I.

Valeska była zaginioną siostrą bliźniaczką Libuszy, której istnienie wykryli dopiero niemieccy badacze. Niektórzy uważają, że Valeska to alter-ego Libuszy, która wskutek złego prowadzenia się i powiązania proeuropejskiej orientacji z obawami przed Niemcami doznała rozdwojenia jaźni. Jak było naprawdę, nigdy się nie dowiemy. Jak to zgrabnie ujął jeden z zachodnich historyków: „Mówiąc o Valesce, nie możemy zapominać o Libuszy, a mówiąc o Libuszy, należy pamiętać, że Śląsk był zawsze germański”.

Nie ulega natomiast wątpliwości, że Valeska (czy też Libusza) była istotą niezwykłą, ba obdarzoną nadprzyrodzonymi umiejętnościami. Jedną z nich była szczególna właściwość, dzięki której w zależności od tego, kto na nią patrzył – Czech czy też Niemiec zdawała się albo piękną i roztropną, albo złośliwą i okrutną. Wobec stopniowego przesiąkania kultury zza Nysy i Odry tzw. test Libuszy pozwalał wyłowić z etnicznego tygla prawdziwych Czechów. Nie zawsze jednak jego wynik był jednoznaczny. W późniejszych latach, w dobie przyjaznego rewizjonizmu wypracowano słuszną, kompromisową wersję dziejów, przyznając, że Valeska była nietypowo piękna, lecz jeszcze bardziej okrutna, mądra na swój sposób, lecz wredna do bólu.

Nie była na pewno Valeska anorektyczką, lecz kobietą masywną i krzepką, która łuk brwiowy przeciwnika jednym ruchem ręki rozszczepiała. Lubiała też szczególnie iść w zawody z bratem – cherlakiem i nieudacznikiem, który przy swej nad wyraz rozwiniętej siostrze, z której wciąż kazano mu brać przykład, popadł w ciężką depresję, pogłębianą jeszcze przez przekraczające nagminnie międzyleską bramę mocarne, południowe wiatry. Łatwe i drobne zwycięstwa, jakie odnosiła nad bratem, dawały Valesce jakąś szczególną, mściwą satysfakcję, biorącą się, jak twierdzą zgodnie zachodni historycy (a przed którą to prawdą bronią się jeszcze dość nieudolnie czescy badacze), z problemów transseksualnej natury. Valeska lubiła sobie wypić i mierził ją szczególnie widok brata – abstynenta. Po tzw. spożyciu natomiast wpadała w głęboki trans wieszczy i coś tam bredziła o z nieba upadłych czerwonych gwiazdach, wilkach pijących wodę z rzeki i strukturalnym bezrobociu.

W końcu Valeska doigrała się. Pochwycono ją, gdy właśnie na rausz się udała, obcięto długie włosy – siedlisko nadzwyczajnej siły i zamurowano gdzieś żywcem, korzystając z toczącej się akurat remontowej kampanii w zabytkowym centrum miasta. Przebranym za dobrych wojakow nieznanym sprawcom, nucącym sobie podczas akcji „Niederschlesien – mein liebes Heimatland…” nie udało się jednak poderwać do czynu, ba choćby znaleźć zrozumienie u miejscowej ludności, która tradycyjnie nowym prądom kłodą wpoprzek stanęła. W ruch poszły niewinne na codzień narzędzia gospodarskie. Po uprzątnięciu terenu zamieszek nowym władcą grodu w centrum kotliny został brat Valeski, który był na tyle nieudaczny, że nikomu w zasadzie nie zagrażał. Jednak na przekór pozorom okazał się on być władcą rozumnym: zarządził, by włosy – pamiątkę po siostrze zawieszono w lokalnej świątyni jako wspólny amulet, chroniący gród przed zakusami nieprzyjaciół. I tak lata mijały, obraz świata się zmieniał (cofnięto nawet słynne dekrety Libuszy), a niezwykłe włosy w maleńkim kościółku obrastały w kurz.

II.

