I.

Byliście może kiedy w miejscu, gdzie pradawny Bóbr, mknąc chyżo na północ, przyjmuje skąpe wody Radomierki, spływające z Trzcińskich Bagien? Tam, gdzie od starego gościńca odbiega jeleniogórska obwodnica strzeżona przez bystrooki radar czujnych, niebieskich kubraków, nad klinem rzecznym góruje lesista kopa, stromą znaczona zerwą Jeleniej Skały. Trudno jest się dopatrzyć na owej kopie jakichkolwiek śladów warowni. Tak było też dziewięć stuleci temu, kiedy w te strony przybył rycerz Jurko.

Przybył jako część posagu ruskiej księżniczki, poślubionej skandynawskiemu magnatowi, wracającemu z ziemi judzkiej, który zatrzymał się po śląskiej stronie i tak upodobał sobie wrocławskie piwo, że kupił nawet piastowski browar, tworząc duńsko-polskie consortium(po czym przerzucił produkcję na bliskie mu Szczecińskie Pomorze – przyp. aut.).

Choć sama kraina zwieńczona wzniosłym wałem Karkonoszy wielce udaną Jurce się zdała, to ciążący raczej ku zachodowi ludzie niezbyt przychylnie go powitali. A, że jako bądź co bądź Rusek mniejsze miał szanse na poważanie niż Niemiec, Frank czy choćby Anglosaski Norman, postanowił podnieść swój prestiż, własny kasztel stawiając. Postawił na Koziniec, bo blisko i do gór i do grodu stąd było.

Postawił i żyłby szczęśliwie, spędzając długie zimowe wieczory na popijawach z kasztelanem Ztrupiszem w towarzystwie Katiuszy, Krokodyla Gieni i paru innych panslawistycznych pieśni (Nalewajmy bracia!).

Niestety, wybitnie głupio się zakochał. Wybór Kupida padł na córkę książęcego woja z sąsiedniej wsi nad Bobrem. Ten nie darzył sympatią ludzi z tamtej strony Buga, w dodatku przeznaczył dziewczynę dla prawdziwego Europejczyka.

Jurko uniósł się krwią prawdziwie kozacką i porwał ukochaną. Tajemnicę młodych wydała leciwa piastunka, której watażka o rysach iście domogarowskich dosyć się podobał, tak iż zapałała gwałtowną zazdrością o swą jakże niepomiernie bardziej urodziwą rywalkę.

I stało się, że miast popa, na zamku Jurki czekał ojciec-furiat w przebraniu mnicha. Wywiązała się walka na tyle niezręczna, że obaj panowie zginęli. Chodząca przyczyna tej tragedii zmarła parę niedziel później. W zamku, o dziwo, straszył jedynie stary z zakrwawionym habitem w ręku i raną od miecza w głowie.

Mimo to wredni sąsiedzi pisali do grodu skargi na immisje, jakie pokutująca dusza wyczyniała a styliskami w ściany walili, jeśli tylko spróbowała nocą zawyć lub łańcuchami pobrzękać.

W końcu, na złość duchowi, zbudowali koło zamku niewielką świątynię tak, że musiał wynieść się w nieznane.

II.

Czas płynął doliną Bobru, toczyło się koło życia: wielmoże kłócili się i wydzierali oczy nawzajem, potem sypali na się popiół i znów się spierali. W rezultacie rosła stale liczba kościołów i specjalistów od tortur, dla których zbudowano nawet Almę Mater w pobliskim Wojcieszowie.

Czteroletnia uczelnia powstała za zgodą iście oświeconego władcy – Bolka Rogatki, zwanego też Kudłatym Inaczej, któremu Wrocław zawdzięcza powtórną lokację po mongolskim interludium.

Wkrótce potem Rogatka zapragnął porządzić sobie w Legnicy i zamienił się ze swym ukochanym bratem Henrykiem grodami. Ten nad Kaczawą rychło mu się też znudził i rozpoczęła się waśń rodzinna, podczas której nasz drogi Łysy Bolko puścił z dymem kościół średzki wraz ze zgromadzonym w nim ludem, sprzedał Brandenburczykom pokaźne parcele w widłach Odry i Noteci, pogwałcił pielesze wrocławskiego biskupa, zarobił klątwę papieską oraz promesę wyprawy krzyżowej, wreszcie otruł brata-rywala. Wrocławia nie odzyskał.

Przy tych wszystkich wypadkach spalenie zamku było jedynie niewiele znaczącym epizodem, wydarzeniem z dalekich stron gazet. Zgliszcza zhandlował Rogatka rycerzowi Arniemu, który rychło warownię do stanu używalności przywrócił. A używał sobie potem niemało.

Arnie sprowadził wkrótce ze wschodnich landów córkę Beatrycze, niezbyt niemieckiej urody – przeto całkiem uroczą oraz starych kameraden. Jakoś tak w międzyczasie na trakcie jeleniogórskim zaczęli ginąć kupcy.

III.

