Rzecz cała przed laty się działa, gdy niedorzeczny zachodni obyczaj kazał rycerzowi damę swego serca wybrać i nawet najbardziej szalone jej zachcianki wiernie spełniać. Pewnego razu żyła wtedy na zamku Chojnik Kunegunda, księżniczka typowa, która po śmierci ojca do walorów swych naturalnych rozległe włości dołożyła.Mówią, że rodzic jej po zakrapianej szczodrze wieczerzy założył się z sąsiadami, iż zamek konno po pierścieniu murów objedzie, co nawet na trzeźwo śmiertelnie niebezpiecznym było, bo i mur był wąski, i przepaść pod nim nielicha.

Jako się rzekło, po zejściu ojca – w spadku pod jego upadku piękna Kunegunda atrakcyjną partią dla rycerzy z bliska i daleka się stała. Przybywali zatem w konkury i Niemiec i Rusek, ale od razu mina pod przyłbicą im rzedła, bo księżniczka oświadczała, że temu swą rękę odda, kto konno obwód murów objedzie a dokona tego w pełnym rynsztunku bojowym (tu rycerze klęli swoją głupotę, która kazała im tak okazale przed dumną Kunegundą wystąpić). Mądrzejsi zaraz zawracali, ale rozsądek w owych czasach nie był cechą w kawalerskim stanie pospolitą i wielu próbowało, niepomnych na lęk wysokości (jeśli nie własny, to konia) oraz cienkie, kruche mury.

Tak mijały dni, miesiące i lata, kolejni rycerze rodzili się, przybywali i spadali, aż nawet nienasyconej Kunegundzie cała ta zabawa nudzić się poczęła. Stopniowo też w całej rycerskiej Europie utrwaliła się jej sława jako księżniczki o podwyższonym stopniu ryzyka i frekwencja (miast) zalotników nieuchronnie spadała. To też zawiedzionej Kunegundzie nie odpowiadało, bo niechcianą się poczuła. Dlatego z lekkim zadowoleniem pewnego wieczoru przyjęła do swych uszu odgłos z dawna nie słyszany – szczęk rycerskich ostróg u zamkowej bramy.

Rzeczywiście, przyjechał rycerz po to by mury objechać. Nie wierzcie w to co bają – nie był szczególnie urodziwy ani wymowny, jednak nasza Kunegunda na tych przydługich konkurach nieuchronnie się starzała, tyła i chłopa potrzebowała na cito, ot co. Posłała zatem nocą dwórkę do gościnnej komnaty, aby ta oznajmiła, że pani godzi się wyjść za rycerza bez wykonania rundki na murach. Przybysz zbył ją krótko, twierdząc, że właśnie na tę honorową rundkę bardzo liczy.

Ani wiedziała bowiem biedna Kunegunda, że kawaler z dalekiej Helwecji przyjechał a equialpinismus z dawna zapamiętale uprawiał. Zamówił też sobie u mediolańskich rzemieślników zbroję lekką, aerodynamiczną, lecz ciepłą, a tak przemyślnie skrojoną, że wiatry ino z wewnątrz puszczała.

A skoro świt wstał nasz rycerz, trekkingową kopię od giermka odebrał i przy dźwięku trąb sygnalizacyjnych wkroczył na mury. Nieszczęsna Kunegunda natomiast, która pół nocy nad jego losem się zamartwiała, nad ranem z przemęczenia usnęła i dopiero fanfary owe przeraźliwe z łoża ją zegnały a do okna komnaty zawiodły.

Patrzyła z przejęciem, jak rycerz pokonuje kolejne uskoki murów, mija kruchą przewieszkę i najbardziej eksponowany odcinek, wreszcie już w łatwym terenie przyspiesza a na dziedziniec szczęśliwie zjeżdża.

Zbiegła zatem rącza Kunegunda na dół jak stała, bez mejkapu i w nocnej koszulinie a z uśmiechem do rycerza szepnęła: twojam!. Tu odczekała, aż rycerz zsiądzie z rumaka, do nóg jej padnie i będą żyli długo i szczęśliwie. Nic takiego nie nastąpiło.

Rycerz bowiem, ujrzawszy rozchełstaną Kunegundę jako zmorę jakowąś, jeszcze bardziej w swym postanowieniu się utwierdził i rzecze:

– Nie przybyłem tu pani po twą pulchną rączkę ani chudnący majątek, ale po to by mię siedzącego w ojcowych pieleszach potwór adrenaliny nie zeżarł. Albowiem z dawna gotuję się do wielkiej wyprawy na Wschód, gdzie Imaus Mons wiecznymi śniegami nad Gangejską Zatoką góruje. Przygoda ta miała mi jeno w uzyskaniu zręczności większej służyć.

– Ruszam z tobą! – krzyknęła zdesperowana Kundegunda, ale rycerz wytłumaczył jej dwornie, acz dobitnie, że dodatkowego balastu ze sobą brać nie planuje i na rok przyszły w podróż nieodwołalnie wyrusza. Po czym oddalił się wraz z giermkiem, który obładowany najróżniejszym żelastwem do roli tragarza się wprawiał.

Giermek ów, co sam z chrobackiego beskidu pochodził, ulitował się nad księżniczką i pocieszył ją, że cała sprawa nie z jej wyglądu mizernego, lecz z twardych zasad jego pana taki, a nie inny obrót przybrała. Księżniczka na komplementa łasa, nie mając za bardzo czym się odwdzięczyć, haftowaną złotem chustkę do nosa z załomów nocnej koszuliny wyjęła a pachołowi wręczyła. Ten podziękował i popędził chyżo za rycerzem, który zamierzał jeszcze tego dnia Śnieżkę zaliczyć i w budzie na Złotówce na nocleg stanąć.

Pyszna Kunegunda postanowiła nie dać za wygraną. Nazajutrz z worem podróżnym oraz liną wybrała się sama na mury, aby sprawdzić czy jednakowoż na takową eskapadę się nada. Niestety! Zapomniała obuwie zmienić na właściwsze, w krytycznym miejscu noga jej się powinęła i runęła w przepaść. Ślady ciężkiego upadku do dziś pokazywane są na skałach u zamkowych podnóży.

Inni gadają, że to do prawdy niepodobne, a niechciana Kunegunda po odjeździe rycerza dla zrzucenia nadmiaru wagi za kratę klasztorną wstąpiła.

Dalszych losów rycerza nie znamy, nie wiadomo czy udało mu się śmiały projekt szczęśliwie zrealizować. Jednak, gdy paręset lat później Edmund Hilary wraz z Szerpą Tenzingiem na szczycie Everestu pod przyniesione pamiątki dołek kopali, ze zdziwieniem znaleźli w śniegu skrzącą się złotem nić… John Hunt usłyszawszy o zdarzeniu, naturalnie zakazał o nim rozpowiadać, coby splendoru ekspedycji nie odbierać. Tenzing pomyślał wprawdzie, że to złoty włos Bogini Matki – Sagarmathy, lecz był od prawdy daleki, i to przynajmniej o kilka tysięcy mil.

tekst publikowany po raz pierwszy na grupie dyskusyjnej pl.rec.gory w 2003 r.

NOTKA JEOGRAFICZNA

Zamek Kynast – tudzież Chojnik – dawna warownia rodu Schoff-gotsche, położona nad stromym urwiskiem lesistego wzgórza – forpoczty Karkonoszy na skraju Kotliny Jeleniogórskiej. Obecnie w stanie ruiny.

Reklamy