Nastał rok 1621. Trzy lata wcześniej czescy prekursorzy newtonowskiej fizyki przeprowadzili w zamku na Hradczanach brzemienny w skutkach eksperyment. Ojciec Elurjusz wyszedł w chłodną, kłodzką noc wezwany do chorego żołnierza w ciężkim stanie. Nie lubił chodzić na teren garnizonu, a nade wszystko opuszczać swej zacisznej izdebki po zmroku. Ciemność, ognisko diabła, pomyślał, i poczuł się podwójnie nieswojo. Dodajmy, że czcigodny ojciec poprzedniej nocy kompletnie się nie wyspał, bo jakaś sołdacka swołocz darła się niemiłosiernie za oknem. Nie cierpiał prostactwa wojskowych, nienawidził ich pijaństwa, mając w pamięci swego rodzica – niskiego kaprala, który niedostatek wzrostu brutalnością i butą z powodzeniem nadrabiał.

Żołnierz leżał w zgrzebnej izolatce, przed której masywnymi drzwiami stało dwóch rosłych wartowników. Na widok poczciwego kapłana uniósł się nieco i rozpoczął spowiedź. Nie wiemy, jakim cudem treść wyznań chorego zachowała się do dzisiejszej wiadomości. Nie śmiemy jednak podejrzewać zacnego księdza, a raczej ciekawość strażników lub ich dowódców przez przemyślne przepusty w ścianach każdy szept słyszących.

Okazało się, że żołnierz usłyszał kiedyś w knajpie, przy kartach o tajemniczych włosach – nośniku nadludzkiej mocy w świątyni pod twierdzą wiszących. Zakradł się zatem nocą do krypty i zobaczył okazałą czuprynę na żelaznym haku wystajacym z lica muru. Gdy podchodził, by ją zdjąć, nagle coś za nim huknęło: „Twoje, gnojku?”. Obrócił się zatem, lecz wokół było pusto i cicho. Raz jeszcze żołnierz wyciągnął rękę po włosy i tym razem dostał lodowatą dłonią w twarz. Nie zraził sie jednak dzielny wojak, za trzecim podejściem chwycił włosy i zaczął ciągnąć. Ciągnął, ciągnął i nic nie szło, natomiast zaczęło go coś szarpać z przodu i z tyłu, mocno i boleśnie. Wrzasnął żołnierz przerażony, i tak mu już zostało, gdy znaleźli go skręconego na podłodze w pustej krypcie, przed zwisającymi z haka warkoczami, gdy nieśli związanego jak baleron na odwach, i gdy wreszcie rozgarnięty dowódca zmiany wpadł na pomysł, żeby go zakneblować, zanim obudzi wrednego, łysego pułkownika, który w najlepszym wypadku wyśle ich na front turecki. Namaszczenie udzielone przez pobożnego ojca Elurjusza było jak zwykle ostatnim i znękany żołnierz nie doczekał świtu.

Komendant twierdzy kłodzkiej nerwowo przechadzał się po swojej stylowej kwaterze, urządzonej według najlepszych kanonów pruskiego militartyzmu. Za kilka tygodni przypadały urodziny starego Fryca, któremu zawdzięczał funkcję zwierzchnika garnizonu. Po prawdzie król też mu coś zawdzięczał – gdy kiedyś, przechodząc incognito zaułkami Berlina, zaczepił napotkanego przechodnia po zadaniu pytania: co sądzicie o swoim władcy? usłyszał odpowiedź: boimy się go, bo to stary, wysuszony zwyrodnialec. Fryderyk rzucił się wtedy na delikwenta z laską i okrzykiem: „władcę trzeba kochać! nie bać się go, lecz kochać”. No i zaraz potem kłodzki komendant musiał wkroczyć ze swoimi chłopcami, by ratować monarchę przed pobiciem przez młodszego i silniejszego interlokutora. Gdy już wrzucili delikwenta do Szprewy i wrócili, otrzepując galowe pantalony, król obiecał mu odpłacić za przysługę, pod warunkiem nierozgłaszania jej faktycznego przebiegu. Jednak, wdzięczność monarchów to rzecz ulotna i krótkotrwała, pomyślał komendant, i nie mogę liczyć z tego powodu na jakieś szczególne fory. Prezent musi się znaleźć. Najlepiej, żeby to było coś oryginalnego i zarazem lokalnego. Tu z zazdrością wspomniał swojego kolegę z Ost-Preussen, który słał co rok do Berlina wymyślne, bursztynowe cacka lub choćby swego dalekiego kuzyna z Bawarii, który zadowalał starego Fryca doskonałą golonką i piwem. A tu przeciętna kraina, bida z nędzą – kozy na farmach, kartofle na polach, w mieście jeden wielki smród. Popatrzył na steranego weterana wojen rozlicznych, który od niejednego władcy żołd brał i kończył właśnie swą krótką opowieść. Magiczne włosy zapewniające zwycięstwo w każdej bitwie – to już upominek, z którym komendant mógł się w Berlinie pokazać. Coś jeszcze? – zapytał starego.