Arnie był terminatorem u starego Jakuba Camerona. Długo i pilnie uczył się jak robić interesy z kupcami, wytrwale czekając na chwilę, w której uzyskane know-how pozwoli na otwarcie własnego przedsiębiorstwa. Wreszcie owa chwila nadeszła, a biznes plan był prosty:

Z zamkowej wieży, którą najszybciej z gruzów podniesiono, wypatrywano handlarzy, co oszczędzali za zbrojnej ochronie. Ochrona na obszarze między Bolkowem a Jelenią Górą należała zresztą do spółki-córki (Beatrycze), która zatrudniała wspomnianych kameraden i podnajmowała siedzibę od samego Arniego. Córka, pracująca na pół etatu u ojca, formalnie jako pozyskiwaczka runa leśnego, niby przypadkowo nagabywała przejezdnych, wyceniając przy okazji ich ładunek oraz rentowność jednostkowego przedsięwzięcia. Jeżeli ów wywiad gospodarczy wypadał dla rodzinnego kartelu korzystnie (a mniej korzystnie samych dla podróżnych) Beatrycze zapraszała wędrowców w zamkową gościnę. Do snu podawano sute acz lekkostrawne jadło i mocny napitek. Nakłady rychło się zwracały, bo zmęczonych z nadmiaru wrażeń gości truto, duszono, tudzież dźgano nożami. Mienie zawłaszczano jako porzucone i przed ponownym wprowadzeniem do obrotu przetwarzano. Zwłoki, nie bacząc na cesarskie dyrektywy o ochronie środowiska, topiono w Bobrze.

Arnie chętnie wyprawiał dla kasztelana i jego wojów uczty, których koszty ładował w fundusz reprezentacyjny. Był też beneficjantem nieoficjalnych darowizn na rzecz wielu książęcych urzędników, dzięki którym wystawiali mu skrypty za nie do końca świadczone usługi publiczne oraz podtrzymywali jego monopolistyczną pozycję na rynku jeleniogórskim, eliminując konkurencyjne Raubrittergesellschaften. Część zysków wyprowadzana była do off-shore’owej spółki hen, w Niderlandach lub nawet domenie królów Jerozolimskich, część lokowano w fundacji podnoszenia kobiet upadłych, sprawującej opiekę nad nieszczęsnymi niewiastami. Nad fundacją honorowy patronat objęła przeorysza klasztoru w Lubomierzu.

I tak interes Arniego, który nie zadowalał się znaną zasadą minimalistów, że pierwszy milion trzeba ukraść, kwitł jak wiosenne krokusy w Górzyńcu przez siedem tłustych lat.

IV.

Do czasu. Raz, według przedstawionego powyżej schematu, w gości na zamek wproszono syna samorządowego aparatczyka z Czarnego Boru, który jechał w przygodnej kompanii kleryka jednej z wrocławskich świątyń. Towarzyszył mu nieodłączny sługa Jaśko.

Wierny Jaśko liczył na flirt swego pana z piękną Beatrycze i zamierzał rzecz całą z ukrycia podpatrzeć, aby mieć czym w towarzystwie przy piwku brylować. Doczekał się wprawdzie dziewczyny wchodzącej nocą do izby gościnnej, ale asystowało jej dwóch smutnych panów o kanciastych kształtach. Niestety, nie tylko dla Jaśka, nie chodziło o grupową przyjemność.

Po uduszeniu jego chlebodawcy roztropny pachoł nie czekał aż przyjdzie na niego kolej, lecz czmychnął czym prędzej z zamku, skacząc z najniższej partii murów. Uniknąwszy pościgu, stanął w grodzie przed kasztelanem i rzecz całą, z najdrobniejszymi szczegółami zrelacjonował. Kasztelan w odpowiedzi profilaktycznie zakuł go w dyby i pchnął na zamek swojego wysłannika.

Wysłannik ów, przyjąwszy sowity poczęstunek i drobną dietę za fatygę, wysłuchał szczerej prawdy z ust Arniego. W hostelu zamkowym od miesiąca nikt nie gościł, co potwierdzała zawartość zarówno księgi meldunkowej, jak i fiskalnej kasy. Pecunia locuta, causa finita.

Bezczelny Jaśko jednakowoż opisał dokładnie rozkład gościnnych komnat wraz z wyposażeniem, a ponadto w grodzie pokazał się ojciec rzekomej ofiary będący wpływową figurą w trzęsącej okolicami Wałbrzycha koterii. Zarządzono zatem konfrontację.

Arnie wezwał na świadków świętych Jerzego i Hildegardę, że pachołka na oczy nie widział. Wszystkie zeznania były zatem przeciw łgarzowi Jaśkowi. Jednakowoż w trakcie rewizji, w kupie gnoju, w stajni, gdzie według Jaśka miał stać koń panicza z Czarnego Boru, znaleziono odłamek srebrnej podkowy. Całość potwierdzała wiadomość z wiarygodnego źródła, że rumak ów cierpiał na biegunkę.

Tu wypłynęła na jaw jeszcze jedna afera – zorganizowany na wielką skalę (dużo większą niż dawne mrówcze karawany przenoszące okowitę przez granicę) przemyt do Czech srebra, podczepianego chytrze pod końskim zawieszeniem.

I wszystko w sumie skończyło się szczęśliwie – Arniego z córką schwytano i powieszono przed grodzką bramą na łużyckim trakcie, dzielny Jaśko poszedł do wieży za współudział w srebrzystej kontrabandzie, a kasztelan nie podał się do dymisji, dzielnie wytrzymując naciski, sterowanej przez jego politycznych rywali, opinii publicznej.

Mimo to chyba wypada się cieszyć, że przeklęty zamek zniszczyli wkrótce husyci.

NOTKA JEOGRAFICZNA

Niełatwo opisać miejsce, które w dniu dzisiejszym praktycznie nie istnieje – a tak jest z ruinami dawnego zamku nad wsią Maciejowa (obecnie dzielnica Jeleniej Góry), o którym nie wiadomo nic tak naprawdę pewnego. Ślady zamku, przypuszczalnie zniszczonego podczas husyckiej zawieruchy zwyciężyła dziś niemal całkowicie przyroda. No, ale legenda pozostała.

Advertisements