Słupca do Wambierzyc dobiegnie. I ponoć dobiegł. Wierzyć w to nie należy, bo, jak wyliczył wambierzycki pleban, ponad tuzin tysięcy kroków dzieli te obie osady. Szeptają zresztą, że Cenker oszukiwał (co przy diabelskich sprawkach się godzi), wspomagając się tajemną laską na dwóch kółkach.

V. Po piąte, w okolicach Karpnik opowiadają o złotym ośle, który do chciwego ludwisarza przemówił. Wiadomo to wszem i wobec, że osły mówić nie zdołają, no chyba, że w noc wilijną. Tem bardziej osły złote, gdyż metal ten od ołowiu cięższy uniemożliwia ruchy ustami, co odczuł na sobie Midas król.

VI. Po szóste, na zamku Grodno pokazują kościec rzekomo pięknej księżniczki Małgorzaty przez ojca okrutnika głodem zamorzonej. Duby to smalone, bo gdy szkielet medyk z Wrocławia zbadał, wykrył, że należy do starszego człeka rasy semickiej ze śladem noża na w łopatce. Męża w dodatku.

VII. Po siódme, plotą, że dawni Germanie, uciekając ongiś za Łużycką Nysę, przed słowiańską dziczą, kosztowności pod Wieczornym Zamkiem ukryli. Przez stulecia Piastów rządów skarbów nie udało się znaleźć, pilnowali ich też ponoć tajemni strażnicy. Ale i teraz, gdy wrócił na te ziemie, wraz z otwarciem granic i nowem, osadnictwem niemiecki żywioł, nadal skarbca nie znaleziono. A czemuż? Bo go tam po prostu nie ma! I tyle. A kto nie wierzy, oszołom jest, i kapalin ma z angorskiej wełny.

Mówicie, że może jednak coś pod skałami leży? Przecież to bajda wierutna.

Nie, nie przekonacie mnie, bym znów pojechał tam kopać. Za żadne skarby.

W każdym razie nie dzisiaj.

Karkonosze from Zwalisko

Na Wieczornym Zamku w Górach Izerskich

NOTKA HISTORYCZNA

Tak kończy się szereg dowolnych wariacji w przedmiocie legend z obszaru Sudetów. W większości są to romantyczne legendy pruskie (z pozoru tylko oksymoron), których część uległa zniszczeniu z karkonoską Halą Baśni. Legendy te zostały następnie przetworzone przez wnikliwych badaczy polskości na Ziemiach Odzyskanych, którzy, jak biadał jeden z ówczesnych krytyków, z przedziwnym uporem robili z Rubenzahla to jest „dziada z długą po kostki brodą, na golasa wałęsającego się po górach i w gruncie rzeczy złośliwego, tępego tworu niemieckiej fantazji literackiej” (reszta cytatu z ww. krytyka np. na stronie: http://thory.blox.pl/html/1310721,262146,169.html?4) – słowiańskiego ducha Karkonoszy. Krytyk ów nie chciał zrozumieć, że takie dodawanie przez kolejne pokolenia swoich uwag, konstatacji i smaczków do zastanego mitu jest naturalnym żywotem legendy. W przeciwieństwie do wspomnianego krytyka, autor, a raczej – spisywacz niniejszego cyklu w pełni powyższą zasadę przyjmuje i podziela, czego wynikiem są prezentowane opowieści, tłumaczące, „dokładniej i precyzyjniej” niż poprzednie ich wersje, kształt tego zakątka kuli ziemskiej. A to co dziś w ich treści czytelnikom wydaje się anachroniczne i „udziwnione”, zbyt współczesne, za lat kilkadziesiąt lub kilkaset, po odnalezieniu tych tekstów na jakimś zaginionym serwerze za kanon być może zostanie uznane. Bo taki jest żywot legendy.

Advertisements