– Takie tam – odparł żołnierz. – Łuk, który nie chybia i bęben ze skóry Żiżki, którego odgłos wprawia w popłoch wszystkich wrogów.

Egzotyka – ucieszył się w myślach komendant, prawie jak pamiątka z kolonii.

– Słuchaj stary – powiedział głośno. – A z tym austriackim wojakiem to prawda?

– E, tam – wie pan, panie komendancie, jakie to austriackie wojsko jest. Jakby było inne, to byśmy sobie tutaj nie siedzieli. Jak pan chce, to zaraz panu te precjoza przyniosę zu befehl.

Tu trzasnął cholewami, obrócił się na pięcie i odmaszerował. Wrócił po półgodzinie, taszcząc pod pachą okazałą paczkę.

– I jak tam było? – spytał zdumiony i zadowolony komendant. – Bez przeszkód?

– Wie pan, wszedłem do krypty – patrzę włosy. Sięgam po nie, a tu jakaś czarna łapa w pysk chce mnie wyciąć. Więc chwytam za tę łapę i mówię groźnie: „co jest? kto śmie na grenadiera najjaśniejszego króla Prus rękę podnosić?” A wtedy z tyłu rozległ się skrzekliwy głos: „Felek, zostaw – to jeden z naszych.” Obracam się, a tu taki kudłaty, rogaty, ale macha do mnie ogonem przyjaźnie i gada: „bierz, co masz wziąć i w podskokach się oddalaj!”. A ponieważ rada ta wydała się mi ze wszech miar słuszna tak też, panie pułkowniku, uczyniłem i… oto jestem.

Gdy komendant wrócił z urodzin starego Fryca, jego twarz nosiła nieprzenikniony wyraz. Na dziedzińcu twierdzy czekał już na niego stary wierny weteran.

– I jak tam, panie pułkowniku? – zapytał. – Udała się impreza?

– Ta, udała się bardzo. – wycedził komendant. – Ten kretyn Adolf z Bawarii znowu dostarczył kontener piwa, i to akurat wtedy, gdy życzenia królowi składałem. Mój prezent od razu rzucono do lamusa, gdzie po trzech dniach zeżarły go mole. Na drugi raz idź do diabła ze swoimi pomysłami!

III.

Hrabia von Gotzen mocno zmieszany wjeżdżał do kwatery armii cesarskiej w Bardzie. Takiej hańby w swej wojennej karierze jeszcze nie przeżył. Poddać twierdzę w Glatzu tym wymuskanym żabojadom. Patrząc z ukosa na brata kurdupla spod Jeny i Austerlitz – Hieronima, mruczał zdenerwowany:

– To wszystko przez tę cholerną Valeskę i jej kudły…

– Je connais mme Walewska. – przerwał mu Francuz. – Elle est une honorable femme.

Podał von Gotzenowi pióro, wskazując stanowczo miejsce pod aktem kapitulacji, który hrabia z westchnieniem podpisał.

NOTKA JEOGRAFICZNA

Kłodzko, dawniej Glatz, centrum dawnego hrabstwa w Królestwie Czech, obecnie znane niestety bardziej z pijących wodę wilków, tudzież lwów; glackiego wilka można sobie obejrzeć np. tutaj:

Kłodzko - wilk nad Młynówką / Klodzko - wolf near the Mlynowka river

Kłodzka kamieniczka z wilkiem

Reklamy